Historia w grze, przynajmniej na początku, przypomina schematy znane z serialu: Decepticony robią zadymę w mieście, Insecticony rozrabiają, a Autoboty starają się uprzątnąć bałagan. Do naszej dyspozycji będzie nam dane pięciu bohaterów: Optimus Prime (przywódca), Bumblebee (zwiadowca), Sideswipe (żołnierz), Wheeljack (inżynier) oraz Grimlock (dinozaur). Każdy z nich jest wyjątkowy, korzysta z unikalnego uzbrojenia i umiejętności specjalnych. 

 


Ekipa gotowa do wypadu na miasto?
 

Gra jest z podgatunku akcji i przypomina połączenie Bayonetty oraz Metal Gear Rising: Revengance. Sterujemy naszym robotem, posyłając ciosy na lewo i prawo, co jakiś czas pomagając sobie bronią palną. Wykonujemy widowiskowe kombosy, zbieramy przedmioty, tłuczemy przeciwników i bossów. Standard. Można też, a raczej trzeba, wykonywać uniki. Gdy odskoczymy na bok, unikając uderzenia, włączy się swoisty "bullet time", spowalniający lekko czas i pozwalający nam odegrać się na przeciwniku. Wygląda to naprawdę fajnie i pełni ważną rolę w naszym przetrwaniu. Gra, mimo iż nie oferuje nam tylu kombosów co Bayonetta, z pewnością nie należy do najłatwiejszych (chyba, że gramy na najniższym stopniu trudności). Nasz refleks i opanowanie kombinacji walki wręcz oraz dystansowej pozwoli nam na przemielenie nawet największych twardzieli.

Podczas przygody zbieramy znajdujące się w skrzyniach lub poukrywane po okolicy przedmioty oraz bronie. Po ukończeniu rozdziału lub znalezieniu specjalnego punktu na mapie możemy przenieść do Arki, bazy Autobotów, by tam zidentyfikować pozyskane bronie. Możemy wzmacniać je poprzez łączenie je w coraz mocniejsze miecze, topory, rękawice bojowe, blastery, wyrzutnie rakiet, snajperki i tym podobne. W zależności od poziomu trudności będziemy znajdywać różnorakie uzbrojenie, ale zawsze warto eksperymentować z kombinacjami, bo tych jest całkiem sporo. Np. miecz można wzmocnić atakiem kriogenicznym, który jest w stanie zamrozić adwersarza, ew. użyć ładunku elektrycznego / podpalacza, by wroga chwilowo sparaliżować / podpalić. Bronie posiadają rangę od D (najsłabsza, do 5. poziomu rozwoju) do S (nawet z 6 slotami do zapełnienia), ale te ostatnie zdobędziemy tylko grając na wyższych poziomach trudności.

 


Nie ma to jak efektowne wejście!
 

Poza chodzeniem po mapie i walce możemy też brać udział w pomniejszych wyzwaniach polegających na pokonaniu przeciwników, ujawnieniu skarbów, rozbiciu kontenerów i tak dalej. Różnorodności grze raczej odmówić nie można i to pomimo faktu, że system walki nie jest specjalnie skomplikowany. Szybkie i mocne ataki, uniki, użycie broni palnej, transformacja w pojazd i atak z rozpędu do niszczenia tarcz - niewiele, ale w zupełności wystarczy. W krytycznym momencie można jeszcze użyć specjalnych zdolności danego Transformera albo jego ataku ostatecznego - te ostatnie czyni konkretne spustoszenie, często oczyszczając planszę z wrogów w widowiskowej animacji.
 


Voltron - Obrońca Wszechświata... Eeee... to chyba nie ta bajka...?

 

Co jakiś czas na naszej drodze, prócz stada zwykłych przeciwników, stanie też kilka ciekawych i unikalnych bossów, którymi w głównej mierze są znane Decepticony: oddział sześciu Constructiconów, mogących łączyć się w potężnego Devastatora, Soundwave i jego mini-boty kasetowe, a nawet sam wielki szef, Megatron. Pojedynki z nimi nierzadko wymagają nie tylko bezmyślnego naciskania przycisków, a raczej wyczekania na odpowiedni moment do wyprowadzenia kombosa lub zastopowania bossa szybkim strzałem ze snajperki. Połączenie naszego refleksu i inwencji twórczej może dać naprawdę fajne efekty.

 

Jeśli jest coś czym ta gra z pewnością się wyróżnia, to jest to klimat. Ekran dosłownie ocieka latami 80-tymi. Te same znajome głosy, które usłyszymy podczas przepełnionych humorem dialogów (Frank Welker ma nawet charakterystyczny śmiech Megatrona z oryginalnego serialu!), fantastyczna rockowa muzyka co rusz bombardująca nasze uszy podczas pojedynków (Vince DiCola, kompozytor znany z pełnometrażowego filmu, powraca w mistrzowskiej krasie!!) i mnóstwo odniesień do uniwersum "Transformers" (jedną z broni jest chociażby Star Saber z "Transformers: Armada"!!!). To wszystko wydaje się być mokrym snem dla maniaków klasyki, ale... no cóż, nie wszystko jest idealnie.

 


Na te robale "Raid" nie wystarczy.

 

Jeśli miałbym się do czegoś w tej grze przyczepić, to głównie do tego, że jest dość krótka. Spokojnie da się ją ukończyć w 6-8 godzin, zależnie od poziomu trudności i choć powinno się ją przechodzić kilkukrotnie (choćby po to, by przetestować różne sposoby niszczenia Decepticonów innym bohaterem i przejść tryb Story w całości każdym z piątki), potem zostaje już tylko "Challenge Mode", oferujący 50 różnorakich wyzwań, podobnych do tych z kampanii. Za ich zaliczenie możemy otrzymać różne unikalne przedmioty. Nieodżałowanym jest też dla mnie brak trybu kooperacji. Wyobrażacie sobie jakie kosmiczne akrobacje dałoby się wyrabiać z przeciwnikami we dwóch? Są oczywiście w kampanii momenty, kiedy reszta ekipy walczy u naszego boku, ale to nie to samo.
 


Jakby to powiedział Ben "The Thing" Grimm​: "Czas na łubudu!"

 

Jednak, mimo kilku wad, Transformers: Devastation to naprawdę solidna pozycja wśród chodzonych nawalanek i gier z przemieniającymi się robotami w roli głównej. Spodoba się głównie tym, którzy szalali wcześniej z Bayonettą i Raidenem, a także miłośnikom zbieractwa i kustomizacji. Ja bawiłem się przy tej pozycji świetnie i dalej wyciskam z niej wielkie ilości frajdy. Cóż jeszcze można by powiedzieć...

A, tak. "Transformacja i jazda!"