SKLEP
Igor Chrzanowski 20.02.2018
Dissidia Final Fantasy NT - recenzja gry. Widowiskowe rozczarowanie
1510V

Dissidia Final Fantasy NT - recenzja gry. Widowiskowe rozczarowanie

Seria Final Fantasy doczekała się mnóstwa różnych spin-offów i cross-overów pomiędzy własnymi światami. Jednakże jeden z nich zdobył serca fanów znacznie bardziej niż pozostałe. Mowa tu oczywiście o Dissidia: Final Fantasy z PlayStation Portable. Czy jego następca, Dissidia: Final Fantasy NT jest równie dobra?

Dissidia Final Fantasy NT
  • Platformy:  PS4 
  • Data premiery - Polska: 30.01.2018
  • Nie
  • od lat 12 online przemoc

Square Enix długo zwlekało w premierą konsolowej wersji najnowszej odsłony cyklu Dissidia. Spodziewać się zatem mogliśmy tego, że otrzymamy produkt dopracowany pod każdym możliwym aspektem, który to zaspokoi wielkie oczekiwania fanów gier z PSP. Niestety pracujące nad grą Team Ninja, nie do końca zrozumiało o to w tym wszystkim chodzi.

Dissidia: Final Fantasy NT jest w swoich założeniach idealnym sukcesorem tego, co sprawiło, że pierwsze odsłony wykonane z myślą o przenośnej konsoli Sony, były takie rewelacyjne. To wciąż arenowa, trójwymiarowa bijatyka zrzeszająca najważniejsze postacie, jakie ujrzeliśmy w całej historii serii Final Fantasy. Wszystko to podlane jest jeszcze sosem rozwoju postaci typowego dla tytułów RPG, zaś wszelkiego rodzaju fan-service dowożony jest tutaj pełnymi kontenerami.

Największą zagadką, aż do czasu premiery gry okazywała się być forma, w jakiej będziemy poznawać tryb fabularny dzieła przygotowanego przez Team Ninja. Osoby obeznane z serią doskonale pamiętały, że Dissidia 012 Duodecim: Final Fantasy oferowała bardzo fajnie zrealizowaną i godną dużego RPG-a kampanię fabularną na wiele godzin.

Jak jest w tym przypadku? Tutaj deweloper wraz z wydawcą pokazali, że totalnie nie mieli pomysłu na to, co z tym fantem zrobić, więc do gry wrzucili coś, czego kampanią nazwać nawet nie można. Tak zwany Story Mode polega na tym, że czeka na nas stosunkowo mała siatka kryształów wspomnień, do których dostęp musimy odblokować poprzez fragmenty kamieni Memoria. Te zaś zdobywa się wyłącznie za wbijanie kolejnych poziomów doświadczenia całego konta – nie za postacie, a za samo konto. Oznacza to, że po kilku godzinach grindowania poziomów w walkach online lub offline, poznacie zaledwie ułamek tej historii.

Ale aby tego było mało, każdy z odblokowywanych kryształów zawierać może cutscenkę lub też walkę – z czego znaczącą większość stanowią same cutscenki. Wiecie po jakim czasie rozpocząłem pierwszą walkę fabularną? Po 4 godzinach gry i 7 poziomach doświadczenia. To jest jakiś żart. Poznanie zakończenia tej opowieści zajmie wam zapewne dobre kilkadziesiąt godzin, zaś jej zawartość realnie starczyłaby na około 3-4 godziny.

Jedynym plusem tego jest to, że deweloperzy przygotowali dla nas sporo bardzo ładnych filmików CGI. Jak zwykle są one technicznie najwyższej klasy, jednakże już sama fabuła aż tak zachwycająca nie jest. Ot bohaterowie i antagoniści występujący w 17 odsłonach serii Final Fantasy (1-15, Type-0, Tactics), zostają wezwani przez Bogów imieniem Materia oraz Spiritus, którzy to są nowymi wcieleniami Cosmos i Chaosu z niekończącej się wojny o Świat B.

