Recenzja gry: Call of Duty: Ghosts

Recenzja gry: Call of Duty: Ghosts

Wojciech Gruszczyk | 11.11.2013, 12:00

Kolejny rok przynosi nam kolejne Call of Duty. Miliony graczy na całym świecie wyczekiwało na nadejście nowej odsłony znanej serii, aby móc rozkoszować się nowymi mapami, trybami i innowacjami. Jak wypadają „Duchy” względem swoich poprzedników? Czy wnoszą coś nowego w tę odrobinę przestarzałą konwencję? Zapraszamy do recenzji Call of Duty: Ghost!

A miało być tak pięknie….

 

Wydarzenia przedstawione w kampanii opowiadają o losach elitarnej jednostki, która specjalizuje się w wykonywaniu najbardziej niebezpiecznych zadań. Tym razem stronami konfliktu są Stany Zjednoczone oraz Federacja, czyli koalicja państwa Ameryki Południowej. Właśnie tytułowe „Duchy” muszą opanować sytuację i przywrócić pokój na świecie. Już prolog w odpowiedni – bombowy – sposób zarysowuje spór i choć historia próbuje sprzedać nam wiele banalnych schematów – ojciec dowódca, synowie żołnierze, którzy idą jego śladami, walka o kraj, zniszczona Ameryka, poszukiwanie bohaterów –  to w cały ten chaos da się uwierzyć. Nie jest to na pewno najlepsza historia w dziejach Call of Duty i jeśli oczekujcie wydarzeń, które wbiją Was w fotel, to lepiej nie załączajcie kampanii. Prawda jest taka, że twórcy poszli trochę za bardzo na skróty wykorzystując znane i stale powtarzane motywy (a nawet skrypty…). To nie jest tak, że brakuje tutaj tych widowiskowych i ekscytujących zwrotów akcji, ale cały czas przez te ponad pięć godzin gry – tylko zajmuje zapoznanie się z historią – miałem wrażenie, że „to już gdzieś było”, albo „a kiedy koniec?”. Niestety, po wielu naprawdę ciekawych żołnierskich opowieściach, w które grało się z większą bądź mniejszą przyjemnością, otrzymujemy tytuł z ciekawym konfliktem, z ciekawymi bohaterami, ale po prostu autorzy nie wykorzystali  dużego potencjału, który sami wykreowali.

 

Zapewne pamiętacie psa – Riley’a –który został obśmiany przez graczy przed premierą produkcji? Nawet ten czworonóg nie został wyeksploatowany w należyty sposób. Oglądając kampanię marketingową Ghosts byłem pewien wielkich i epickich scen z tym kompanem, a otrzymujemy tylko kilka średnich misji, w których mamy możliwość wcielenia się w psiego towarzysza. Jasne, może moje oczekiwania były zbyt wielkie, dałem się ponieść wodzy fantazji, ale myślę, że ten sam problem mieli twórcy, którzy choć nakręcili dużą marketingową spiralę, to nie wykorzystali jej w żadnym aspekcie. Wygląda to jakby całe uniwersum, cały konflikt został przemyślany do perfekcji, ale gdzieś tam po drodze zabrakło chęci(?) albo/i czasu(?) i stworzono po prostu średnią historię, która posiada dobre fragmenty, ale są to tylko małe wycinki z całej przygody.

 

 

Nieporozumienie? Raczej brzydkie nieporozumienie!

 

Pewnie widzieliście już kilka fragmentów z rozgrywki Call of Duty: Ghosts i prawda jest taka, że mamy tutaj do czynienia z paskudną produkcją. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego autorzy nie postarali się o przynajmniej odrobinę ładniejsze mapy. Grafika bije po oczach i tylko najwierniejsi fani mogą się ze mną nie zgodzić – choć grałem na PlayStation 3, to miałem możliwość zobaczenia kilku urywków z produkcji na nową generację i niestety nie jest dużo lepiej. Grając miałem czasami wrażenie, że zamiast progresu, mamy tutaj regres i „Duchy” wyglądają gorzej od swoich poprzedników.

