Kontynuacja przygód najseksowniejszej wiedźmy w branży rodziła się w bólach, aż z pomocną dłoń do Platinum Games wyciągnęło samo Nintendo wspierając produkcję i tym samym zaklepując na wyłączność jeden z - jak się okazuje - najbardziej łakomych kąsków w kategorii tytułów ekskluzywnych. A skoro bohaterka rozprawia się brutalnie i z gracją ze zgrają bynajmniej nie pokojowo nastawionych aniołów, więc my postarajmy się utrzymać recenzję z niebiańskim tonie.
 
Ciało astralne
 
"Duchową" otoczką Bayonetty pozostaje luźna historyjka rodem z zakręconego anime traktująca o wiedźmach, złych mocach i walce do upadłego ze wszystkim, co chce zrobić kuku bohaterce oraz zawładnąć światem. Fabuła zgrabnie spina wydarzenia z "jedynki" i "dwójki", choć z pewnym momencie staje się przewidywalna i pełna jest czczego gadania czyli owych nie zapadających w pamięć dialogów. Nie ma to jednak absolutnie żadnego znaczenia, bo historia stanowi jedynie tło - podkład pod danie właściwe. Oczywiście całość ocieka seksualnymi wtrętami. Gdy ponętna brunetka dosiada anielskiego rumaka, nie obejdzie się bez ujęcia na podskakujący w siodle tyłeczek, podczas używania włóczni pannica wije się nań niczym tancerka na rurce w wiadomym klubie, a pełna erotycznych podtekstów scena z udziałem... wiewiórki, podczas której piersi określane są pieszczotliwie "orzeszkami", mogła zrodzić się tylko w głowach Japończyków. Wielbiciele takich klimatów będąc wyć z zachwytu nocą do księżyca.
 
Baczne przyglądanie się bohaterce to jednak nie tylko zachwyty nad uwypuklonymi kobiecymi atrybutami. Bayonetta jest cudownie animowana w czym niebagatelną zasługę ma 60 klatek na sekundę, w których zasuwa dzieło Platinum Games. Wiedźma zalotnie kręci pupą podczas dostojnego chodu, po skończonym combo kręci pistolem w dłoni niczym John Wayne w westernach, a podczas biegu spod jej nóg wciąż wylatują małe, słodkie motylki. Wyłapywanie takich smaczków to świetna sprawa i choć da się wyłapać kilka dziwnych animacji takich jak nienaturalnie podniesiona noga gdy prowadzimy ostrzał robiąc szpagat... Oj, jest na czym oko zawiesić i wstyd, że w podobnych superlatywach nie można wypowiadać się o reszcie oprawy. Największym rozczarowaniem są scenki przerywnikowe podane w formie niemal statecznych kadrów z delikatnie animowanymi elementami, które momentami prezentując jakoś taką (ząbki!), że przydałby im się remake HD.
 
 
 
Ciało fizyczne
 
Wszystkie drobne niedoróbki bledną w obliczu clou programu - walki, bo raz rzucony w wir uzależniających jak narkotyk potyczek, za Chiny nie będziesz chciał dać się z niego wyszarpać. Czeka cię istna orgia akcji i niebagatelnych starć, bo w końcu bitka na skrzydłach samolotu pędzącego pomiędzy biurowcami i budynkami, czy beczki kręcone w ramach uników owym... F-16, to atrakcje nie trafiające się codziennie. Mnóstwo jest też obijania wielgachnych przeciwników – ba, są nawet walki, gdy my kontrolujemy mierzącą kilka pięter kreaturę stworzoną przez panią wiedźmę - a design aniołów oraz tałatajstwa, które doczepia się do rozpierduchy później, to majstersztyk. Skrzydlate kreatury z kilkoma głowami niczym hydra, gargantuicznych rozmiarów niebiański rycerz z posępną, posągową twarzą umieszczoną na wcale nie mniejszym... mieczu, czy pomniejsze ćwoki – tak porytego zastępu przeciwników nie ma żadna inna gra. I co lepsze – gra co rusz podrzuca nowe mięsko na przemiał, bo większe skurczybyki, mające nam szczególnie napsuć krwi, praktycznie się nie powtarzają. Żadna inna gra nie ma też brutalnego wdzięku, z którym całą tą watahę wysyłamy do piachu. Akcja jest błyskawiczna do tego stopnia, że czasem ciężko połapać się w bitewnym chaosie. Trafiamy combosem, przeciwnik kontruje, ale robimy unik z idealnym timingiem, a czas na krótką chwilę zwalnia. Walimy dalej, kolejny idealny unik, i kolejny, bo tu ciągle trzeba mieć się na baczności, ciągle uważać na ataki, ciągle młócić ile fabryka dała. I to jest piękne tak jak często towarzysząca całej tej porytej akcji przesłodzona muzyka popowa, pasująca do całej tej otoczki idealnie.
 
System walki to połączenie prostoty z efektywnością. Bayonetta nadal korzysta w równej mierze z rąk i nóg. Broń może być przytwierdzona i na dole i na górze, a jeśli dzierżymy akurat strzelające pukawki to w każdym momencie combosa możemy przytrzymać przycisk ataku by wypalić serią. Warto wścibiać nos wszędzie tam, gdzie nas nie chcą i szukać znajdziek, bo dzięki nim położymy łapska na nowych zabawkach. Jest m.in. przypominający insekta łuk, idealnie sprawdzający się na długim dystansie „bicz” - atakujący demonicznymi, różowymi mackami – lub dwa miecze, które komicznie wyglądają przy szpilkach, ale serie kopniaków wyprowadzanych nimi nie mają sobie równych w kwestii szybkości. Naturalnie towaru jest dużo więcej, niektóre zabawki stanowią niezłe oryginały, ale najfajniej przekonać się o tym samodzielnie. W sumie dysponujemy dwoma, posiadającymi po dwa sloty, zestawami oręża. Można się między nimi błyskawicznie przełączać, a to w pełni wystarcza, by „ustawić” postać pod odpowiadając nam styl walki. Choć w praktyce system bitki specjalnie się więc nie zmienił, to nie można mu odmówić podbitej efektywności. Chodzi o nowe ataki Climax. Wiedźma eliminując ścierwo nabija sobie klasyczny „pasek magii”, który wykorzystany zwiększa siłę ataków dzierżonej broni. I combosy bite wręcz to wówczas znane czary-mary, z wyłaniającymi się z portali, wielgachnymi pięściami, a ów wspomniany różowy bicz zmienia się w gruby jęzor niezbyt okazałej, demonicznej ropuchy... A co powiecie na powracające ataki tortur, gdy np. wraz z potworkiem w środku zatrzaskują się najeżony kolcami sarkofag, wyczarowany nagle znikąd? A to przykład z tych mniej wymyślnych. Wszystkich bossów głównych, bossów pomniejszych, zwykłych buraków łażących na dwóch łapach, na czterech kopytach czy też cholernych dwóch racicach – wszystkich ich dzięki Climaxom i bogactwu możliwości bojowych naszej zgrabnej widźmy, tłuczemy z maniackim uśmieszkiem pod nosem. Czując, że jeśli tylko się postaramy, to idzie gagatka skrócić o głowę bez wyłapania choćby draśnięcia. A gdy się nie uda, chcemy niestrudzenie próbować po raz kolejny i kolejny.
 
 
 
Zejdźmy na ziemię
 
I tak to się kręci, bo Platinum Games oddaje w nasze wygłodniałe łapska wybitnego slashera. To typ gry, która japońskiemu studio wychodzi najlepiej – z pompującą adrenalinę akcją, gruntownie przemyślanym już poprzednio, a teraz doszlifowanym do perfekcji systemem walki i wysokim poziomem „powtarzalności”. Bo tu każde starcie to oddzielny medal w kieszeni, a jego kolor przyznawany m.in. za długość kombinacji i szybkość rozbicia wrogów. Jeśli połkniesz haczyk, to naturalnie za każdym razem będziesz chciał wyłapać „czystą platynę”, co przełoży się na takową statuetką za ukończenie każdego z kilkunastu rozdziałów. Droga do tego prowadzi jednak przez ból, przekleństwa i bezustanne młócenie. Za pierwszym podejściem, na normalnym poziomie trudności, udało mi się wyszarpać jedynie kilka figurek w kolorze złotym, choć paluchy po padzie latały jak szalone i strach pomyśleć jakie schody zaczynają się potem. Zatem po grze wstępnej i prawie 13 godzinach z Bayonettą drugą, wciąż znajduję preteksty do kolejnych, owocnych spotkań. Jeśli już wcześniej wpadliście sobie w oko i znasz się z tą damą nie od dziś, będziesz zachwycony jej powrotem. Jeśli się nie znasz, chociaż spróbuj, nawet jeśli jest ryzyko, że nic się z takiej randki nie urodzi. To nie tylko gra na wskroś azjatycka, inna od amerykańskich i europejskich, ale przede wszystkim jedna z najlepszych produkcji, jakie pojawiły się w tym roku.