Netflix logo

Netflix stawia na science fiction bez superbohaterów. Tęskniłem za takimi filmami

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 21:30
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Science fiction przez ostatnie lata trochę za bardzo polubiło peleryny, portale i niebo rozrywane kolejną wiązką światła. Gdy na ekranie pojawia się przyszłość, bardzo szybko ktoś musi uruchomić broń zdolną zniszczyć pół galaktyki, zebrać drużynę bohaterów albo wyjaśnić, w którym z siedemnastu światów równoległych właśnie utknęliśmy. Wszystko jest większe, głośniejsze i połączone grubą linią z następną produkcją. 

Netflix jednak najwyraźniej przypomniał sobie, że dobre science fiction nie potrzebuje armii cyfrowych potworów, żeby człowiek przesunął się bliżej ekranu. Wystarczy mocny pomysł, kilka niewygodnych pytań i atmosfera, przy której zwykły dźwięk za ścianą zaczyna brzmieć jak zapowiedź katastrofy. Wiecie, tęskniłem za filmami, które nie próbują sprzedać nam całego uniwersum przed pierwszym seansem. Chcą tylko zamknąć drzwi, zgasić światło i sprawić, żebyśmy przez następne dwie godziny zastanawiali się, co właściwie czeka po drugiej stronie.

Dalsza część tekstu pod wideo

The Last House

Dom powinien być ostatnim miejscem, do którego dociera zagrożenie. Zamykamy drzwi, przekręcamy klucz i przez chwilę możemy udawać, że wszystko, co niebezpieczne, zostało po drugiej stronie. The Last House daje takie poczucie bezpieczeństwa i wbija je między futrynę a zatrzaśnięte drzwi. Rodzina budzi się pewnego dnia we własnych czterech ścianach, lecz nie może ich opuścić. 

Greta Lee i Wagner Moura grają rodziców, którzy muszą utrzymać rodzinę przy życiu, choć zapasy zaczynają się kończyć, a odpowiedź na najważniejsze pytanie nadal pozostaje gdzieś poza ich zasięgiem. Nie wiedzą, kto ich zamknął, dlaczego to zrobił ani co właściwie czeka za ścianami. Wiedzą jedynie, że czas nie zamierza stanąć razem z nimi. Izolacja trwa na tyle długo, że niszczeją sprzęty, zmieniają się dzieci, a zwykłe pokoje zaczynają przechowywać kolejne warstwy wspólnego strachu.

Za kamerą stanął Louis Leterrier, kojarzony z kinem znacznie bardziej ruchliwym, ale tym razem całe widowisko zamknął pod jednym dachem. Dom został zbudowany jako rozbudowana dekoracja, która starzeje się razem z bohaterami, a pierwszą część filmu nakręcono na taśmie 35 mm. Twórcy korzystali też z praktycznych efektów, kiedy tylko było to możliwe. Dzięki temu całość ma szansę pachnieć kurzem, wilgocią i zużytym drewnem, zamiast sterylną halą oblepioną cyfrową tapetą.

Cztery ściany wystarczą

Ten pomysł podoba mi się właśnie dlatego, że da się go opowiedzieć jednym zdaniem. Rodzina zostaje zamknięta we własnym domu i nie wie dlaczego. Nie trzeba tłumaczyć historii siedmiu planet ani zasad kolejnego wieloświata. Drzwi są kilka metrów od bohaterów. Wystarczyłoby je otworzyć. Tyle że nie można. Taka prostota szybko uruchamia wyobraźnię.

Kameralne science fiction najlepiej działa wtedy, gdy fantastyczny pomysł zaczyna dłubać w całkiem zwyczajnych ludzkich problemach. Co stanie się z rodziną, gdy nie będzie można trzasnąć drzwiami i wyjść na spacer po kłótni? Jak długo rodzic potrafi udawać, że wszystko ma pod kontrolą? Ile czasu potrzeba, aby salon stał się polem bitwy, a ostatnia puszka jedzenia ważniejsza od dawnego żalu? 

Cieszy mnie również brak obowiązku budowania czegokolwiek na później. Ten film może wejść do jednego domu, wycisnąć z pomysłu wszystko, co ma najlepsze, a później zgasić światło. W czasach, gdy nawet przeciętny konflikt próbuje dostać własne uniwersum, zamknięta historia zaczyna smakować jak mały luksus.

Konkludując...

Wielkie science fiction oczywiście nadal ma swoje miejsce. Chętnie polecę na odległą planetę, obejrzę upadek cywilizacji i dam się przygnieść statkiem wielkości województwa. Dobrze jednak czasem zejść z orbity i sprawdzić, ile napięcia da się znaleźć kilka kroków od kuchennego stołu. The Last House ma pomysł, który nie potrzebuje ogromnej mapy. Im ciaśniej zrobi się bohaterom, tym więcej przestrzeni może dostać sam film.

Na razie widzieliśmy tylko obietnicę, więc zatrzaskiwanie drzwi od środka byłoby przedwczesne. Mimo wszystko właśnie za takim science fiction tęskniłem: zrozumiałym od pierwszej minuty, trochę dziwnym i zainteresowanym ludźmi bardziej niż przyszłą franczyzą. Netflix zamknął Gretę Lee i Wagnera Mourę w jednym domu. Teraz pozostaje sprawdzić, czy 7 sierpnia uda mu się zamknąć tam również naszą uwagę.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper