Recenzja gry: Gears of War: Ultimate Edition

Recenzja gry: Gears of War: Ultimate Edition

Wojciech Gruszczyk | 27.08.2015, 12:57

Microsoft wyznaje ciekawą zasadę - przed zaserwowaniem głównego dania w formie kolejnej odsłony swojej wielkiej serii na aktualnej generacji, pozwala zapoznać się graczom z odpicowaną wersją klasyków z poprzedniej generacji. Był Master Chief, a teraz pora na Marcusa Fenixa. Na szczęście w przypadku krwawej opowieści napakowanych żołnierzy premiera odbyła się bez jakichkolwiek problemów. Czasami lepiej jest dostać mniej... Ale przynajmniej na odpowiednim – przetestowanym – poziomie! 

Wielka kolekcja Master Chiefa pokazała, że Microsoft w bardzo przyzwoity sposób chce się zająć odrestaurowaniem niektórych hitów z Xboksa 360. Niestety, gra cierpiała katusze w dniu premiery, a zainteresowani fani mogli zapoznać się „jedynie” z kampaniami. Po kilku łatkach, wielkich przeprosinach i zadośćuczynieniu w formie darmowej pozycji, amerykańska korporacja zaprezentowała swój kolejny port. Dość szybko zorientowaliśmy się, że firma w przypadku Marcusa Fenixa od samego początku miała inny plan. Bez ogromnego zestawienia przepełnionego kilkoma historiami, podali jak na talerzu dopracowaną i co najważniejsze sprawdzoną, pierwszą odsłonę tej wyjątkowej serii.

Niektórym może brakować pozostałych tytułów z szyldu Gears of War, ale nie możemy zapomnieć, że Microsoft postanowił zaoferować wszystkim klientom bardzo przyjemny prezent (szczegóły w ramce poniżej)... Nie jest to pełen remaster wszystkich części, jednak i tak trudno się tutaj nudzić.

Marcus Fenix miażdży tam gdzie Master Chief nie dał rady

W Ultimate Edition otrzymujemy początek tej wyjątkowej przygody, w której poznajemy zarys historii, bohaterów, przeciwników, uczymy się wykorzystywać bronie i dobrze się bawimy. Pod względem historii tytuł nie różni się znacząco od opowieści, którą poznaliśmy pierwotnie 9 lat temu.

Tło historyczne jest Wam dobrze znane. Na planecie Sera od lat odbywała się długoletnia wojna pomiędzy mieszkańcami, którzy zamiast cieszyć się spokojnym żywotem, walczyli o surowce. Pech chciał, że naukowcy znaleźli nowoczesne źródło energii zwane imulsją... To właśnie przez to odkrycie na powierzchnię planety wyszła Szarańcza, która w ekspresowym tempie zmiażdżyła niemal każdego żyjącego człowieka. 80% populacji padło, a nieliczni pozostali próbując odwrócić losy tej niemal jednostronnej potyczki. Główny bohater pozycji – Marcus Fenix – wraca do żywych, ale zamiast kwiatów, kawki i przyjemnego spacerku na łonie natury, wyrusza na trwającą 9 godzin krwawą jadkę.

Kampania nie została znacząco tknięta przez deweloperów. Jeśli mieliście okazję zagrać w tytuł na komputerach osobistych, to w zasadzie nic Was tutaj nie zaskoczy. Twórcy dodali wyłącznie kilka mniejszych scen, które pojawiły się w wersji na PC-tach, ale ogólnie są to mało znaczące i krótkie epizody. Sama historia ponownie nie zawodzi – od mojego pierwszego spotkania z tą opowieścią minęło prawie 9 lat – to nadal satysfakcjonująca i bardzo emocjonująca przygoda. Zmagania z Szarańczą są wymagające, przyjemne i szybko orientujemy się, że nasi kompani oraz przeciwnicy to banda debili. Ten problem pojawił się już na poprzedniej generacji, a teraz ponownie męczy. Autorzy nie popracowali nad sztuczną inteligencją i w konsekwencji rywale oraz towarzysze potrafią stać w bezruchu, biegać w nieodpowiednie miejsca, czy po prostu nie reagują na jakąkolwiek akcję. Tragedia, ale do tego już się przyzwyczailiśmy. Mimo wszystko wielki karniak za brak czasu na odpowiednie dopieszczenie tego elementu.

Pozytywnym zaskoczeniem jest dodatek w formie artworków oraz komiksów, które otrzymujemy za kolekcjonowanie blach żołnierzy. Przedmioty są rozsypane po lokacjach, więc czasami lepiej zerknąć w każdy kąt.

