Recenzja: Dead Rising 2 (PS3)

Recenzja: Dead Rising 2 (PS3)

Pyszny. | 25.09.2010, 12:40

Pamiętacie jeszcze pierwszą część Dead Rising z X360? Inwazja zombi na Stany Zjednoczone została powstrzymana i wszystko skończyło się typowym dla amerykańskiego kina Happy Endem. Ludzkość zamknęła pozostałe przy życiu zombiaki w specjalnych dystryktach, tworząc jednocześnie specjalne reality show - Terror is Reality. Celem przedsięwzięcia okazuje się być... znęcanie się nad bezmyślnymi zastępami zombi w ramach zadośćuczynienia za wyrządzone przed laty szkody.

Co jeszcze głupsze, ludzkość podzieliła się na dwa obozy. Jedni pragną unicestwienia zombiaków, drudzy z kolei walczą o nadanie im specjalnych praw na zasadzie poprawek do amerykańskiej konstytucji. Hmm. Luźne podejście do tematu Świtu Żywych Trupów w wydaniu konsolowym? Tylko od momentu, w którym akcja nie zostaje wywrócona do góry nogami i z myśliwego, w jednym momencie stajemy się walczącą o przetrwanie zwierzyną. Bo jakżeby inaczej...

Chuck Greene ma coś do udowodnienia parszywym zombiakom, albowiem kilka lat wcześniej ośmieliły się zabić jego ukochaną żonę. To wystarczający powód, by człowieka zaślepiła paniczna żądza wbicia oponentowi ogrodowych narzędzi w łeb. Chuck bierze udział w Terror is Reality, by na własną rękę wymierzyć truposzom sprawiedliwość i... nagle wszystko wymyka się spod kontroli, zombiaki uwalniają się w ilościach hurtowych i lada moment dochodzi do kolejnej epidemii, której nie pomogą nawet regularne dostawy Zombrexu - środka hamującego rozwój zombiaczej choroby aplikowanego dokładnie co 24 godziny. Wszystko byłoby w porządku, Chuck przebijając się przez pierwszą falę przeciwników uciekłby do schronu i schował się w kartonie niczym Snake gdyby nie fakt, że ubrana w obciachowe różowe ciuszki córeczka głównego bohatera została przez zombiaki zainfekowana i jeśli nie otrzyma w odpowiednim momencie dawki Zombrexu, zamieni się w bezmyślną pożerającą mózgi kukłę. Nie będę komentował wyglądu dziewczynki, która w sytuacji śmiertelnego zagrożenia ma słuchawki na uszach i gra na przenośnej konsolce. Uznamy to za zalotne oczko ze strony Capcom. Jak i całą otoczkę fabularną, która wcale nie ukrywa, że jest idiotyczna. Bo i nie musi, nie o nią tutaj chodzi.

Tak pokrótce przedstawia się fabularny wstęp Dead Rising 2. Więcej nie zdradzę, albowiem posądzony zostanę o nadmierne spojlowanie, co skutkować może wyklęciem mnie przez społeczność PS3Site. Pochwalę jedynie Capcom, że mimo iż wstęp do gry zrealizowany został bardzo klasycznie, to okazuje się być idealnym prologiem dla... sandboxa. Tak, Dead Rising 2 to zombiaczy sandbox. Nie wiedzieliście? Szkoda tylko, że sandboxów osobiście nienawidzę, a Red Dead Redemption czy Grand Theft Auto IV mam po dziurki w nosie. Gra traci w mojej opinii wiele poprzez zaimplementowanie weń ograniczenia czasowego, które tak bardzo zdołało uprzykrzyć życie fanom pierwszej części, że niejednokrotnie doprowadzało do rzucenia tytułem w kąt. Dobę w Dead Rising 2 podzielono na kilka sekcji. O konkretnej godzinie musisz znaleźć się w konkretnym miejscu, by wykonać lub otrzymać konkretne zadanie. O innej godzinie musisz znaleźć się w miejscówce znajdującej się na drugim końcu wielkiej areny, oczywiście jeśli chcesz spotkać daną personę. Jeżeli się nie zjawisz lub spóźnisz, zadania przepadają i atrakcyjność gry spada. Podczas gry zdarzyło mi się nawet zaciąć kilka razy, albowiem nie zdążyłem na czas spotkać się z kluczową dla rozwoju fabularnego postacią. Doprowadza to do chorej sytuacji. Bo skoro z założenia sandbox powinien dawać nam możliwość grzebania na spokojnie w możliwościach gry, to po jaką cholerę umieszczać w niej ograniczenia czasowe i podobnego rodzaju głupoty upośledzające rozgrywkę? Może po to, aby ją udynamicznić? Niestety, pomysł moim zdaniem nietrafiony, zupełnie tak jak w poprzedniej części. Choć nie ukrywam, że prawdopodobnie znajdą się i tacy, którym podobne podejście do rozgrywki bardzo przypadnie do gustu. I nikt nie będzie się z nich śmiał, albowiem ograniczenie czasowe to najbardziej dyskusyjny temat Dead Rising.

Miasto opanowane przez zombi to Fortune City, coś na wzór Las Vegas. Jeżeli macie choć nikłe pojęcie o tym, jak wygląda stolica hazardu Stanów Zjednoczonych, opisywanie wirtualnej wariacji na jego temat w Dead Rising 2 mija się z celem. Feeria barw na naszej twarzy dzięki ogromnej ilości neonów, kolorki i centra handlowe oraz hazardowe, które kuszą nie tylko ogromną ilością zombi do eksterminacji, ale również jeszcze większą ilością zabawek, z których składać możemy kolejne narzędzia walki. O właśnie! Mimo, iż Dead Rising 2 to w założeniach gameplayowych gra prosta jak budowa cepa i nudna, to zaimplementowany w niej system rozwoju postaci oraz narzędzi zrealizowany został nie tylko pomysłowo, ale i bardzo sympatycznie. Podczas gry zdobywamy tzw. Combo Cards, które stanowią architektoniczny wzór do stworzenia na maksa wykręconych broni. Zabawa polega oczywiście na tworzeniu coraz to lepszych narzędzi walki, z obowiązkową pałką nabitą kolcami, przez futurystyczną kosę stworzoną z kija od szczotki podłogowej, a na znanym z okładki gry wiośle z zamontowanymi piłami mechanicznymi kończąc. Możliwości jest naprawdę wiele i bez wahania mogę powiedzieć, że właśnie tworzenie nowych broni sprawiło mi w Dead Rising 2 największą przyjemność. Nie zabrakło również kombinowania. W grze uświadczymy bardziej pokręcone wynalazki pokroju połączonych wiaderek z wiertarkami w celu wykonaniu istnego "hełmu śmierci" czy przylepianych (a może raczej przybijanych) do zombiaków bomb obszarowych, które po zestrzeleniu sieją spustoszenie w ich szeregach. W całej tej przeciętności rozgrywki obecnej w Dead Rising 2 to właśnie system tworzenia oraz używania wymyślnych broni okazuje się być zdecydowanie najprzyjemniejszym patentem.

Poza tym, gra zachęca do jak najczęstszego używania Combo Cards, albowiem poprzez eksterminowanie zombiaków przy użyciu broni specjalnych, pasek doświadczenia naszego bohatera rośnie w zdecydowanie szybszym tempie. Namiastka systemu RPG w Dead Rising 2 jest może i banalna, ale przyjemnie, że w ogóle pomyślano o jej wrzuceniu. W miarę wskakiwania na wyższe poziomy doświadczenia, zwiększamy oczywiście nasze statystyki pokroju szybkości ataku czy ilości punktów życia. To nie dziwi. Dziwią i cieszą natomiast kolejne możliwości, jakich Chuck uczy się wraz z postępami w grze. Nagle zdajemy sobie sprawę, że nawet przy pomocy zwykłych kopniaków i przysłowiowych "strzałów w ryja" jesteśmy w stanie zatrzymać całe zastępy zombi. No i koleś ma swój własny motocykl, do którego również będziemy mogli dokoptować kolejne narzędzia zniszczenia, tym samym tworząc z niego istną sokowirówkę do mielenia kolejnych zastępów zombi...

Choć zastępy, to mało powiedziane. W Dead Rising 2 masz do czynienia z LEGIONEM nieustannie oplatających Cię truposzy, które w dzień są mega upierdliwie (i głupio mruczą), by w nocy zyskać jeszcze na prędkości oraz agresywności. Nie ma chwili, by na ekranie naszego telewizora nie znajdowały się kolejne ogromne ilości bezmyślnych, pałętających się tam i z powrotem truposzy. Jedyne bezpieczne miejsce to święta dla zombiaków ubikacja służąca nam za schron oraz miejsce zapisywania kolejnych stanów gry. Jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało. No i jest bardzo miło. Konstruujemy sobie nowe bronie, patrzymy na kolejne śmieszne akcje i cieszymy się z postępów w grze, ale tylko do momentu, w którym nie zdajemy sobie sprawy, że nie stawia ona naprzeciw nam żadnego wyzwania. Co więcej, nie oferuje nawet motywacji ku temu, by starać się ją masterować. W rezultacie rozgrywka nudzi nam się po około 5 godzinach, czyli niewiele jak na zombiaczy sandbox. Fajne w Dead Rising 2 jest to, ze praktycznie każdy znajdujący się na ulicy przedmiot możemy podnieść i zacząć okładać nim truposzy. Możliwości tego systemu są ogromne i możemy bić się zarówno ławkami i kijami baseballowymi, jak stołami, maskotkami, krzesłami, pałkami, rybami (!), piłami mechanicznymi i innymi pokręconymi przedmiotami codziennego użytku. Niestety, Capcom mogło pokusić się o urozmaicenie systemu walki i w ogóle gry w inny sposób, niż narzucanie graczom nerwowego ograniczenia czasowego, które przecież przy premierze pierwszej części tak bardzo zostało przez społeczność internautów oplute. Miło, że otrzymujemy całe zastępy zombiaków do wyrżnięcia, ale co z tego, skoro nie różnią się one praktycznie niczym między sobą? Nie można było dołożyć jakichkolwiek wykręconych wersji truposzy? Dać im do ręki granaty lub stworzyć z nich klasycznych w grach akcji berserkerów? Czyżby Capcom wyszło z założenia: "dajmy graczom wielkie pole bitwy, stado przeciwników głupszych niż w Dynasty Warriors, możliwość tworzenia nowych broni i interes rozkręci się sam"? Jeżeli tak, to bardzo mi przykro, ale od gier w roku 2011 wymagamy "nieco" więcej.

