Lewy, prawy, kop, garda, lewy, prawy, kop, nokaut!

 

UFC  EA Sports wprowadza nas na matę oktagonu z przytupem – pierwsze uruchomienie gry to przyjemne zapoznanie się z dość przydługim poradnikiem, który uczy nas podstaw biegania po ringu. Nie jest to przypadek, ponieważ Elektronicy stworzyli dość skomplikowany system będący na początku dość niedostępny, dlatego wszystkie pomoce są jak najbardziej na miejscu.  

 

Postacią poruszamy za pomocą lewego analoga, a uderzenia rękami wykonujemy za pomocą X oraz Y (kwadrat/trójkąt), jednak wszystkie poważniejsze i bardziej skomplikowane ciosy wymagają od nas dorzucenia do kombinacji LT, LB, RB (L1/L2/R1) lub (i) odpowiedniego wyginania prawej gałki. Sytuacja jest analogiczna z kopniakami – podstawowe ciosy wymagają kliknięcia A / B (X / kółko), ale jeśli chcemy uderzyć bardziej finezyjnie, musimy przytrzymać inny klawisz. Za obronę odpowiedzialny jest RT (R2) oraz wszystkie pozostałe klawisze, które pozwalają nam parować lub unikać ciosów. Pisząc te słowa wiem, że całość może wydawać się banalnie prosta, jednak dopiero na ringu – w ogniu ciosów rywala, pod wpływem stresu – przekonacie się, że ta zabawa to poważna jazda bez trzymanki.

 

 

Szybkość starć jest wyraźnie zależna od samych zawodników – im większy i cięższy fighter tym porusza się wolniej – ale nie oczekujcie od UFC szybkich i dynamicznych starć rodem z Tekkena. Autorzy podeszli do tematu jak do typowego symulatora i z tego powodu w pojedynkach nie należy zasypywać oponenta gradem ciosów, bo taka taktyka nie wróży nikomu sukcesu. Właśnie strategia jest niezwykle ważnym elementem tego tytułu, ponieważ jeśli chcemy odnosić sukcesy i miażdżyć kolejnych rywali, jesteśmy zobowiązani nie tylko opanować całkiem sporą paletę ciosów (a jest ich naprawdę dużo!), ale dodatkowo musimy przygotować się na każdą ewentualność.

 

Walka w stójce, parterze, klinczu – mieszane sztuki walki rządzą się swoimi prawami i jeśli pragniemy sięgnąć po trofea, to z czasem opanujemy każdy najmniejszy element wszystkich stylów. Tutaj nie wystarczy przygotować dwa combosy – które nota bene nie są wypisane na ścianie płaczu, a musimy je sami stworzyć, odkryć lub zauważyć u rywali – należy przygotować się na ucieczkę z duszenia, wymianę szybkich ciosów na głowę, czy też pojedynki w klinczu. Wszystkich wariantów walki jest naprawdę sporo, a każdy rywal może wnieść do pojedynków coś nowego. To zróżnicowanie jest jednym z najlepszych elementów produkcji, bo zawsze w trakcie walki możemy spotkać oponenta, który nas zaskoczy. Jasne, że możemy narzekać – walka w parterze jest głupia, trudno ucieka się z klinczu, a mój rywal tylko kopie w korpus! – ale to właśnie od nas i naszych umiejętności zależy jak przygotowujemy się do nadchodzącego pojedynku. Z każdej sytuacji jest wyjście, na każdą taktykę można znaleźć odpowiedź – tylko od samozaparcia zależy jak szybko znajdziemy odpowiedź na atak przeciwnika. Miód.

 

Jeszcze wspominając o samym systemie walki muszę napomknąć, że autorzy zdecydowali się na zastąpienie paska zdrowia wizerunkiem wojownika. W zależności od intensywności i mocy naszych ciosów na daną powierzchnię ciała, to miejsce zaczyna odmawiać posłuszeństwa i w konsekwencji współczesny gladiator zaczyna mieć poważne kłopoty. Gdy przykładowo trafimy kilka razy porządnie i czysto w głowę możemy doprowadzić do sytuacji, że rywal będzie zamroczony, a wtedy każdy kolejny cios wiąże się z szansą nokautu. Jednak system nie jest przewidywalny – czasami możemy trafić „raz a porządnie” i zakończyć walkę po kilku sekundach. Oczywiście jest do tego potrzebny sam oponent, który musi się zmęczyć, bo wtedy mocniej odczuwa nasze ciosy. Nic nie daje takiej satysfakcji jak kop z pół obrotu w głowę przeciwnika, który po tym ciosie pada jak kłoda. Serio, ile ja razy krzyczałem z radości po tak efektownym zwycięstwie!

 

 

Stań się Ostatecznym Wojownikiem!

 

Głównym elementem produkcji jest bez wątpienia tryb, w którym stajemy się „Ostatecznym Wojownikiem”, więc naszą przygodę z wielkim ringiem rozpoczynamy od stworzenia fightera. Tutaj standardowo wybieramy kolor skóry, oczy, umięśnienie, wagę, fryzurę, tatuaże, a nawet różne gadżety. Wszystkie te elementy pozwalają nam wykreować postać, która przez kolejne godziny będzie dostawać po twarzy lub kopać rywali. Autorzy nie rozpieścili nas wielką paletą poszczególnych elementów i przez to możecie mieć ograniczone możliwości w stworzeniu idealnego odpowiednika siebie. Jeszcze przed wyruszeniem na pierwszy trening wybieramy  preferowany styl walki, miejscowość, z której pochodzimy oraz pseudonim. W przypadku ksywy decydujemy się na jedną z dostępnych propozycji, ponieważ komentatorzy przed, w trakcie i po walce wielokrotnie wywołują nas przydomkiem.

 

W moim przypadku padło na kickboksera z Monachium o pseudonimie El Presidente – wiecie wojownik, dyktator, mistrz... I szybko pobiegłem na salę treningową. Tutaj trzy podstawowe lekcje –ciosy rękami, kopy i poruszanie się po ringu – i możemy wyruszyć na pierwszą walkę. Na początku jest łatwo, jednak z każdym kolejnym pojedynkiem rozgrywka nabiera charakteru, bo rywale zaczynają parować ataki, uczą się naszego stylu i po prostu są przygotowani na strategię. Z tego powodu musimy stale szykować nowe sztuczki i rozwijać się na każdym treningu.

 

Sama kampania jest odrobinę szablonowa – trening, walka, trening, walka, trening, walka – jednak całości ładnego kolorytu dodają przerywniki filmowe, na których przemawiają do nas menadżer, trener lub inni pięściarze. Czasami są to podziękowania za walkę, gratulacje lub po prostu rozmowa motywacyjna i jakkolwiek to brzmi, ale te nagrania potrafią naprawdę wkręcić w klimat UFC! No dobra, nie uwierzyłem, że właśnie przemawiał do mnie jeden z najlepszych kickbokserów na świecie, ale przynajmniej całość układa się w ładny projekt. Mimo ciekawej koncepcji, nie można ukryć, że po pewnym czasie cała schematyczność męczy i brakuje opowieści większych emocji – rutyna zakrada się dość szybko i po rozegraniu około 30 walk mijałem większość przerywników i skupiałem się wyłącznie na walkach. Ciekawym smaczkiem są również małe urywki z prawdziwych starć – jestem pewien, że ten element docenią fani UFC.

 

Nie pomaga również system rozwoju pięściarza, w którym jesteśmy nagradzania za treningi i walki punktami. Wszystko prezentuje się dość dobrze po kilku pierwszych starciach, ale gdy już osiągniemy pewien poziom , dochodzimy do momentu, gdy punktów mamy za dużo i w zasadzie nie ma co z nimi zrobić. Zawsze można kupić nowe ciosy, odrobinę zmienić taktykę, ale akurat w tym miejscu nie można za bardzo szaleć, ponieważ przy większych wariacjach zostajemy bardzo szybko sprowadzeni do parteru.

 

Ciekawym systemem są style walki, które pozwalają dobrać dodatkowe specjalności – w tym przypadku usprawniamy walkę w stójce, parterze lub przygotowujemy się mentalnie do pojedynku. Jest to całkiem ciekawy dodatek, którego uroki odkrywamy dopiero na późniejszych stadiach kariery – gdy już nasz wojownik ma rozwinięte wszystkie umiejętności , wykupione wszystkie ciosy.

 

Za pokonywanie kolejnych oponentów nasz fighter zdobywa także doświadczenie, odblokowuje wcześniej wspomniane specjalności, uczy się nowych ciosów, a nawet zyskuje fanki.  Możemy w pewnej chwili zarzucić na wojownika nową koszulkę, czy tam czapkę, ale są to nic nie wnoszące do zabawy dodatki. No chyba, że lubicie się lansować. 

 

Sieciowe walki nadają charakteru!

 

Jeśli jakakolwiek nuda trafiła do kampanii, to już w sieciowych starciach nie możemy mówić o żadnym znużeniu. Sam system rozgrywek przez Sieć jest identyczny jak ten, który spotykamy od kilku sezonów w FIFIE – do dyspozycji mamy mecz rankingowy, nierankingowy lub turniej. W przypadku tego pierwszego za każde zwycięstwo zdobywamy 3 punkty, a aby zdobyć promocję do wyższej ligi musimy zebrać odpowiednią liczbę oczek. Po wbiciu stosownie dużego wyniku otrzymujemy pas. System sprawdza się w piłce nożnej i także tutaj nie zawodzi – jest szybko, sprawnie i bez większych problemów. Każdy laik odnajdzie się w tym menu i bez problemu spróbuje swoich sił w starciach Online. Podobnie zresztą jest z turniejami – mamy odpowiedni czas na zapisanie, później walczymy, a system dość skrupulatnie sprawdza nasze osiągnięcia.

 

Wracając do samej esencji, czyli do starć – nie pamiętam, aby jakakolwiek gra dawała mi tak ogromną satysfakcję po zwycięstwie w sieciowych pojedynkach. Grałem w dziesiątki tytułów na przestrzeni ostatnich kilku lat, ale dopiero UFC EA Sports potrafi wzbudzić we mnie tak niekontrolowane emocje! Ja dosłownie skaczę po znokautowaniu rywala i wrzeszczę z radości – serio, jeśli ktoś nagrałby moje wygibasy przez Kinectem to nie byłoby różowo.

 

 

 Nic  nie daje takiego powera, jak walka trwająca 13 minut, w której na sam koniec, gdy mój wojownik jest już na wykończeniu i jestem po pięciu krytycznych sytuacjach, udaje mi się wyprowadzić kontrę, kopię z półobrotu w głowę, oponent zaczyna się chwiać, a ja kończę idealnym ciosem. Szaleństwo, radość, tańce i śpiewy!

 

Wszystko działa również w drugą stronę i podobnie jak zwycięstwa cieszą, tak porażki potrafią ostro zdemotywować. Po trzech mocnych nokautach nie tylko psują się nasze statystyki, ale również dość szybko znika ochota na dalszą grę. W tym miejscu potrzeba odpowiedniego samozaparcia – kilka dłuższych treningów, zmiana taktyki – i można ponownie wrócić do gry!

 

Pewnie wielu z Was zastanawia się, jak wygląda sprawa z błędami – ja po rozegraniu kilkudziesięciu pojedynków i sprawdzeniu wszystkich dostępnych trybów trafiłem tylko raz na większy błąd – zablokowany wojownik. Pewnie to niedociągnięcie zostanie załatane w niedługim czasie, ale chcę tylko podkreślić, że wyśmiewane w Sieci problemy są mocno podkolorowane. Łatwo drwić z jednego błędu, zamiast skupić się na setce normalnych spotkań.

 

To smakuje świetnie i wygląda jeszcze lepiej!

 

Co potrzeba do dobrego i ciekawego systemu walki? Oczywiście wyśmienita oprawa graficzna, a tej EA Sports UFC nie brakuje. Jeśli oglądaliście jakikolwiek materiał z tej produkcji, to bez wątpienia zauważyliście, że twórcy spędzili wiele czasu nad perfekcyjnym oddaniem ciał fighterów. Jasne, że wszystko w ruchu nie wygląda tak jak na spotach promocyjnych, ale diabeł tkwi w szczegółach, a tych tej produkcji nie brakuje. Autorzy przygotowali "Soft Body Deformation", czyli system, który odpowiada za bardzo realistyczne rany na ciałach zawodników. Zadrapania, rozcięcia, siniaki – to wszystko prezentuje się bardzo rzeczywiście i idealnie komponuje się z całym projektem. Gdy atakujemy przeciwnika ciągle w żebra, to możemy mieć pewność, że po chwili w tym miejscu pojawi się odpowiednie zaczerwienienie, które następnie przerodzi się w siniaka. Next-gen!

 

 

Ze świetną grafiką idealnie współgra dobrze dobrany soundtrack i w tym miejscu „Elektronicy” kolejny raz nie zawiedli. Utworów jest dużo i wiele z nich potrafi zmotywować do cięższego treningu, natomiast inne kawałki idealnie wprowadzają w klimat wielkich starć. Dodatkowym atutem jest możliwość wyłączenia niektórych piosenek – jeśli akurat dana nuta nam nie odpowiada, po kilku kliknięciach mamy pewność, że już więcej jej nie usłyszymy. 

 

Trochę dodatków...

 

Podczas tego tekstu wspomniałem, że EA Sports UFC nie należy do najłatwiejszych gier i autorzy zdając sobie z tego sprawę przygotowali 18 dodatkowych lekcji, które przygotowują nas do późniejszych starć. Do tego miejsca czasami dobrze wrócić i po przegranej walce zadbać o przypomnienie sobie wszystkich podstawowych elementów systemu.

 

Jeśli tego Wam mało i zbyt często przegrywacie, zawsze możecie wypróbować 90 wyzwań, dzięki którym jeszcze bardziej zapoznacie się z profesjonalnymi sytuacjami na ringu. 50 zadań w stójce i po 20 w klinczu oraz parterze – wszystkie ćwiczenia  są podzielone na kategorie, a te następne na lekcje. Za każdą wykonaną misję jesteśmy nagradzani punktami i w konsekwencji zdobywany odpowiedni pas (biały – niebieski – fioletowy – złoty – czarny). Uwierzcie mi, zdobycie we wszystkich 90 wyzwaniach najbardziej cennego trofeum, to zabawa na długie godziny. Bez wątpienia ta rozgrywka procentuje i potwierdzając swoje mistrzowskie umiejętności zdobywamy mnóstwo cennego doświadczenia.

 

W wolnej chwili możemy wskoczyć do FightNet-u, gdzie mamy możliwość oglądania udostępnionych przez graczy powtórek. Te w przyszłości wskoczą do specjalnych rankingów (najlepszy w tygodniu / miesiącu / od zawsze) i stworzy się całkiem sympatyczna baza walk. Widać, że już teraz EA dba o to miejsce, ponieważ pojawiają się specjalne materiały z serii „najlepsze nokauty”, które ogląda się z dużą przyjemnością. Dodatkiem jest zapowiedź prawdziwych pojedynków z wypowiedziami i innymi elementami, które odbywają się przed wielkimi starciami. Taki smaczek. 

 

 

No to kończymy? Nie, to dopiero początek

 

Spędziłem przy najnowszym tytule EA Sports kilkanaście godzin i jestem pewien, że gdy tylko skończę pisać, to z chęcią załączę konsolę i wsiąknę na długo. Wtedy oddam się kolejnym godzinom walk, skoczę na kilka treningów, postaram się dopracować umiejętności w parterze, bo nadal mam w tym miejscu braki...

 

Jednak obawiam się jednego – znowu trafię na kilku koksów, którzy nie mają życia i ponownie pokażą mi moje miejsce w szeregu. Wtedy najchętniej załączyłbym inny tryb, zagrał w coś mniej angażującego, jednak... Najnowsze UFC właśnie w tym miejscu pokazuje swoje braki – mamy tutaj dwa poważne tryby (kariera + Sieć) oraz rozbudowane treningi (w karierze, osobny i wyzwania), ale nic więcej. W trakcie testowania tego tytułu ciągle miałem wrażenie, że autorzy odrobinę się śpieszyli lub po prostu niektóre elementy chcą dodać przy kolejnej odsłonie.

 

EA Sports UFC to idealny tytuł dla fanów sieciowych zmagań, którzy chcą piąć się w rankingach i walczyć ze znajomymi, jednak ta gra pod względem kariery pozostawia wiele do życzenia. Dlatego miłośnicy single-playera po pewnym czasie odczują spore znużenie i będą musieli wskoczyć na arenę Online... Gorzej, jeśli akurat nie posiadają subskrypcji Xbox Live Gold, czy tam PlayStation Plus – wtedy od oceny końcowej należy odjąć połowę noty . 

 

Tytuł jest niezwykle satysfakcjonujący, ale też bardzo hermetyczny – zadowoli sympatyków UFC, uszczęśliwi fanów wymagających sieciowych bijatyk, ponieważ każde kolejne zwycięstwo daje radość, a każda kolejna porażka motywuje do intensywniejszych treningów. Potrzeba odrobinę samozaparcia i odpowiedniego nastawiania, a ten tytuł może nie opuścić czytnika Waszych konsol na długie tygodnie.

 

Ja odkładam klawiaturę, zakładam rękawice, wkładam ochraniacz na zęby i idę dostawać po głowie.

 

Produkcja testowana na Xboksie One.