Ostatnimi czasy modne stało się olewanie gier w dniu premiery i oczekiwanie nie tyle na obniżkę cen, co na wersję GOTY, z kompletem popremierowych rozszerzeń w zestawie. W niektórych kręgach przyjęło się, że tylko takie edycje można nazwać pełnymi, że bez DLC-ków doświadczenie nie jest kompletne albo wnoszą one tyle nowego, że zwyczajnie trzeba je znać. Są przypadki, gdzie mogę się zgodzić. Myślę tu o Wiedźminie 3, GTA IV czy Red Dead Redemption. Ale to wyjątki, które potwierdzają regułę.

Przeczytaj naszą recenzję Wolfenstein II: The New Colosuss

A reguła jest taka, że zwyczajowo dodatki to „jeszcze więcej tego samego” przeznaczone dla tych, którym jeszcze nie wyszła bokiem wersja podstawowa. Przygody Rewolwerowca Joego to doskonały przykład takiego DLC. Nieco ponad 1-godzinna poboczna historia rugbysty, który podpisał na siebie wyrok, łamiąc niemiecki przykaz „podłożenia” się w trakcie meczu, jest perfekcyjnie nijaka. Znowu bijemy nazistów, znowu używamy całego asortymentu narzędzi śmierci, którymi bawił się BJ. No właśnie - znowu. Ta "zabawa" ulatuje z głowy niemal natychmiast po dotarciu do napisów końcowych. Nie tylko dlatego, że do rozgrywki nie wnosi nic nowego poza możliwością „wejścia z bara” przez zamknięte drzwi czy co bardziej kruchą ścianę (zmarnowany potencjał taktyczny rozwiązania) ale też dlatego, że teren działań jest „sklejony” z elementów i obiektów znanych z właściwej kampanii. Choć lokacje są nowe, sprawiają nieodparte wrażenie, że „już to byliśmy”.

Z przygód Joego nie wyniesiemy nic ponad to, co było do dyspozycji w głównej części gry. Brakuje unikatowego podejścia do sprawy, nowego uzbrojenia, rodzajów przeciwników. Na domiar złego narracja jest poprowadzona tylko za pomocą statycznych komiksowych kadrów i brakuje jej tego pazura i tej głębi, którą można było odnaleźć w historii Blazkowicza. Przynajmniej dzięki Joemu można się upewnić w przekonaniu, jak ważnym ona była elementem gry, obok wyśmienicie skrojonej mechaniki strzelanki. Jest drogo i nieopłacalnie, o jakości zadań pobocznych w podstawowej grze. Przygody Rewolwerowca Joego sprawiają wrażenie, jakby chciały dopchać nasz napełniony brzuch tym samym daniem (dodatkowo nieco mniej doprawionym). Mocno przeciętnie, jednym słowem. Nie trzeba czekać na GOTY. Przynajmniej nie ze względu na Joego.