Oprawa graficzna jaka jest, każdy widzi. Całość wygląda nieźle, powiedziałbym nawet, że dobrze, ale o podskakiwaniu do najładniejszych przedstawicieli graficznych na PlayStation 3 nie może być mowy. Inna sprawa, że jako tytuł multiplatformowy, gra wyglądem broni się sama tym bardziej, że nie ma praktycznie żadnych różnic między wersjami na obie wiodące konsole HD. Capcom wykreowało w Dead Rising 2 bardzo różnorodne i rozległe miasto, którego zwiedzanie może zaciekawić graczy lubujących się w podróżowaniu zdewastowanymi ulicami i zagraconymi bocznymi uliczkami. I za to niewątpliwie należą się im brawa. Szkoda tylko, że od czasu do czasu gra ośmiela się nieładnie zakrztusić i to wcale nie w momentach, w których widzimy na ekranie potężne ilości bezmyślnych truposzy. Co jeszcze? Przydługie oraz często pokazujące się na ekranie paski ładowania potrafią doprowadzić gracza do szewskiej pasji. Również i w tym elemencie Capcom mogło postarać się bardziej.

Co do jednego zgodzę się w 100%. Dead Rising 2 albo spodoba Ci się, albo odrzuci już przy pierwszym podejściu. Nie ma co tego ukrywać. Gra jest archaiczna do bólu, powolna niczym spadające gęsie pióro i choć oferuje naprawdę wiele możliwości w zakresie kreacji nowych broni, to nie pozwala należycie ich wykorzystać. W grze nie ma też żadnych kombosów czy ataków łączonych z prawdziwego zdarzenia. Nie powiem, niektóre akcje prezentują się naprawdę przyjemnie dla oka. Jest nawet kilka takich, które mógłbym z czystym sumieniem nazwać świetnymi. W ogólnym rozrachunku jest tego jednak zbyt mało, by móc szczerze polecić Wam ten tytuł. Narzekam i narzekam, ale i tak bawiłem się nie najgorzej. Dead Rising 2 to dobra gra. Tylko dobra patrząc na to, ile możliwości oferuje i aż dobra, gdy porównamy ją do modelu rozgrywki sprzed dekady. Jeżeli jarają Was zombiacze klimaty i lubicie wyrzynać hordy bezmyślnych przeciwników w jeszcze bardziej bezmyślny sposób (ot tak, żeby "popykać" sobie po pracy czy szkole), to tytuł Capcom jest propozycją właśnie dla Was. W przeciwnym razie głęboko zastanowiłbym się nad jego kupnem. Przy okazji chciałem tylko zakomunikować, że nie mieszczą mi się w głowie oceny recenzentów z "zachodu". Ocenę rzędu 8 jestem w stanie zrozumieć. Fani stereotypowego podejścia do zombi z pewnością mogą podwyższyć oczko wystawionej przeze mnie nocie końcowej, co w rezultacie da im właśnie ósemkę.

Ocena - recenzja gry Dead Rising 2

Atuty

  • Możemy walczyć praktycznie wszystkim
  • Ogromna ilość zombie
  • System tworzenia i łączenia broni
  • Oprawa
  • Duże miasto w którym teoretycznie jest co robić

Wady

  • Powtarzalna
  • Archaiczna
  • Powooolna
  • System walki "na jedno kopyto"
  • Ograniczenie czasowe

Pyszny.

Zombie. Ogromne chmary zombie, a na przeciwko stoimy my w postaci Chucka Greena, mając w łapie to, co sobie zrobimy. Chwilę później wesoło kroimy ścierwo w kawałki. Tak, takie jest Dead Rising 2.

Komentarze (17)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper