Ten kultowy film nie zestarzał się ani trochę. Współczesne kino może mu tylko zazdrościć

Ten kultowy film nie zestarzał się ani trochę. Współczesne kino może mu tylko zazdrościć

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 18:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Współczesne kino przypomina pędzący, naszpikowany elektroniką pociąg. Dołożono do pieca tony efektów CGI, wybudowano wirtualne światy, ale zapomniano zaprosić do środka maszynistę z dobrym scenariuszem. Wystarczy jednak odpalić klasyka, aby poczuć brutalną różnicę. Pół wieku temu powstał Ojciec chrzestny, udowadniając z miejsca, że filmowe rzemiosło może osiągnąć pułap niemal absolutny.

Kino bez wątpienia zrobiło ogromny skok technologiczny, dając nam widowiskowe, epickie franczyzy, ale pod względem dialogów, niuansów i wiarygodnego prowadzenia bohaterów wiele dzisiejszych superprodukcji cofnęło się w rozwoju. Zamiast budować duszne napięcie, dzisiejsi reżyserzy wolą zburzyć pół cyfrowego miasta. Francisowi Fordowi Coppoli takie sztuczki nie były potrzebne. Jemu do rozbicia banku wystarczył mroczny gabinet, szept i kot na kolanach.

Dalsza część tekstu pod wideo

Ojciec chrzestny / Marlon Brando
resize icon

Ojciec chrzestny wczoraj i dziś - dlaczego wciąż ogląda się go tak samo dobrze?

W dobie streamingów, gdy większość „hitów” zapominamy jeszcze podczas napisów końcowych, saga rodu Corleone to fascynująca anomalia. Dlaczego ten film nadal hipnotyzuje? Bo to nie jest kolejna pusta opowiastka o facetach w prochowcach strzelających z tommy gunów. To pełnokrwisty, szekspirowski wręcz dramat o władzy, korupcji duszy i rodzinie, która stanowi twardy, nienaruszalny fundament potężnego imperium. Tempo narracji przypomina tu cierpliwą grę w szachy. Współczesne blockbustery pędzą na złamanie karku, przerażone, że widz ze smartfonem w dłoni natychmiast straci zainteresowanie. Tymczasem Coppola pozwala wybrzmieć każdej sekundzie milczenia, traktując widza jak inteligentnego partnera, a nie pacjenta z deficytem uwagi.

W tym filmie nie ma ani jednej zbędnej sceny. Wszystko tu „pracuje” na ostateczny efekt, a każdy wypowiedziany dialog czy rzucone spojrzenie waży ton. Kiedy Michael Corleone siedzi w restauracji z Sollozzem i skorumpowanym kapitanem McCluskeyem, słyszymy tylko narastający, irytujący zgrzyt pociągu jadącego po estakadzie. Zamiast podniosłej muzyki, dostajemy surowy dźwięk, który doskonale oddaje wewnętrzny kocioł buzujący w bohaterze. To właśnie tutaj, bez pomocy zielonych ekranów, krystalizuje się jedna z najbardziej wstrząsających przemian w historii kina.

Dzisiejsi bohaterowie Marvela czy DC to często zbiór wyświechtanych schematów opartych na prostym podziale na dobro i zło. W Ojcu chrzestnym dostajemy paletę wyłącznie moralnych szarości. Kibicujemy mordercom, bo podskórnie rozumiemy ich bezwzględny kodeks. Zazdrościmy im honoru i lojalności, nawet jeśli przeraża nas jej krwawa cena. Rozwój Michaela - od uśmiechniętego idealisty w mundurze, po zimnego, wyzutego z jakiejkolwiek empatii bossa zamykającego drzwi przed własną żoną - to niedościgniony wzór budowania postaci. Współcześni scenarzyści, zajęci zszywaniem taśmowych kinowych uniwersów, powinni z tego skryptu robić wnikliwe notatki.

Michael Corleone / Ojciec Chrzestny / Al Pacino / Scena w restauracji
resize icon

Francis Ford Coppola stworzył arcydzieło wbrew wszystkim

Patrząc na ten film dzisiaj, aż trudno uwierzyć, że obraz, który zdobył deszcz Oscarów, a obie jego pierwsze części z marszu wylądowały w panteonie najlepszych filmów wszech czasów, rodził się w prawdziwych bólach. Paramount Pictures początkowo traktowało ten projekt jak zgniłe jajo. Tematyka mafijna uchodziła w Hollywood za bilet w jedną stronę do box-office’owej porażki. Sama książka Mario Puzo, choć świetnie się sprzedawała, wydawała się producentom zbyt wulgarna i ryzykowna. Kiedy Coppola usiadł na reżyserskim krześle, miał związane ręce napiętym budżetem, a zgraja księgowych bez przerwy dyszała mu w kark, grożąc zwolnieniem.

Prawdziwa wojna wybuchła jednak na etapie castingu. Studio kategorycznie nie chciało na planie Marlona Brando, uważając go za kapryśną, przebrzmiałą gwiazdę o statusie „kasowej trucizny”. Aktor zdobył rolę Vito Corleone dopiero po legendarnych próbnych zdjęciach, przed którymi wypchał policzki chusteczkami, aby upodobnić się do starego, zmęczonego buldoga (na właściwym planie nosił już specjalną wkładkę dentystyczną). Z kolei Al Pacino - wówczas niemal zupełnie nieznany aktor teatralny - musiał znosić drwiny ze swojego wzrostu. Producenci naciskali, aby Michaela zagrał ktoś postawny i przystojny, najlepiej Robert Redford. Wyobrażacie to sobie? Złotowłosy Redford jako sycylijski boss trzęsący Nowym Jorkiem?

Mario Puzo / Ojciec chrzestny
resize icon

Na planie przeszkody wręcz się mnożyły, a film budził wściekłość w świecie prawdziwych gangsterów. Liga Praw Obywatelskich Włosko-Amerykańskich, kierowana przez bossa mafijnego Joe Colombo, głośno protestowała przeciwko rzekomej stygmatyzacji. Prawdziwa mafia zastraszała ekipę, wybijając szyby w samochodach, co wymusiło na producentach negocjacje (ostatecznie z filmu wykreślono m.in. słowo „mafia”). A jednak to w tej nerwowej atmosferze rodziło się czyste złoto.

Słynna początkowa scena, w której Don Corleone gładzi mruczącego kota, była niemal w pełni improwizowana - zwierzak po prostu przybłąkał się na plan, a Coppola wcisnął go w ręce Brando. Z kolei kultowa, makabryczna sekwencja z odciętą głową konia w łóżku hollywoodzkiego producenta szokowała autentyzmem z jednego powodu. Głowa była prawdziwa, ściągnięta z rzeźni, a potworny wrzask aktora Johna Marleya wywołany był czystym, niespodziewanym szokiem.

Cały ten genialny chaos spiął klamrą operator Gordon Willis. Złośliwie nazywany w branży „Księciem Ciemności”, zaryzykował radykalnie niedoświetlone, skąpane w rdzawych odcieniach kadry. Nadało to produkcji duszny, niemal klaustrofobiczny klimat, który idealnie zgrał się z przepełnioną sycylijską melancholią i muzyką Nino Roty. Bez tych dźwięków i tych cieni Ojciec chrzestny po prostu by nie istniał.

Ojciec chrzestny / Scena przy stole
resize icon

Film, który zmienił Hollywood

Nie ma cienia przesady w stwierdzeniu, że Ojciec chrzestny to nie był po prostu hit. To był sejsmiczny wstrząs, po którym całe amerykańskie kino zdefiniowało się na nowo. Narodziny nowoczesnego kina gangsterskiego nie mogłyby mieć potężniejszego ojca założyciela.