 

Zapewne jest to spowodowane nadchodzącą nową generacją i twórcy skupili się na tworzeniu next-genowych projektów, ale czy jest to wytłumaczenie? Niestety, Ghost należy do grona tytułów, które pojawią się na obu generacjach i z tego powodu cierpią gracze, ponieważ pod względem grafiki żadna wersja nie jest dopracowana. Boli również myśl, że jeśli tak maja wyglądać kolejne odsłony Call of Duty na PlayStation 3 i Xboksie 360, to gracze powinni czym prędzej zainwestować w nowy sprzęt. Prawdą jest – i tutaj Ameryki nie odkryję – że silnik graficzny powinien już dawno zostać zastąpiony przez nowszą wersję i programiści są zmuszeni do prężenia muskułów, aby wyrobić się przed przyszłorocznymi premierami. Sytuację może uratować fakt, że marką zajmują się dwa studia i gdy teraz Infinity Ward kleiło Ghosts, to bardzo prawdopodobne, że ludzie z Treyarch już pracowali i nadal pracują nad nowym kodem, który unowocześni grafikę. W zasadzie innej sytuacji nie przewiduję, ponieważ konkurencja nie śpi, a na nowych konsolach będziemy świadkami niezwykłej walki o klientów.

 

Na pochwałę zasługują dźwiękowcy, którzy niczego nie zepsuli. Prawda jest taka, że już w poprzednich odsłonach odgłosy broni, czy też strzałów prezentowały należyty poziom i teraz nie jest inaczej. Miło jest wziąć do ręki kilka karabinów i sprawdzać odgłosy broni, ale te szczegóły cieszyły kilka lat temu. Teraz jest to po prostu standard.

 


Danie główne pozostaje bez zmian.

 

Ponarzekałem już na najgorsze mankamenty produkcji, więc teraz mogę ze spokojem opisać sieciowe zmagania. Tutaj autorzy wykorzystali wiele znanych nam motywów, które postanowili ulepszyć. Sama rozgrywka nadal daje mnóstwo satysfakcji, choć jest to tylko i wyłącznie „stary dobry COD”. Strzela się dobrze, a gdy trafiamy headshota i słychać ten charakterystyczny dźwięk, uśmiech z twarzy nie znika. Podczas testów, które trwały ponad 25 godzin nie uświadczyłem żadnych lagów, ścinek i tylko raz konsola odmówiła posłuszeństwa. Pod tym względem tytuł nie zawodzi i jeśli preferujecie taki model wymiany ognia, to na „Duchach” się nie zawiedziecie.

 

 

Pierwszymi znaczącymi zmianami w rozgrywce jest możliwość „ślizgania” się po mapie i w końcu bez zbędnego klikania przycisku, widzimy swoje statystyki na ekranie. Ta pierwsza ciekawostka jest nagminnie wykorzystywana przez graczy i jeśli nie chcecie zbyt często ginąć, musicie bawić się tą innowacją. Druga natomiast motywuje do celnego strzelania, ponieważ teraz nie ukryjecie przed swoją świadomością statystyk.

 

Troszkę większe, ale na pewno nie gorsze.

 

Na początku do dyspozycji otrzymujemy czternaście bardzo różnorodnych map. Jednak w tym miejscu pojawia się znacząca innowacja – twórcy postanowili odrobinę powiększyć pola bitwy, dlatego każdy gracz, który jest przyzwyczajony do poprzednich serii będzie musiał przebudować swoje taktyki. Musimy biegać mądrzej, nie wpadać na otwarte tereny, ponieważ taki błąd na pewno wykorzysta przyczajony snajper. Przez pierwsze trzy godziny – gdy nie znałem map – był to dla mnie duży problem, ponieważ zawsze gdzieś tam z boku, gdzieś w ukryciu czaił się rywal. Gra jednak nagradza naszą wytrwałość i po kilku pierwszych niepowodzeniach, możemy zatopić ostrze w  zdezorientowanych camperów.

 

Problem z rozbudowaniem map pojawia się, jeśli chcemy rozegrać miły i spokojny pojedynek z przyjacielem – trudno tutaj znaleźć mapę do starć 1 vs. 1, dlatego autorzy lig, czy też turniejów mają problem.

 

Trochę nowości i odrobinę ewolucji.

 

Również tryby przeżyły odświeżenie – postanowiono dodać kilka zwariowanych możliwości rozegrania pojedynków. W większości nowe tryby stawiają na chaotyczne bieganie po mapie – w Cranked po zabiciu pierwszego rywala otrzymujemy „super moce”, które działają przez 30 sekund, w tym czasie musimy zabić kolejnego rywala, a później następnego, następnego. Statystyki żołnierza powiększają się na tyle, że możemy bez przeszkód wyszukiwać niczego niespodziewające się ofiary. W Blitz dwie drużyny nie skupiają się na zabijaniu, a bieganiu do wyznaczonych okręgów. Po wbiegnięciu w „kółeczko” gracz wraca do swojej bazy, a zabawa rozpoczyna się od nowa. Oczywiście wielu śmiałków czai się przy swojej bazie wyczekując na rywali, ale w ostatecznym rozrachunku jesteśmy świadkami dużego zamętu. Podobnie zresztą jak w Hunted – tutaj zaczynamy pojedynek mając w dłoni zwykły pistolet i dopiero po rozpoczęciu starcia możemy dotrzeć do wyznaczonego miejsca, gdzie znajdują się lepsze karabiny.

 

 

Pierwsze starcia pokazują, że musi minąć wiele czasu, aby takie rozgrywki miały sens. Są na pewno gracze, którzy polubią takie zwariowane akcje i będą świetnie się bawić w nowych trybach, ale wydaje mi się, że starzy wyjadacze pozostaną przy standardowych meczach. Dobrze, że powstają nowe możliwości rozgrywania gier, ale szkoda, że są one nastawione na tak nerwową rywalizację. Brakuje mi tutaj odrobiny spokoju, taktycznego podejścia do walki, ale dla takich jak ja nadal mamy Team Deatmatch, Domination, Kill Confirmed, czy po prostu Search and Rescue (ewolucja znanego S&D).

 

 

Już nie będzie forever alone…

 

Infinity Ward trybem Squads wychodzi naprzeciw wszystkim samotnikom, którzy mają ochotę na odrobinę drużynowych wariacji. Tutaj tworzymy zespół składający się z żołnierzy obdarzonych sztuczną inteligencją, którzy biegają po mapach i starają się jak najlepiej reprezentować nasze barwy. Towarzysze broni zachowują się na polach bitwy przyzwoicie, ale nie oczekujcie tutaj wyśmienitych starć na ogromnym poziomie. Jeśli kompan posiada w ręku snajperkę, szuka ustronne miejsce, z którego może ostrzeliwać swoje ofiary. Zaś dzierżąc w dłoniach karabin biega i eleminuje nierozważnych przeciwników. AI działa wyjątkowo dobrze i z przyjemnością sprawdzałem różne wariacje dotyczące starć z żywymi, bądź sztucznymi oponentami. W Squads możemy uczestniczyć w różnorodnych pojedynkach, ale dla mnie najciekawiej prezentuje się mecz, w których kapitanowie drużyn (gracze), w akompaniamencie sztucznych towarzyszy, rywalizują w starciach Team Deatmatch.

 

Każdy żołnierz musi pamiętać o punktach…

 

Podczas pojedynków i wykonywania różnorodnych zadań zdobywamy Squad Points – za punkty możemy kupić nowe bronie, odblokować odpowiednie dodatki, czy po prostu rozszerzyć umiejętności żołnierza. Podobny system pojawił się już w poprzedniej odsłonie – Black Ops 2 – jednak tym razem został odrobinę przemodelowany. Najważniejszą zmianą jest rezygnacja z ograniczeń, które zmuszały do przeznaczania przynajmniej jednego punktu na broń podstawową, podręczną oraz wybrany perk. Dodatkowo zwiększono również liczbę punktów do 12. Po tych zmianach otrzymaliśmy większą swobodę w kreowaniu swojej klasy.  
W tej sytuacji od samego początku mamy dostęp do wszystkich broni i to od nas zależy, którymi zabawkami będziemy operować. Nie jest sztuką przeznaczyć wszystkie punkty na najdroższy karabin, ponieważ trzeba pamiętać o celownikach, lufach, osprzęcie pod lufą, czy też po prostu o modyfikacjach. Za każdy dodatek trzeba zapłacić, a pikanterii dodaje fakt, że w zależności od wybranych rozszerzeń przykładowy MSBS zachowuje się inaczej. Z własnego doświadczenia wiem, że najlepiej trochę pograć, wypróbować różne warianty i dopiero wtedy wybrać swój podstawowy oręż. Ten system sprawdził się już w zeszłym roku i jestem pewien, że gracze nie będą narzekać. Mamy swobodę w podejmowaniu decyzji i to od nas zależy, w którym kierunku pójdziemy.

