HBO Max ma nowy hit DC. 90% krytyków poleca serial, ale najlepsze jest to, czego twórcy NIE zrobili
Pierścień pozwalający tworzyć właściwie wszystko, kosmiczna policja pilnująca całego wszechświata, tysiące obcych ras i bohaterowie latający między planetami. Materiał na ekranową orgię efektów specjalnych właściwie pisze się sam. A jednak nowy serial DC robi coś znacznie bardziej ryzykownego - dostaje klucze do całego kosmosu i przez chwilę zostawia statek w garażu. Zamiast kolejnego kolorowego końca świata są dwaj faceci, amerykańska prowincja, trup i sprawa, która zaczyna śmierdzieć czymś znacznie większym. Lanterns wystartowało na HBO Max z 90% pozytywnych recenzji krytyków na Rotten Tomatoes.
Hal Jordan i John Stewart zostali wrzuceni w historię bliższą kryminałowi niż typowej kosmicznej operze, a serial nie zachowuje się przy tym jak ośmiogodzinny zwiastun następnych pięciu produkcji DC. Po latach budowania uniwersów według zasady „więcej bohaterów, więcej cameo, większe niebo nad finałową bitwą” ktoś najwyraźniej przypomniał sobie, że czasami największą niespodzianką w komiksowej adaptacji może być zwyczajnie… Powstrzymanie się od robienia wszystkiego naraz.
Superbohater nie musi ratować wszechświata
Green Lantern aż prosi się o przesadę. Bohater dostaje pierścień ograniczony właściwie tylko wyobraźnią, należy do międzygalaktycznej formacji i może w jednej scenie rozmawiać z człowiekiem, a w następnej ścigać potwora trzy układy słoneczne dalej. Gdyby ktoś projektował tę markę od zera pod współczesny blockbuster, tablica w sali scenarzystów szybko wypełniłaby się strzałkami prowadzącymi do wielkiej wojny, siedmiu planet i finału, w którym pół ekranu świeci na zielono.
Zamiast tego Hal Jordan i John Stewart dostają sprawę do rozwiązania. Jest trup, jest prowincjonalna Ameryka i jest atmosfera bardziej przypominająca kryminał, w którym ktoś za chwilę znajdzie brudny sekret pod podłogą, niż kolejną produkcję o dziurze otwierającej się nad metropolią. Samo zestawienie brzmi trochę niedorzecznie - dwóch kosmicznych policjantów grzebie przy ziemskim śledztwie - ale właśnie ta sprzeczność daje serialowi charakter.
Najważniejsze jest tempo. Serial nie zachowuje się tak, jakby bał się, że widz po siedmiu minutach ucieknie do TikToka, jeśli nikt nie rzuci samochodem. Pozwala bohaterom rozmawiać, patrzeć na siebie podejrzliwie i zwyczajnie pracować. Dzięki temu, gdy elementy większego świata DC wychodzą wreszcie zza rogu, naprawdę coś znaczą. Kosmos wydaje się większy wtedy, gdy nie pokazuje się go bez przerwy.
DC nie musi sprzedawać całego magazynu
Przez lata kino superbohaterskie przyzwyczaiło się do dziwnej zasady: sequel musi być większy, serial musi zapowiadać film, film musi zawierać postać z następnego serialu, a najlepiej jeszcze niech ktoś przejdzie przez portal pod koniec odcinka i przypomni nam, że marka ma harmonogram na kolejne cztery lata.
Korpus, Strażnicy, różne kolory pierścieni, kosmiczne konflikty - materiału wystarczyłoby na dziesięć sezonów i dwadzieścia spin-offów. Tylko że widz nie musi poznawać całego podręcznika na pierwszych zajęciach. Znacznie ciekawiej zobaczyć najpierw dwóch ludzi, ich charaktery i sposób patrzenia na tę samą robotę. Kiedy zaczniemy się nimi przejmować, wtedy można otwierać kolejne drzwi.
Jest jeszcze jedna rzecz, którą ten kierunek świetnie pokazuje: ekranizacja komiksu nie musi wyglądać jak ekranizacja komiksu według jednego, zatwierdzonego szablonu. Batman może dostać kryminał noir, Pingwin gangsterski dramat, a Green Lantern historię detektywistyczną. Supermoc jest wtedy składnikiem, a nie gatunkiem. I nagle bohaterowie DC zaczynają mieć własne temperatury, rytm oraz język.
Być może właśnie dlatego wysokie oceny Lanterns nie powinny zostać odczytane jako sygnał: „ludzie chcą teraz więcej mrocznych kryminałów”. Branża uwielbia takie lekcje. Jeden hit i po roku dostajemy sześć jego kuzynów z identycznym oświetleniem. Cenniejszy wniosek jest prostszy - dajcie konkretnej postaci historię pasującą do niej, zamiast wciskać wszystkie marki do tej samej foremki.
Czasem największym efektem jest hamulec
Najlepsze w tym serialu może więc rzeczywiście być to, czego na ekran nie wrzucono. Nie ma potrzeby ciągłego krzyczenia, że oto oglądamy fragment wielkiego uniwersum. Nie trzeba co chwilę potrząsać pękiem kluczy z logo kolejnych bohaterów. Hal Jordan i John Stewart dostają trochę miejsca dla siebie, a DC przez moment zachowuje się tak, jakby pojedyncza historia była wystarczającym powodem do powstania serialu.
I oby właśnie tę lekcję ktoś w Warnerze zapisał największymi literami. Lanterns nie pokazuje, że superbohaterowie potrzebują mniej widowiska. Pokazuje, że widowisko działa znacznie lepiej, kiedy nie traktuje się go jak obowiązkowego sosu dolewanego do każdej sceny. Green Lantern nadal może kiedyś polecieć na koniec galaktyki i stworzyć z pierścienia zielony młot wielkości wieżowca.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych