Pierwsze 20 minut wystarczy, aby każdy gracz, niezależnie od doświadczenia, wieku, a nawet rozmiaru buta, mógł spostrzec, że takie gry jak pierwszy Resident Evil już nie powstają. Ja w ciągu tych 1200 sekund zdążyłem wpaść na pierwszego zombiaka, ledwo uszedłem z życiem i stanąłem przed sporą zagwozdką... A co teraz? Przez ostatnie lata nauczyliśmy się, że jesteśmy prowadzeni za rączkę, pomagają nam wielkie wykrzykniki, które wskazują drogę, przyzwyczailiśmy się do ekwipunku na tonę sprzętu i możliwości zapisywania gry niemal w każdym momencie. Tutaj jest zdecydowanie inaczej i pierwsza godzina w znanej nam rezydencji przypomniała mi, że gry z serii Resident Evil potrafiły kiedyś straszyć.

Zacznijmy jednak od podstawy – remake Resident Evil to odpicowana wersja pozycji z GameCube’a, która zadebiutowała na rynku w 2002 roku. Twórcy ponownie popracowali nad grafiką, jednak w gruncie rzeczy mamy tutaj do czynienia z tytułem z 1996 roku. Jedną z największych zmian względem oryginału jest możliwość alternatywnego sterowania, dzięki któremu możemy kontrolować postać za pomocą analogów. Oczywiście możemy wybrać standardową kontrolę, ale w moim odczuciu akurat ta nowość jest dobrym patentem. Zmiana pozwala lepiej reagować na wydarzenia.

Nowa wersja to typowy kotlet i w tej sytuacji historia, postacie, rywale, wydarzenia zostały niezmienione. Z tego względu nie będzie pewnie dla nikogo z Was tajemnicą, że w grze wcielamy się członka grupy do zadań specjalnych S.T.A.R.S. – do wyboru Chris Redfield lub Jill Valentine. Oddział został wysłany do zbadania tajemniczego zaginięcia zespołu Bravo (jednostka, która miała zająć się serią morderstw), jednak na miejscu okazuje się, że samolot ekipy jest zniszczony, pojawiają się przeciwnicy, a bohaterowie uciekają do wielkiej posiadłości.

Fabuła w pierwszym Resident Evil nie jest wybitna, ale twórcy począwszy od oryginału stworzyli wyjątkową atmosferę, przez którą każda minuta rozgrywki sprawia przyjemność. Ten sam nastrój jest wyczuwalny w najnowszej wersji i właśnie dzięki temu w ten tytuł chce się grać. Lawirujemy po korytarzach, otwieramy kolejne drzwi, rozwiązujemy zagadki, czasami biegamy od pokoju do pokoju, aby znaleźć kolejne przejście, walczymy z różnymi przeciwnikami i wszystko to daje niezwykłą przyjemność.

Gra pod względem graficznym nie błyszczy, ale musimy pamiętać, że jest to tylko i wyłącznie odgrzewane mięcho. Bohaterowie wyglądają przyzwoicie, jednak już cała reszta nie prezentuje oczekiwanego poziomu. Brzydcy przeciwnicy oraz nierówne pod względem oprawy otoczenie w dość dobitny sposób pokazuje, że zapoznajemy się z pozycją, która swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Jednak nawet ten detal – wygląd rezydencji, pomieszczeń i te obrazy na ścianach! – sprawia, że bez najmniejszych przeszkód wyczuwamy ciężki, mroczny i intrygujący klimat, którego nie spotkamy w dzisiejszych produkcjach. Pozytywną wiadomością jest fakt, że pod względem optymalizacji produkcja nie ma problemów z nowymi maszynami. W trakcie rozgrywki nie spotkałem się z jakimikolwiek spadkami animacji. 

Atmosfera wyśmienicie współgra z całą otoczką survivalu – jeśli macie ochotę na trudną grę, spróbujcie Residenta. W trakcie rozgrywki wciąż brakuje miejsca w ekwipunku, amunicji, leczenia, a rywali przybywa. Wystarczy chwila nieuwagi, a tracimy połowę życia, postać porusza się wolniej i jesteśmy bardziej podatni na kolejne ataki. Gdy zabraknie amunicji lepiej dokładnie rozplanować kolejne podróże, ponieważ wchodząc do nowego pomieszczenia możemy bardzo szybko trafić na głodnego zombiaka. Na poziom trudności ma znaczący wpływ kamera – ta, identycznie jak w oryginale, została z góry przypisana do wybranych miejsc i często nie możemy dostrzec odpowiednich zakamarków lokacji. To przeszkadza, ale też zwiększa poczucie zagrożenia – nic tak nie podnosi ciśnienia, jak przeszukiwanie nowych pomieszczeń z myślą „a co jest za rogiem?”. Za nim najczęściej jest głodny, ślamazarny trup, który czyha na nasze ciało.  

W trakcie starć przeszkadza nam nie tylko kamera, ale również sterowanie oraz celowanie. Te wszystkie archaizmy kumulują się w jednym miejscu i sprawiają, że poziom trudności jest jeszcze bardziej wywindowany. Nawet alternatywna kontrola postaci nie pomaga, gdy akurat kamera ustawi się w złym miejscu, przeciwnika nie widzimy, celować nie możemy i po chwili jesteśmy przekąską. Uciec też nie jest łatwo, a strzelanie... Pozostawia wiele do życzenia.

Z łatwością można zginąć, a przez brak swobodnego zapisywania często trzeba powtórzyć niektóre sekwencje, jeszcze raz otwierać drzwi lub walczyć z tymi samymi przeciwnikami. To potrafi wymęczyć i pewnie niektórzy gracze po kilku próbach będą chcieli zrezygnować – ale nie róbcie tego, walczcie, szukajcie, bo naprawdę warto.

Nie możemy zapomnieć, że w trakcie rozgrywki kilkukrotnie stajemy przed zadaniem rozwiązania zagadek i wspominam o nich nie bez powodu, bo to kolejny przykład starej, dobrej szkoły. Nie jestem sympatykiem powtarzania „kiedyś było lepiej”, ale akurat łamigłówki w tej produkcji pokazują, że twórcy w latach 90-tych mieli bardzo świeże podejście do produkowania gier. Bez zbędnego męczenia, bez wydziwiania, jest dobrze i przyjemnie. Poziom puzzli został wyważony w naprawdę genialny sposób.

Pisząc te słowa jestem przekonany, że ta produkcja jest idealnym tytułem dla graczy, którzy zakochali się w pierwowzorze. Sekwencje otwieranych drzwi, zielone i czerwone roślinki, maszynę do pisania, skrzynie, mały ekwipunek, kombinowanie z przedmiotami, genialne zagadki – wszystkie te elementy zachwycały w 1996 roku, później ponownie w 2002 roku i robią to nadal. Dla tej grupy odbiorców otrzymujemy niemal idealną pozycję, typową dziewiątkę, której niewiele brakuje do ideału.

Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że nie wszyscy zakochali się w oryginale. Dla nich może to być archaiczna, bardzo trudna gra, która w gruncie rzeczy nie zaoferuje za wiele. Będą się męczyć, wkurzać, pewnie odstraszy ich grafika i nie spędzą przy tym tytule za wiele godzin. Od tej grupy odbiorców Capcom nie może liczyć na więcej niż siedem i jednocześnie autorzy muszą przygotować się na sporo negatywnych komentarzy.

Nie ukrywajmy, Resident Evil HD nie jest grą dla wszystkich. Ja mam wrażenie, że w pewien sposób stoję w półkroku, bo chociaż bawiłem się wyśmienicie, to jestem pewien, że wiele elementów nie przetrwało próby czasu.

Jeśli jednak szukacie wyzwania, lubicie się bać, a w dodatku właśnie wyszliście z lodówki i nigdy nie graliście w pierwszego Residenta, to biegnijcie do sklepu. W tę grę trzeba zagrać z jednego, prostego powodu – aby uświadomić sobie, jak współczesne produkcje nas ogłupiły i jakimi kiedyś byliśmy kozakami... Gdy nie było Internetu, poradników, pucharków, a my mimo to potrafiliśmy cieszyć się z każdego zabitego bossa. 

Gra recenzowana w wersji na Xboksa One.