Lśniące dziewczyny (2022) – recenzja i opinia o 3 odcinkach serialu [Apple TV+]. Nieuchwytny łowca

Lśniące dziewczyny (2022) – recenzja i opinia o serialu [Apple TV+]. W pułapce czasu

Iza Łęcka | 05.06, 21:00

Seryjni mordercy są inspiracją często wykorzystywaną przez branżę filmową. Przedstawienie sylwetek zbrodniarzy z uwzględnieniem ich spaczonych psychik nie byłoby aż tak przejmującym zabiegiem, gdyby nie ofiary – ich życiorysy i cechy, okoliczności śmierci, powody przyświecające psycholowi. Po jedną z takich historii sięga Apple - „Lśniące dziewczyny” wyróżnia jednak założenie bazujące na podróży w czasie. Zapraszam do recenzji całego serialu dostępnego na Apple TV+.

Przed laty Kirby Mazrachi padła ofiarą poważnego ataku, z którego ledwo uszła z życiem. Próbując przepracować ogromną traumę, musi ona poradzić sobie w nowej rzeczywistości – dosłownie nowej. Po ataku bowiem co jakiś czas doświadcza ona zmian codzienności. Czasami są one drobne i niemal nieznaczące, jak chociażby posiadanie kota zamiast psa, krótka fryzura czy inny samochód. Innym razem modyfikacje są znaczące – bohaterka jednego dnia pracuje jako dziennikarka w poczytnej gazecie „Chicago Sun Times”, by kolejnego być już archiwistką, która posiada męża. Pamiętając tylko kilka momentów z ataku oraz charakterystyczny głos, postanawia odnaleźć zbrodniarza i poznać prawdę. Odkrycie ciała kolejnej młodej kobiety w ściekach miejskich sprawia, że Kirby nawiązuje kontakt z Danem Velazquezem, obiecującym śledczym reporterem, którego kariera mogła potoczyć się znacznie lepiej – nałogi jednak sprawiły, że jest niemal na dnie. Duet dociera do kolejnych elementów tajemniczej układanki i dowiaduje się, że ofiar mogło być znacznie więcej. Morderca wydaje się jednak nieuchwytny – za sprawą jednej istotnej umiejętności.

Lśniące dziewczyny (2022) – recenzja serialu [Apple TV+]. Jak połączone cząsteczki

Lśniące dziewczyny (2022) – recenzja i opinia o serialu [Apple TV+]. Elisabeth Moss w roli Kirby

Elisabeth Moss jest aktorką, którą mieliśmy już okazję zobaczyć w wielu interesujących projektach – do historii branży na pewno przejdą jej kreacje Peggy Olson w „Mad Menie” oraz bazująca na powieści Margaret Atwood rola June Osborne w „Opowieści podręcznej”. Aktorka jednak coraz prężniej poczyna sobie w fachu, nie tylko stając przed kamerą, ale i za nią, nierzadko też angażując się jako producentka. Taką obiecującą propozycją są „Lśniące dziewczyny” opracowane na podstawie książki Lauren Beukes, której premiera spotkała się ze skrajnym odbiorem – czytelnicy nie szczędzili słów zachwytu, ale również wyrażali spore niezadowolenie, oceniając stworzoną historię. Przeniesienie projektu na ekran okazało się jednak bardzo mądrym posunięciempo recenzowanych wczoraj „Kulawych koniach” katalog platformy wzmocnił bardzo interesujący miniserial.

Podstawowe założenie „Lśniących dziewczyn” od pierwszych chwil wpływa na klimat produkcji. Kirby wraz z Danem próbują dociec prawdy, poszukując seryjnego mordercy – ślady, jakie mężczyzna po sobie zostawia i odnalezione dowody zdają się w ogóle nie łączyć. Zagmatwane historie, brak podobieństw między ofiarami oraz niekonwencjonalne powiązanie teraźniejszości, przeszłości i przyszłości sprawiają, że o klasycznym śledztwie dziennikarskim nie ma mowy. Śledząc głównych bohaterów równolegle obserwujemy poczynania psychopaty, który wydaje się odznaczać niezwykłą pewnością siebie, przebiegłością oraz sprytem – i ma ku temu powody, w końcu dysponuje możliwościami, jakich wielu mogłoby mu pozazdrościć. Wcielający się w niego Jamie Bell („Bez skrupułów Toma Clancy'ego”, „Billy Elliot”) od pierwszego spotkania wzbudza ogromny niepokój – choć niezwykle przyjazny w kontaktach i aż nadto sympatyczny, zdaje się zdecydowanie zbyt dużo wiedzieć na temat kobiet, które prędzej czy później stają się jego ofiarami. Skąd ta znajomość nawet najdrobniejszych szczegółów i umiejętność wyprzedzania kolejnych ruchów napotkanych osób? Dowiemy się tego w trakcie ośmiu odcinków.

Lśniące dziewczyny (2022) – recenzja serialu [Apple TV+]. Połączenie chwytliwej opowieści, dobrej gry aktorskiej i solidnej realizacji

Lśniące dziewczyny (2022) – recenzja i opinia o serialu [Apple TV+]. Morderca

Przygotowując powieść Beukes sięgnęła po motywy, które w wielu elementach kojarzą nam się z twórczością Stephena Kinga – w opowieści poświęconej Kirby rzeczywistość również często nie jest taka, jak się wydaje, miesza się, nie jest uporządkowana i stała. Wprowadza to pewien chaos do fabuły, gmatwa niektóre wątki, ale scenarzystki i reżyserki wychodzą z tego obronną ręką, układając wiele spraw. W trakcie oglądania miniserialu poznajemy życiorysy wielu postaci, choć przede wszystkim uwaga widzów koncentruje się wokół Kirby. Jak wspominałam w recenzji pierwszych odcinków „Lśniących dziewczyn” Moss bryluje, skupia na sobie uwagę widza i radzi sobie znakomicie na ekranie. Z racji tego, że mam już za sobą wszystkie dostępne sezony „Opowieści podręcznej”, jej nowa bohaterka bardzo przypomina mi June. Każda z nich bywa nieugięta, jest inteligentna i za wszelką cenę dąży do celu. Jeżeli lubicie aktorkę, serial również powinien Wam się spodobać. Przyznam szczerze, że pomimo mojej całej sympatii do Moss, czuję się już nieco znużona jednym wyrazem twarzy i charakterystycznymi zbliżeniami kamery, które mogliśmy śledzić również w tytule Hulu.

Od pierwszego do ostatniego odcinka warto ze spokojem i uwagą śledzić fabułę, bowiem nawet najdrobniejsze szczegóły przedstawione na ekranie mogą mieć znaczenie. Tak jest w istocie – pierwsze odcinki recenzowanych „Lśniących dziewczyn” wydają się być całkiem typowym zobrazowaniem dziennikarskiego śledztwa. Wraz z upływem kolejnych odcinków scenarzyści rzucają na sprawę nieco więcej światła, sięgając do retrospekcji, które bardzo pasują do ogólnych założeń fabularnych. Jeżeli nawet momentami tempo spada, to wydaje się, że tylko po to, by za moment wystrzelić, dokładając kolejne interesujące rozwiązanie. Pod koniec serialu jesteśmy wrzuceni w rollercoaster wątków, mieszających się linii fabularnych, w których Harper wydaje się coraz mocniej osaczony. Zwierzę, które czuje się zagrożone, jest jednak najbardziej niebezpieczne, dlatego Kirby, Dan oraz poznana przez nich Jin ciągle powinni mieć się na baczności. Uczucie niepokoju króluje w trakcie wszystkich epizodów, szkoda jednak, że twórcy nie wysilili się, by mocniej wysunąć na pierwszy plan motyw, jaki przyświecał mordercy.

Katalog Apple TV+ systematycznie mnie zaskakuje – i to w bardzo dobrym tego słowa znaczeniu. Po seansie „Lśniących dziewczyn” nie mogło być inaczej. Motyw przewodni bardzo mi się podobał i wyróżniał propozycję na tle innych skupiających się na seryjnych mordercach, historia została opracowana z rozmysłem, a aktorzy w głównej mierze się spisali. Mam pewne zastrzeżenia do końcówki, lecz pamiętajmy, że mówimy o produkcji bazującej na książce, która musiała korespondować z treścią oryginału. Podsumowując, otrzymujemy całkiem znośny serial, któremu warto dać szansę.

Atuty

  • Bardzo interesujący główny motyw
  • Jamie Bell w roli mordercy spisuje się znakomicie
  • Chemia między Moss i Mourą wpływa na prezentację ich bohaterów
  • Od początku do końca emocje są na bardzo wysokim poziomie
  • Dobre tempo, urozmaicenie historii scenami retrospekcji

Wady

  • Dlaczego „lśniące dziewczyny”?
  • Momentami Kirby za bardzo przypomina June z „Opowieści podręcznej”
  • Zakończenie mnie nie usatysfakcjonowało
Iza Łęcka

Iza Łęcka

„Lśniące dziewczyny” trzymają w napięciu od pierwszego do ostatniego odcinka. Im bardziej Kirby i Dan depczą po piętach mordercy, tym większy rollercoaster emocji doświadczamy na ekranie. Interesujący materiał oryginalny i dobra realizacja sprawiły, że na Apple TV+ możemy zobaczyć kolejny przyzwoity serial.

7,5

Komentarze (5)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper