Deweloperzy z Zoink Games zaczynali od malutkiej i dość niepozornej produkcji pod nazwą Stick it to the Man!, która to naprawdę pokazywała, że mając małe środki można zrobić coś bardzo ciekawego. Teraz po wielu latach mają okazję przedstawić nam swoją wymarzoną produkcję, o produkcji której myśleli już za czasów prac nad wspomnianym wyżej indyczkiem. Czy Lost in Random jest zatem tak dobre jak w opowieściach deweloperów?

Nikt nie oprze się woli Królowej!

Fabuła jest głównym motorem napędowym Lost in Random, a więc scenarzyści niezależnego Zoink Games musieli popisać się tutaj jak nigdy dotąd i zaoferować nam coś naprawdę bardzo mocno zapadającego w pamięć. Tutaj szczerze muszę przyznać, że odpowiedzialny za historię Ryan North (autor wielokrotnie nagradzanych komiksów) naprawdę spisał się na medal i należą mu się za to niebywałe brawa. Przygotowany przez niego świat jest mroczny, zagadkowy, pełen intrygujących wątków, ale także bardzo dowcipny i na swój dziwaczny sposób pouczający.

Wcielamy się tu w kilkunastoletnią dziewczynkę imieniem Even, której to siostra Odd została rok wcześniej zabrana przez samą Królową do świata "Szóstek". Życie w Random podlega bowiem pewnej niezaprzeczalnej zasadzie, z którą od wielu lat nikt się nie sprzeczał, a polega ona na tym, że gdy dziecko dorasta do wieku 12 lat, w dniu jego urodzin przychodzi Królowa i karze rzucić mu specjalną kością do gry, która określa jego przeznaczenie. W świecie Random istnieje sześć królestw powiązanych z liczbami od 1 do 6 i w zależności od tego ile oczek wyrzucisz, do tego miejsca zabiera cię okrutna władczyni. Z kością się nie kłóci, kość nigdy nie kłamie. Random Rules, Random Rules!

Lost in Random - świat gry

Na samym początku widzimy jak zabierana jest nam siostra, zaś równo rok po tym wydarzeniu objawia nam się pewien tajemniczy duch i wyruszamy za nim, aby odszukać Odd i sprowadzić ją z powrotem do jej prawdziwego domu, czyli krainy "Jedynek". Jak się zapewne domyślacie, podczas całej swojej przygody Even przemierzy wszystkie numerowane miasta, pozna mnóstwo powalonych postaci no i oczywiście zaprzyjaźni się z drugim głównym bohaterem tejże przygody, czyli Kostkiem. Dicey, bo tak po angielsku nazywa się nasz heroiczny kumpel, jest jedną z ostatnich żyjących kości do gry, które ostały się po wielkiej wojnie mającej zakończyć korzystanie z takich kości przez innych mieszkańców, prócz Królowej.

Nie chcę Wam zdradzać tu zbyt wiele, ale naprawdę jest to jedna z najfajniejszych tego typu opowieści z jakimi miałem styczność od czasów pierwszego Psychonauts, a to już naprawdę solidna rekomendacja. Najbardziej spodobały mi się te wszystkie pokręcone postacie jakie miałem okazję poznać przez kilkanaście godzin całej zabawy. Natraficie tu między innymi na burmistrza, któremu z kapelusza wyrasta uczący się rymować zły bliźniak, starsza pani ochroniarz z amnezją, trojaczki toczące wojnę za pomocą wielkich posągów, czy też zawsze uśmiechnięty i chętny do pogawędki handlarz kartami.

Każda z dostępnych w grze mieścin ma także swoją unikalną cechę związaną z przypisaną jej liczbą. Na przykład "jedynki" są życiowymi zerami i biedakami, harującymi i żyjącymi z najgorszych warunkach. U "dwójek" wszystko jest podwójne - ludzie, ich osobowości, przedmioty, a nawet samo miasto! Jeśli zaś chodzi o "trójki" tutaj główną rolę odgrywają wspomniane wojujące trojaczki i każdy z mieszkańców musi stanąć po jednej z trzech stron.

Lost in Random - fabuła

Z Even i kostkiem się nie zadziera!

Niestety nieco zawiodłem się na samej różnorodności odwiedzanych miast. Co prawda każde z nich ma swój motyw przewodni, intrygującą historię oraz postacie, ale wizualnie nie różnią się zbyt mocno - wszędzie panuje taka sama kolorystyka z bardzo drobnymi różnicami, architektura również nie różni się zbyt znacząco, a jedyne po czym można na pierwszy rzut oka rozpoznać jedno miasto od drugiego to pojedyncze duże obiekty pokroju burmistrza, walczących posągów czy centrum hazardu. Szczerze myślałem, że każda miejscówka będzie miała swój unikalny wizualny charakter i klimat, ale niestety nie wpisuje się to w dość mroczną wizję przedstawionego świata jaką mieli w głowie deweloperzy.

Pora jednak przejść do czegoś, co sprawia, że recenzowane dziś Lost in Random jest naprawdę wyjątkowe - systemu walki. Even nie jest wszakże żadną wielką wojowniczką, a mimo wszystko na polu bitwy jest niemalże niepokonana i niektórzy zaczynają z biegiem czasu naprawdę się jej obawiać. Dlaczego? To wszystko zasługa jej nowego przyjaciela jakim jest oczywiście Dicey - niepozorny mikrus posiada w sobie absolutnie gigantyczną moc, dzięki której może wprawić w życie specjalne karty do gry. 

Jedną z głównych inspiracji jakie towarzyszyły Zoink Games podczas procesu deweloperskiego były gry planszowe, a więc chyba w taki sposób najprościej będzie wam wyjaśnić czym jest system bitewny zaimplementowany w ich nowym dziele. Wyobraźcie sobie, że walcząc musicie wyrzucić na stół kość do gry i zależnie od tego ile wypadnie wam oczek, możecie użyć do walki tylko kilka określonych kart wyjętych rodem z Magica czy innych Pokemonów, a do tego za pomocą tych narzędzi dajecie swojemu pionkowi broń, leczenie i inne korzyści.

Gdy rozpoczyna się faza bojowa Even musi za pomocą swojej procy zestrzelić kryształki mocy znajdujące się na wrogach, by dzięki nim dodać sobie do ręki kilka kart ze swojej talii do gry. Gdy ma już kilka takowych kart może rzucić Dicey'ego na arenę i to ile wypadnie mu punktów determinuje jaki budżet punktowy mamy do wydania w danym rozdaniu. Oczywiście ten mieści się od 1 do 6 oczek, a im dłużej gramy tym więcej możliwości mamy - na start możemy wyrzucić tylko 1 lub 2. Każda karta ma swój koszt wykorzystania, więc musimy działać rozważnie i wiedzieć jak najlepiej użyć zasoby jakie dostaliśmy od losu.

Jeśli chodzi o same karty, te raczej swoją różnorodnością szału nie robią. Co prawda mamy aż 34 rodzaje kart do zagrania, ale kilka z nich jest absolutnie bezużyteczna, a po pewnym czasie po prostu nie opłaca się niektórych nawet użyć. Autorzy przygotowali kilka kategorii kart - hazard, oszustwo, walka oraz broń. Pierwsza i druga z nich dają nam pewne korzyści przy rzucaniu - na przykład dostajemy darmowe punkty kości, zawsze rzucimy wysoko lub też zyskamy darmowy koszt kart. Kolejne zaś zapewniają leczenie, ochronę, broń dla Even lub też robią niebezpieczne narzędzie zagłady z samego Dicey'ego.

U samych przeciwników następuje zaś wystarczająco duża różnorodność, dzięki czemu możemy nauczyć się ich zachowań, a raczej nie będziemy narzekać na zbyt wielką powtarzalność - choć wiadomo, mogłoby z tym być czasem lepiej. Niestety mocno zawiodłem się za to na mieszkańcach Lost in Random. Oprócz głównych postaci fabularnych, większość "przechodniów" powtarza się tak bardzo, że robi się to wprost dezorientujące. Byłem tu, gadałem z nim? Nie jest to jednak jakiś bardzo poważny mankament, raczej powiedziałbym z gatunku tych, które trochę bawią, aniżeli denerwują.

No i w sumie to by było na tyle. Recenzowana dziś produkcja EA Originals należy moim zdaniem do najwyższej ligi gier z sektora semi-niezależnego i może być najpoważniejszym kandydatem do nagrody najlepszego indyka roku u wielu redakcji oraz na samym The Game Awards. Od czasów Psychonauts nikt nie zapewnił tak fajnego, ciekawego i pokręconego świata wymieszanego z nutką Tima Burtona.