Bez monumentalnej sagi Coppoli i Puzo, Martin Scorsese nigdy nie zrealizowałby z taką energią swoich Chłopców z ferajny. David Chase nie powołałby do życia serialowej Rodziny Soprano, a Christopher Nolan, co sam wielokrotnie podkreślał, nie nauczyłby się tak dobrze tkać moralnie niejednoznacznych opowieści o władzy (Mroczny Rycerz garściami czerpie z tego samego klimatu). Nawet Quentin Tarantino do dziś analizuje napięcie z restauracyjnej strzelaniny, traktując ją jako branżową ewangelię.

Popkultura wręcz ugięła się pod ciężarem tego dzieła. Kiedy słyszymy: „Złożę mu propozycję nie do odrzucenia”, od razu czujemy respekt. Kiedy ktoś w towarzystwie oznajmia, że dostał rybę owiniętą w gazetę, nikt nie pyta o przepis na kolację, tylko o to, kto wydał na niego wyrok. To są cytaty-klucze, które z ekranu przeniknęły prosto do języka potocznego na całym świecie.

Francis Ford Coppola / Marlon Brando / Ojciec chrzestny
resize icon

A co z grami wideo? Cała genialna, czeska seria Mafia, kolejne odsłony giganta jakim jest Grand Theft Auto, a także rewelacyjne L.A. Noire czy dedykowana adaptacja The Godfather od EA - to wszystko w mniejszym lub większym stopniu „dzieci” tego jednego filmu. Twórcy cyfrowej rozrywki do dziś próbują odtworzyć ten specyficzny romantyzm przestępczego Nowego Jorku lat 40. i 50., z pietyzmem studiując struktury wirtualnych, gangsterskich rodów.

Właśnie dlatego kolejne pokolenia nieustannie odkrywają ten obraz. Ludzie wychowani w epoce szybkich TikToków i przebodźcowanych filmów często doznają pozytywnego szoku. Zaskakuje ich, że produkcja z 1972 roku, w której przez pierwsze dwie godziny wybucha co najwyżej jedna samochodowa pułapka, potrafi trzymać na skraju fotela lepiej niż finałowa bitwa Avengersów.

Współczesne kino, w swojej szerokiej perspektywie, choruje na przedwczesną zadyszkę. Gonimy za najnowszym sprzętem, pompujemy setki milionów dolarów w gigantyczne, agresywne kampanie marketingowe i taśmowe sequele kręcone pod excele udziałowców. Na dzisiejszych ekranach panuje ciągły krzyk i chaos, ale gdy tylko zapalają się światła w sali, w głowie widza nierzadko zostaje jedynie obojętna pustka.

Podsumowanie

Ojciec chrzestny wymierza takiemu podejściu solidny, mafijny policzek. Udowadnia z pełną mocą, że esencją kina i gwarantem ponadczasowości zawsze był, jest i będzie człowiek - z całą gamą swoich słabości - uwięziony w perfekcyjnie naoliwionym scenariuszu. To właśnie z tego powodu od ponad pięćdziesięciu lat obraz Coppoli wciąż patrzy z góry na całą resztę filmowego świata. Prawdziwej klasy i ekranowej magii po prostu nie da się wygenerować na komputerze, niezależnie od budżetu.

Niektórzy producenci w Hollywood wciąż muszą bowiem zrozumieć jedną, bolesną prawdę. Bo choć fabryka snów zbudowała dziś tysiące nowych, wybuchowych pałaców, to prawdziwy król wciąż siedzi na tym samym tronie w przyciemnionym, pełnym cygarowego dymu pokoju.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Łukasz Musialik Strona autora
Dla niego gry to nie tylko piksele na ekranie, ale przede wszystkim emocje i historie, które zostają w głowie na lata. Kolekcjoner wspomnień, który potrafi docenić zarówno wysokobudżetowe hity, jak i niszowe perełki od twórców niezależnych. Wierzy w ideę „gaming łączy, a nie dzieli”, dlatego z równym entuzjazmem podchodzi do każdej platformy, która ma do zaoferowania coś ciekawego. Gdy nie trzyma pada w dłoniach, pewnie planuje, w jaki sposób zmieścić na dysku kolejną wielką produkcję, obiecując sobie, że tym razem na pewno ją ukończy.
cropper