 

 

Za punkty otrzymujemy również umiejętności, które zostały podzielone na siedem kategorii. Jednak w przypadku perków musimy posiadać  też dany poziom doświadczenia, dla przykładu – aby móc używać dwóch podstawowych broni należy przeznaczyć 9 SP oraz posiadać 48 level.  Przez zniesienie limitu, o którym wspomniałem powyżej, możemy zainwestować w przykładowo 8 słabych perków i dobrać do tego zestawu coś większego lub po prostu wybrać trzy „mocne” ulepszania. Rozwiązanie to jest ciekawe, ponieważ dzięki dużej liczbie możliwości – 35 perków – możemy stworzyć różnorodne kombinacje.

 

Trzecie miejsce, w którym wydajemy ciężko zarobione Squad Pointsy są Killstreaki. Twórcy powrócili do pomysłu z Modern Warfare 3 i postanowili ponownie zaprezentować „paczki”, które dzielą się na trzy kategorie – ofensywne, pomocnicze oraz specjalistyczne. Musicie jednak wiedzieć, że te ataki mają znacząco mniejszy wpływ na rozgrywkę niż w poprzednich odsłonach – oczywiście przyzywając helikopter i masakrując oponentów można zyskać ogromną przewagę, ale takie sytuacje nie są już codziennością. Tylko mając wielkie szczęście – ewentualnie grając z mało ogarnięty przeciwnikami – jesteśmy świadkami wielkiej dominacji wywołanej przez killstreaki. Zdecydowanie ważniejsze jest poprawne, celne strzelanie i zgranie zespołu. W ligach i tak te najbardziej niezbalansowane zabawki zostaną zablokowane, więc gracze nie powinni mieć problemu z przystosowaniem się do sytuacji na polu bitwy. Choć nadal nie możemy powiedzieć, że Call of Duty może cieszyć się z balansu idealnego, to jestem pewien, że twórcy idą dobrą drogą, w której nagrody za zabicie wielu rywali z rzędu nie psują zabawy, a ją po prostu urozmaicają.

 

 

W zestawieniu killstreaków nie mogło zabraknąć wiernego kompana „Duchów”, czyli psa ochraniającego nasze tyły i czyhającego na wrogów. Należy przy tym pamiętać, że psi towarzysz nie biega po całej mapie – jak mogliśmy to zobaczyć w Call of Duty: World at War – a znajduje się zawsze za naszymi plecami. Jest po prostu dobrym pomocnikiem.

 

Warto jeszcze wspomnieć, że podczas rozgrywki pojawiają się zadania, które należy wykonać w wyznaczonym czasami. Misje są bardzo różnorodne – począwszy od biegania po mapie sprintem, zajęciu od 1 do 3 miejsca w 5 pięciu ostatnich meczach FFA, po zabicie 100 rywali daną bronią. Nagrodami są oczywiście Squad Pointsy. Takie dodatki urozmaicają rozgrywkę i sprawiają, że nawet podczas zwykłych „sesji dla odprężenia” możecie przyjąć sobie cel do wykonania.

 

Ubrania, kobieta i szok!

 

Po raz pierwszy w historii serii – nie licząc mniejszej wersji na komputery klasy PC – możemy w pełni stworzyć swojego żołnierza. Zmieniamy kolor skóry, ubranie, a nawet hełm, jednak największą ciekawostką jest pojawienie się płci pięknej. Gracze lub raczej „graczki” w końcu mogą wskoczyć w kobiece ciałko. Patent ten jest wykorzystywany dość często, a w pierwszych chwilach z grą wielokrotnie miałem przyjemność strzelania u boku kobiet.

 

Wszystkie zmiany – różnorodne uniformy, kolory broni, celowniki, czy też kaski – zdobywamy przez wykonywanie zadań, dla przykładu, za zabicie 120 rywali danym orężem. Jest to bez wątpienia miły patent, który spowoduje, że gracze stworzą swoje alter ego. 