Zostawiając już temat historii można w ostateczności narzekać na płynność animacji. Tytuł śmiga w 30 klatkach na sekundę i chociaż działa dużo lepiej niż na poprzedniej generacji, to remastery powinny śmigać w wymarzonych i oczekiwanych przez wielu 60 fps-ach. Na szczęście już w trybie sieciowym jest znacznie lepiej, ale z drugiej strony jest to też skromny problem... Przesiadka z 60 (multiplayer) na 30 klatek (kampania) jest dość bolesna. 

Piękni bohaterowie i tryskająca krew w Sieci

Znacznie lepiej gra prezentuje się pod względem oprawy wizualnej. Tutaj graficy nie marnowali czasu na pączki i przekąski, a postarali się o szczegółowe upiększenie ekipy Marcusa. Bohaterowie, lokacje, bronie... Wszystko wygląda świetnie i bez wątpienia Gears of War to jeden z najlepiej prezentujących się kotletów. Gra ma na karku niemal dekadę, a ponownie błyszczy. Nie możecie liczyć na oprawę rodem z największych hitów aktualnej generacji, ale produkcja wygląda naprawdę przyzwoicie. Odrestaurowanie oprawy najlepiej można dostrzec w przypadku bezpośrednich starć z Szarańczą – nigdy wcześniej pojedynki w zwarciu nie wyglądały tak dobrze... Krew tryska strumieniami, a odrąbane kończyny przeciwników latają po każdym kącie. Na uwagę na pewno zasługuje zremasterowanie dźwięków na potrzebny Dolby 7.1 Surround – jeśli posiadacie w domu odpowiedni sprzęt to każdy strzał docenicie na nowo.

Opowieść możecie skończyć w około 8-9 godzin, ale w przypadku Gearsów jest to dopiero początek zabawy. Twórcy dopieścili tryb sieciowy i pozwalają uczestniczyć w pojedynkach na dedykowanych serwerach, nowych wariantach zabawy (m.in. Król Wzgórza, nowa Egzekucja), umożliwili oznaczanie rywali, podczas rozgrywki możemy również odblokować nowych bohaterów, ulepszyli modyfikację czułości, przygotowali 19 map (podstawka + dodatki), a wszystko działa w słodkich i niezwykle płynnych 60 klatkach na sekundę...Tak to wszystko prezentuje się na sucho, ale dopiero trzymając w łapie kontroler można poczuć starą magię.

Gra działa jeszcze lepiej niż kilka lat temu i sympatycy serii na pewno nie będą zawiedzeni. Każdy pojedynek to kawał satysfakcjonującej i emocjonującej rozgrywki. Ponownie trudno opanować bronie, mapy, ale wystarczy kilka godzin, a kolejny raz możemy sadzić świetne headshoty i obserwować latające ciała zmiażdżonych przeciwników. Od czasu do czasu jedynie wkurzają respawny, które zmieniają się zbyt wolno i doświadczony zespół może zamknąć rywali na miejscu odrodzenia... Nie będę jednak głośno zrzędził, bo w tym przypadku sieciowe zmagania ponownie przykuwają do ekranu na wiele godzin.

[ciekawostka]

Smaczna przystawka przed daniem głównym

Marcus powraca w pięknym i dopracowanym stylu. Z przyjemnością przypomniałem sobie historię, z radością morduję przeciwników podczas sieciowych pojedynków i pewnie jeszcze przed wiele miesięcy będę wcielał się w członka ekipy Fenixa.

Na pewno nie jest to kotlet idealny, można narzekać na formę podania, ale w tej cenie warto sięgnąć po odpicowane Gearsy. Grę można było łyknąć w dniu premiery za zaledwie 99 złotych i w zasadzie stać się tym samym szczęśliwym posiadaczem całej historii uniwersum. Brylant! 

Nie możemy oczywiście zapomnieć, że to dopiero początek. The Coalition przygotowuje główne danie, które trafi do posiadaczy Xboksów One w przyszłym roku. Traktujcie Ultimate Edition jako przystawkę... Na gruby, dopieszczony, aromatyczny i soczysty stek dopiero przyjdzie czas. Ja czekam!

Ocena - recenzja gry Gears of War: Ultimate Edition

Atuty

  • Sieciowe starcia ponownie uskrzydlają
  • 60 klatek na sekundę w Sieci
  • Marcus i jego ekipa wyglądają dużo lepiej
  • Rozgrywka przetrwała próbę czasu
  • Świetna cena

Wady

  • Towarzysze i rywale to idioci
  • 30 klatek na sekundę w kampanii
Wojtek Gruszczyk

Wojciech Gruszczyk

Kawał przyjemnej i radosnej rozgrywki. To odpowiedni przedsmak nadchodzących atrakcji. Czasami lepiej jest zagrać w jedną dopracowaną produkcję, niż liznąć kilka niedorobionych projektów. Warto zagrać i ponownie zakochać się w uniwersum.
Graliśmy na: XONE

Komentarze (91)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper