Jestem prawdopodobnie jednym z największych fanów Rocky’ego na świecie. Serio, uwielbiam każdą część, a wszystkie widziałem przynajmniej po kilka razy (tak, łącznie ze znienawidzonym przez wielu Rocky V). I choć zdaję sobie sprawę z wad, jest to cykl, który w dużej mierze mnie ukształtował, pomógł podjąć kilka ciekawych życiowych decyzji i sprawił, że moje podejście do życia jest dziś takie, a nie inne. 

Ale dość z tym pompatycznym podejściem. Wstęp miał pewne znaczenie, do którego wrócę jeszcze za jakiś czas w tym tekście. Teraz wspomnę tylko, że jeśli chodzi o całą sagę o pięściarstwie z Sylvestrem Stallone, chwytam wszystko, co tylko mogę. I tak też musiało być z Big Rumble Boxing: Creed Champions, które mam przyjemność dla Was zrecenzować. Choć oczywiście sam tytuł nawiązuje do spin-offów z Michaelem B. Jordanem, to Rocky jest ich częścią. 

Tak jest również w samej grze i choć zwiastuny wyglądały raczej niemrawo, wiedziałem, że muszę po nią sięgnąć. Na pewno doskonale wiecie, że nawet gdy coś może być średnie, to opierając się na ulubionym temacie, od razu zyskuje w oczach i chwyta ze serducho. Czy tak było w tym przypadku? I czy zwyczajnie warto sięgnąć po tę odsłonę Big Rumble Boxing? Na te i wiele innych pytań postaram się odpowiedzieć w dalszej części recenzji. 

Big Rumble Boxing: Creed Champions - rozpoznanie przeciwnika

Gier o boksie jest dziś jak na lekarstwo. Właściwie od Fight Night Champion, które debiutowało w 2011, nie ma nic. Co więcej, na horyzoncie wciąż świeci pustkami z pojedynczymi wyjątkami. Najlepszym z nich jest eSports Boxing Club, choć to wciąż melodia przyszłości i zaledwie wizja idyllicznej rzeczywistości. Sytuacja jest więc taka, że fani boksu muszą zadowolić się teraz po prostu trybem bokserskim w UFC

Rocky vs Drago

I w międzyczasie wchodzi recenzowany Big Rumble Boxing: Creed Champions od ekipy z Survios. Tytuł już w nazwie ma dwie rzeczy, które mnie bardzo mocno pociągają - pięściarstwo oraz nawiązanie do kultowej serii z Sylvestrem Stallone. I rzeczywiście to dostajemy. Studio wykłada nam na ring uniwersum znane z Rocky’ego i Creeda, a przy tym pozwala toczyć pojedynki z rosterem liczącym 20 postaci (początkowo jest ich 10). 

Wszystko to oczywiście w konwencji gier arcade. I właściwie już to powinno wiele zdradzać. Nie mamy tu do czynienia z symulatorem boksu, ale nawalanką, której zdecydowanie bliżej do Street Fightera 2 niż Fight Night Round 2. Warto wziąć na to poprawkę. W samej grze dostajemy natomiast typowe tryby - arcade, versus i training. 

Nokdaun 

Pierwszy z nich pozwala nam na przejście kampanii fabularnej każdym z dostępnych zawodników. I, cóż, bez dwóch zdań mogło być tu zdecydowanie lepiej. Historie są niejako powtarzalne i właściwie tylko te dotyczące Rocky’ego oraz Adonisa (ze wskazaniem na pierwszego) w jakikolwiek sposób wciągają. Niestety to wciąż nic specjalnego, a udźwiękowienie zaledwie kwestii ringowych nieco smuci.

Rozmowa

W trakcie wspomnianych kampanii mamy więc walki (na ringu i ulicy, choć nie różnią się niczym prócz scenerii), momenty rozmów (w postaci zmieniających się obrazków rodem z jRPG) oraz trening (najnudniejsza część całej gry, która po drugim razie zaczyna irytować, zamiast cieszyć). W pewnym momencie zacząłem się więc po prostu przeklikiwać przez nużące dialogi, a treningi robić automatycznie, bez żadnego zaangażowania. 

"Świat to nie tylko słońce i tęcza"

Zdecydowanie nie tylko słońce. Recenzowana gra pokazuje to dobitnie. Jak wspomniałem, Big Rumble Boxing: Creed Champions nie jest symulatorem. Nawet pomimo tej świadomości i niejako  krycia się za prostą formułą, posiada błędy i wady, które trudno jest zatuszować korzystaniem ze znanego i uwielbianego przez tłumy uniwersum. Niestety tak to nie działa. 

Kluczowe są jednak w tym wszystkim oczywiście ringowe wojny. I tu również mamy zabawę typowo z gatunku arcade. Sekwencje ciosów są bardzo powtarzalne, odskok i doskok niepotrzebne, a wszystko zdaje się boksem na sterydach. Cóż, rzeczywiście jest to efektowne, ale czy efektywne pod kątem dawania frajdy z gry? Jedynie na krótką metę.

Nokaut

Wszystko opiera się przy tym oczywiście o nokauty. Przeciwnika można wykończyć po 3 (jeśli sędzia doliczy do 10) lub po 4 (który automatycznie skutkuje KO). W naszą stronę działa tak samo i po trzecim upadku bardzo trudno się już podnieść (opiera się to o prostą sekwencję QTE - szybkie klikanie kwadratu). Sprawia to, że w Big Rumble Boxing: Creed Champions najlepszą obroną jest atak

Co z kolei całkowicie burzy ostatnie pokłady realizmu. O ile w serii Rocky główny bohater przyjmował ciosy na twarz, o tyle w prawdziwym pięściarstwie nie jest to najlepszą opcją na wygrywanie walk (o czym skutecznie przekonuje fanów tego sportu Artur Szpilka). Sama mechanika bardziej przypomina więc przebieg starć z gry na Kinecta niż prawdziwy kąsek dla oczekujących dobrej gry o boksie. 

Oko Tygrysa

Nie jest jednak tak, że gra ma same minusy. Ogromnym plusem jest oczywiście to, w jakim uniwersum się rozgrywa i dla wielbicieli może stanowić niezły smaczek. Co więcej, udźwiękowienie - pojawiają się kawałki zarówno z Rocky’ego jak i Creeda. Raz słyszymy więc Survivor, a zaraz potem Meek Milla. I robi to robotę. Przy „Eye of the Tiger” szybko można zapomnieć o wadach walki i wczuć się w obijanie rywala.

Rocky na treningu

Inną ważną cechą jest na pewno swoista intuicyjność sterowania oraz bardzo niski próg wejścia. Naprawdę łatwo nauczyć się korzystania z przycisków i różnego rodzaju serii, bo ograniczają się do kilku. Idzie to naprawdę szybko załapać i grając z drugą osobą (niestety bez opcji multiplayer online), można się całkiem przyjemnie bawić. Bez szału, ale na bezrybiu nawet rak ryba. 

One more round…

Niemniej Big Rumble Boxing: Creed Champions na pewno nie sprawi, że fani gier o boksie przestaną tęsknić za kolejną odsłoną Fight Night lub wyczekiwać eSports Boxing Club. Na pewno nie jest w stanie z nimi konkurować i nadaje się bardziej dla osób, które chciałyby odpalić coś na szybko i poczuć się niczym w „kreskówkowej” wersji Rocky’ego. Samą fabułę właściwie też można układać samemu.

Przygotowania

Na ten moment po prostu lepiej włączyć ostatnią odsłonę boksu od Electronic Arts, ściągnąć model Rocky’ego Balboa z bazy zawodników tworzonych przez graczy i bawić się w ten sposób. Graficznie wciąż będzie lepiej, zabawa da odczucia bliższe boksowi, a mechanika pozwoli na znacznie więcej możliwości, nić w recenzowanej grze. Niestety pomimo kilku plusów, gra ma wady, które skutecznie powstrzymują przed zatraceniem się w niej na długie godziny. 

Trudno mi jednoznacznie określić, komu poleciłbym spróbować swoich sił w tej grze. Skoro mi (i tu wracam do wstępu, jak obiecałem) - ogromnemu wielbicielowi bokserskiej serii od Sylvestra Stallone i samej dyscypliny - połączenie tych dwóch aspektów nie przyćmiło wad, to nie wiem, do kogo się kierować. Projekt nie jest na pewno całkowitym gniotem - to po prostu średniak, który może stanowić fajną ciekawostkę. Lecz tylko jeśli lubicie Rocky’ego oraz gry arcade bazujące na tych sprzed lat