Wezwani mają stawić się do walki po ich stronach, by energią bitewną odzyskać to co zostało stracone ostatnim razem. Materia niestety nie pamięta kim jest, przy czym jej rywal już tak. Nasi herosi wciąż pamiętają, że już raz coś takiego się wydarzyło, więc są nieco niechętni do bitki, lecz niestety nie mają wyjścia. Jak widzicie, nic ekscytującego tu raczej nie ma. Ot recykling pomysłu sprzed niemalże dekady, którego esencją są zdecydowanie sytuacje zwątpienia w intencje tej „dobrej strony”.

Teraz możemy przejść do znacznie przyjemniejszych aspektów samej gry – mechaniki zabawy. Team Ninja doskonale znane jest z tego, że tworzy naprawdę świetne system walki, które to w takich dziełach jak Ninja Gaiden, Dead or Alice, czy też Nioh, sprawdzały się wprost idealnie! Nic zatem dziwnego, że to właśnie im powierzono stworzenie Dissidia: Final Fantasy NT, które to w głównej mierze opiera się przecież na walce.

Jak dobrze pamiętacie, pierwsze odsłony cyklu oferowały w miarę kameralne pojedynki 1 na 1, na stosunkowo małych arenach – wynikało to oczywiście ze specyfiki PlayStation Portable, któremu oba tytuły były dedykowane. Teraz korzystając z dobroci mocy PS4 oraz bardzo rozwiniętej struktury współczesnych rozgrywek sieciowych, autorzy gry zdecydowali się poszerzyć grono walczących aż do 6 postaci. Dzięki temu główne mecze toczone są w grupkach 3 vs. 3, zaś w Custom Game oraz Sparring Match, możemy grać w absolutnie dowolnej kombinacji – 1 na 1, 3 na 1, 2 na 3 itd.

Każdy z grających może wybrać dowolną postać, gdyż już od samego początku mamy do dyspozycji całą stawkę wojowników. Co ciekawe, postacie w zespołach mogą się powtarzać. Oczywiście wraz ze wzrostem liczebności, w górę poszedł metraż aren, dlatego też każda z 14 (po jednej na każde FF) miejscówek ma dosyć spore rozmiary, aby walczący nie siedzieli sobie na plecach.

Nasz wybrany do bitki wojak ma na swoim wyposażeniu wybraną, charakterystyczną dla siebie broń, kostium, a także trzy różne czary bądź ataki specjalne. Nasz oręż główny służy nam do zadawania dwóch rodzajów ataków - te które zdejmują HP i te co obniżają Odwagę. Ataki wyprowadzane kwadratem zdejmują oponentowi zdrowie, lecz jeśli chcemy go zabić, tak naprawdę musimy kółkiem zbić mu także punkty Odwagi do minimum. Dodatkowo kontynuowane serie ciosów tworzą efektowne combosy. Tutaj od pierwszej Dissidii nic się nie zmieniło.

Jeśli zaś użyjecie trójkąta, tutaj czekać na was będzie ruch specjalny oraz towarzyszące mu dwie małe magie wzmacniające - zazwyczaj to jakieś leczenie, boost mocy, boost Odwagi i tym podobne. Ostatnim z istotnych elementów starć są Summony. Gdy się bijemy, na arenie pojawia się kryształ do zbicia - im więcej go lejemy, tym szybciej napełniamy pasek przyzwania wielkiego stwora na pomoc. Gdy już zbierzemy limit, jeden z członków zespołu musi rozpocząć rytuał. Wtedy gigant wkracza i atakuje naszych przeciwników. 

Przy tej swojej całej widowiskowości, gra ma jedną, dosyć poważną wadę. Jest strasznie nieczytelna. Dlaczego? Spójrzcie na dowolny screen z walki. Czujecie się przytłoczeni? Ja również.

Nie dość, że jesteśmy bombardowani różnymi danymi, to do tego wszystkie te błyski, wybuchy, światełka i inne duperele sprawiają, że można dostać od tego ataku padaczki. A już najgorzej jest, gdy atakują Cię trzej rywale na raz, a twoja drużyna zamiast pomóc, leci na wakacje na Bahamy... Ciężko jest się tu w czymkolwiek połapać. No i jest jedna rzecz, która mnie tu bardzo, ale to bardzo irytuje.

Gdy kogoś mocno uderzymy, ten staje się przez chwilę nietykalny, aby wstać i uciec. Niby na papierze wygląda to sensownie, ale tak naprawdę zabija dynamikę pojedynków. W ferworze walki, gdy chcemy aby cios szedł za ciosem, a wymiana przypominała świetne sceny rodem z filmów, zawsze sytuacja wygląda następująco: Atak, kilka sekund przerwy, atak, unik, kontra, kilka sekund przerwy, obrona, atak, przerwa... W poprzedniej odsłonie cyklu było podobnie, lecz było to znacznie lepiej wyważone, przez co dynamika na tym w ogóle nie cierpiała.

Na pewno ucieszy was fakt, że w grze są lootboksy, ale spokojnie, tylko takie darmowe i zdobywane za wygrywanie bądź awanse. Z tych magicznych, no powiedziałbym, gwiazdek, wypadają różne rzeczy, które możemy odblokować albo za Gile, albo z paczek. Są to nowe stroje dla postaci, tytuły, portrety, teksty, a nawet bronie bądź soundtracki bitewne z 17 poprzednich odsłon cyklu Final Fantasy.

Niestety obecnie wydaje mi się, że tryby sieciowe zaczynają już umierać. Bo nie nazwałbym sytuacji normalną, gdy w meczu rankingowym musiałem zagrać z 5 botami. Tak, w rankingowym. Co do samych rang, te działają online oraz offline tak samo - nasze konto, jak i nasze postacie mają rangi od Bronze E aż do najszlachetniejszych typu Grand.

O muzyce zbyt dużo powiedzieć się tu nie da poza tym, że jak zwykle jest fantastyczna. Szkoda tylko, że cały soundtrack opiera się na klasykach, zaś świeżych nut jest tu jak na lekarstwo. Na dobrą sprawę jedna oryginalna i kilka "zaaranżowanych" staroci.

Generalnie rzecz ujmując, Dissidia Final Fantasy NT jest od strony mechaniki grą dobrą, miejscami nawet bardzo, lecz brakuje jej sporo do poprzedników. Przede wszystkim tryb fabularny jest najgorzej zrealizowanym bublem na świecie - chodzi o formę odblokowywania, nie o treść. Dynamika starć i emocje im towarzyszące nie są już takie jak kiedyś. Na PSP odczuwało się tą epickość tego "pojedynku", tutaj zaś mamy chaotyczną napieprzankę na zasadzie, "kto komu wylutuje w dziąsło jako pierwszy".

Jak mógłbym najlepiej opisać różnicę pomiędzy starą Dissidią a nową? Grając na PS4 nieco się męczyłem, nudziłem i irytowałem. Dziś przed wrzuceniem tych słów na stronę włączyłem leciwe PSP, aby sprawdzić w jednej walce coś, czego nie byłem pewien - ups, niechcący skończyłem jedną z małych kampanii fabularnych.

Tagi: bijatyka dissidia final fantasy nt exclusive recenzja gry square enix Team Ninja walka

Werdykt
Graliśmy na: PS4
  • + Sporo postaci
  • + Mnóstwo rzeczy do odblokowania (w tym muzyka z serii)
  • + Widowiskowe starcia
  • + Ładnie zaprojektowane areny
  • + System walki daje radę
  • - Bardzo zły system odkrywania fabuły
  • - Zbyt wielki chaos w walkach 3 vs. 3
  • - Mało trybów rozgrywki
  • - Matchmaking - opisane w tekście
  • - Spory grind waluty
Igor Chrzanowski
Igor Chrzanowski Dissidia Final Fantasy NT od pierwszej zapowiedzi była jednym z najbardziej oczekiwanych spin-offów serii od czasów ostatniej Dissidii. Niestety mimo, iż gra jest dobra, nie spełnia pokładanych w niej wielkich oczekiwań.
Oceń recenzję
+ +3 -

Miesięcznik PSX Extreme