 

 

Uwaga! Nadciągają „Zieloni”

 

Zombie są już nudni, są wszędzie i wylewają się z prawie każdej lodówki – tak pewnie myśleli twórcy, którzy postanowili zrezygnować ze znanego trybu o umarlakach, oferując za to podobną sieczkę z „Obcymi” w roli głównej. Naszym zadaniem jest niszczenie „kokonów”, które są rozstawione w różnych miejscach na planszy – kiedy wiertło wdziera się w „jajeczka” musimy ochraniać sprzęt i niszczyć kolejne hordy rywali. Im dalej w las, tym pojedynki są trudniejsze, a czasami mamy możliwość uczestniczenia w prawdziwej sieczce. Podczas starć zdobywamy pieniądze oraz podnosimy swoje doświadczenie. Za dolary kupujemy nowe bronie, aktywujemy różne ciekawostki otoczenia lub po prostu wykorzystujemy swoje umiejętności. Natomiast XP pozwala nam na zdobywanie coraz to lepszych i potężniejszych skilli.

 

Tak prezentuje się rozgrywka na papierze, a jak jest w rzeczywistości? Jeśli mamy zgraną ekipę – bawimy się świetnie – jeśli gramy z przypadkowymi zawodnikami – bywa różnie. Jest to miła odskocznia od poprzednich odsłon i różnorodność wrogów potrafi zachwycić. Niestety, rozgrywka opiera się na jednym schemacie, który po kilku sesjach po prostu nuży. Oczywiście w doborowym towarzystwie nie można się nudzić, więc jeśli mieliście stałą ekipę, z którą eksterminowaliście legiony nieumarłych, szykujcie się na równie przyjemną potyczkę w odrobinę innym klimacie.

 

Ewolucja? Bez wątpienia…

 

Ghosts to na pewno nie rewolucja względem poprzednich serii. Twórcy wykorzystują mnóstwo znanych schematów, dodają do tego odrobinę innowacji i pakują to wszystko w nową markę. Nie wiem, czy na takie Call of Duty czekaliście, ale jeśli zagrywaliście się w poprzednie odsłony, także i tutaj będziecie się świetnie bawić. Produkcja potrafi cieszyć, strzelanie daje satysfakcję, ale musicie pamiętać – to nadal stary (dobry?) CoD.  Jeśli oczekujecie, że autorzy przed nową generacją zaskoczą czymś wyjątkowym, to niestety możecie się rozczarować. Są tutaj ciekawostki – nowe tryby, większe mapy, tryb z „Obcymi”, składy – ale cały czas gra działa na znanych i odrobinę przestarzałych motywach. Z drugiej strony otrzymujemy produkt, który przeżył znaczącą ewolucję i wprowadza do rozgrywki odrobinę świeżości, jednak ten powiew jest zdecydowanie za mały, abyśmy zechcieli wychwalać twórców pod niebiosa. Mam wrażenie, że przedstawiciele z Infinity Ward tym tytułem chcą zadowolić dwa środowiska graczy – nową krew i starych wyjadaczy – a ta sztuka mało komu się udaje.

 

 

Jeśli zapomnicie o brzydkiej grafice, niewykorzystanej szansie w historii i jednocześnie skupicie się wyłącznie na sieciowych bataliach – otrzymacie kawał porządnego kodu, który zadowoli Was na wiele tygodni. Szkoda, że ciągle mam w głowie magiczne „ale”, przez które projektu o kryptonimie „Ghosts” nie mogę polecić każdemu. Gram i grać będę długo, tak jak pewnie wielu innych graczy, jednak po hucznych zapowiedziach i nowej serii liczyłem na coś zdecydowanie lepszego.

Ocena - recenzja gry Call of Duty: Ghosts

Atuty

  • Sieciowe zmagania nadal cieszą
  • Kilka innowacji
  • "Obcy"!
  • Punkty, punkciki i kobiety
  • Nowe tryby
  • Już nie będzie "forever alone" ;)

Wady

  • Okropna grafika
  • "Ale to już było..."
  • Słaba kampania
  • Niewykorzystany potencjał
  • Brakuje czegoś całkowicie nowego
Wojtek Gruszczyk

Wojciech Gruszczyk

Wyłącznie "stary dobry CoD"...

Komentarze (66)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper