Nie dajcie się zwieść. Capcom nie bez powodu nie reklamuje tej gry słowami remaster. Resident Evil 5 w wydaniu na konsole aktualnej generacji to zwykły port, który wypakowany został jedynie masą dodatkowej i dotychczas płatnej zawartości. Tym samym nie można czuć się zbytnio zawiedzionym. Wszyscy wiemy w co się pakujemy. Jako, że nie mamy jeszcze recenzji tej części na naszym serwisie, to rzućmy okiem, co takiego oferuje jedna z najbardziej kontrowersyjnych odsłon sagi w historii.

Bez strachu, samo zło

Do tej pory Residenty kojarzyły się graczom głównie z ciemnością i walką o przetrwanie. W piątce natomiast Chris Redfield trafia do słonecznej Afryki, gdzie musi zmierzyć się z nowym rodzajem wirusa, który może zostać wykorzystany jako broń biologiczna. Towarzyszy mu piękna Sheva, która nie odstępuje bohatera ani na krok. Generalnie, metamorfozie uległo niemal wszystko, począwszy od klimatu, a na sposobie rozgrywki skończywszy. Resident Evil 5 nie tylko pozbawione jest klimatu oryginału, ale również stawia na zabawę w kooperacji, a sama mechanika przypomina bardziej strzelankę niż survival horror. Amunicja, co prawda, czasem dobiega końca, ale nigdy nie jest tak dramatycznie ciężko, żeby nie można było sobie poradzić. Taka transformacja nie spodobała się wielu fanom, ale wydaje się, że nie do końca słusznie.

Jeżeli podejdziemy do tej gry nastawieni na kolejnego świetnego Residenta, to rzucimy padem i wstaniemy sprzed telewizora kompletnie zawiedzeni. Jeżeli natomiast będziemy myśleli o niej w kategoriach kampowej gry akcji, to mamy przed sobą całkiem solidną produkcję. Oczywiście trzeba brać tu poprawkę na kwestię bardzo długiego czasu jaki minął od premiery oryginalnej gry. Teraz już jesteśmy świadomi czego możemy spodziewać się odpalając RE5. Kiedy z równania składającego się na ostateczną ocenę wypada rozgoryczenie, to zauważamy, że „piątka” nie jest taką złą grą na jaką niektórzy ją malują. Stawianie jej w jednym rzędzie z koszmarnym Resident Evil 6 to zbrodnia.

Stój i strzelaj

W trakcie głównej kampanii rozwiążemy tylko jedną, bardzo prostą zagadkę. Poza tym skupimy się głównie na strzelaniu. Oczywiście w miejscu, bo wiadomo, że żaden szanujący się komandos nie chodzi i strzela jednocześnie. Uważam, że akurat taki drobiazg powinno się poprawić w reedycji, choć muszę przyznać, że przejście w "tryb wieżyczki" było dla mnie wyjątkowo bezbolesne i bardzo szybko przyzwyczaiłem się do tej mechaniki. Z pierwszych odsłon serii pozostała nam konieczność odpowiedniego zarządzania ekwipunkiem. Jest on bardzo mało pojemny, ale na szczęście drugim „plecaczkiem” dysponuje również Sheva. Warto jednak na nią uważać, gdyż sztuczna inteligencja potrafi marnować amunicję i przedmioty.

Resident Evil 5 doskonale sprawdza się jako gra kooperacyjna. Bawiąc się z komputerem nasze zadanie jest nieco utrudnione. SI dosyć mocno zawodzi, przez co towarzyszka często pakuje się prosto pod przeciwników i jesteśmy zmuszeni by ją ratować lub potrafi zablokować nam przejście, co jest wyjątkowo uciążliwe, gdy salwujemy się ucieczką. Raczej nie warto powierzać jej zbyt odpowiedzialnych zadań.

Jak na pececie

Wizualnie port prezentuje się niczym wersja pecetowa. Na postaciach dostrzeżemy wysokiej jakości tekstury, a obraz jest znacznie ostrzejszy i wyczyszczony z filtrów mających w oryginale maskować niedoskonałości. Co ciekawe, odsunięto mocno kamerę od bohaterów. Akcji nie obserwujemy już znad barku, ale bardziej zza pleców postaci, tylko nieco z boku. Dzięki temu zabawa na podzielonym ekranie nabrała większego sensu, bo jesteśmy w stanie obserwować coś więcej niż grzbiet protagonisty.

"Resident Evil 5 nie tylko pozbawione jest klimatu oryginału, ale również stawia na zabawę w kooperacji, a sama mechanika przypomina bardziej strzelankę niż survival horror"

Niestety gra nie trzyma pełnych 60 klatek na sekundę, choć często dobija do tej magicznej bariery. Nie ma jednak obaw o drastyczne przycinki, bowiem konwersja wykonana została bardzo solidnie. Wiem, że jest to zupełnie sprzeczne z ostatnimi doniesieniami o różnorodnych błędach pojawiających się podczas rozgrywki. Osobiście jednak nie miałem z tym tytułem żadnych problemów, ale mogę ręczyć jedynie za wersję na Xboksa One, bo taka została nam dostarczona do recenzji przez dystrybutora.

Trochę dłużej, niż zwykle

Jak już uporamy się, samotnie czy w towarzystwie, z główną linią fabularną, to do naszej dyspozycji mamy jeszcze dwa fabularne rozszerzenia. Oba nie wnoszą nic ciekawego do historii, ale dają sporo dobrej zabawy. Lost in Nightmares to prequel, który jest swoistym oczkiem puszczonym w stronę fanów pierwszych, straszniejszych części serii. Tymczasem Desperate Escape wypełniony jest po brzegi intensywną akcją. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nawet bardziej niż kampania. Ogromnym przeoczeniem jest niemożność zapisywania stanu gry w trakcie zabawy w DLC. Każde z nich należy zaliczyć za jednym posiedzeniem. Zabawę skutecznie przedłuży również tradycyjny już tryb Mercenaries, który jak zwykle zapewnia sporo dobrej zabawy. Niestety nie można tego samego powiedzieć o sieciowym Versusie. Mecze multiplayerowe, w których musimy przystawać, aby strzelić we wroga, nie należą do najbardziej ciekawych.

Grzebiąc po menu znajdziemy tam również mnóstwo dodatkowej zawartości, takiej jak figurki do odblokowania, filtry nakładane na obraz czy też ciekawe kostiumy dla bohaterów. Nie zabrakło także encyklopedii, niezbędnej dla osób, które nie miały wcześniej styczności z serią Resident Evil. Gra wypchana jest po brzegi różnorodnymi większymi i mniejszymi dodatkami. Tego wymagalibyśmy od każdego portu wydawanego po kilku latach od premiery oryginału.

Nie łudźmy się. Resident Evil 5 w wersji dla PlayStation 4 i Xboksa One to tytuł, po który powinni sięgnąć tylko gracze, którzy nie bawili się jeszcze w tę odsłonę lub najwięksi fani zombiaczej serii. Biorąc pod uwagę zmianę perspektywy znacznie polepszającą komfort zabawy, trzeba stwierdzić, że jest to najlepsze wydanie gry. Jeżeli jednak przygody Chrisa i Shevy macie już dawno za sobą, włącznie z dodatkami, to raczej nie macie tu czego szukać.