Czy gry exclusive mają jeszcze sens? Halo na PS5 to porażka polityki Phila Spencera
Master Chief spędził ćwierć wieku pilnując zielonej bramy, a potem pewnego ranka przeszedł przez nią z walizką i zameldował się na PlayStation 5. Trudno o bardziej wymowny obraz tego, co stało się z Xboksem za czasów Phila Spencera. Halo nie było przecież kolejną marką w katalogu Microsoftu. To od tej gry zaczynała się cała opowieść o konsoli, która chciała rzucić wyzwanie Sony. Zielony pancerz, pierścień na horyzoncie i charakterystyczny motyw muzyczny przez lata odpowiadały na pytanie: po co kupować Xboksa?
Oczywiście gracze PlayStation dostają świetną serię, Microsoft sprzedaje więcej kopii, a sztuczne mury między platformami z punktu widzenia odbiorcy trudno opłakiwać bez choćby odrobiny hipokryzji. Tylko że gdzieś pomiędzy piękną opowieścią o docieraniu do wszystkich a kolejnym portem zgubił się sens posiadania własnej konsoli. Phil Spencer latami budował wizję Xboksa obecnego na każdym ekranie. Halo na PS5 wygląda jak jej ostateczne spełnienie - i jednocześnie jak rachunek wystawiony polityce, która chciała rozszerzyć markę tak bardzo, że niemal starła jej granice.
Marka potrzebuje własnych bohaterów
Gry na wyłączność nigdy nie były najbardziej przyjaznym pomysłem z perspektywy człowieka, który chciał po prostu zagrać. Zamykały świetne produkcje za ceną konkretnej konsoli, zmuszały do wybierania stron i przez lata napędzały wojny, w których kawałek plastiku pod telewizorem urastał do rangi rodzinnego herbu. Jednocześnie właśnie dzięki nim konsole miały własne twarze. Nintendo miało Mario, PlayStation Kratosa i Nathana Drake’a, a Xbox człowieka w zielonym pancerzu, który nie potrzebował nawet pokazywać twarzy, żeby sprzedać cały sprzęt.
Halo było dla Microsoftu czymś ważnym. Pierwsza część pomagała tłumaczyć, dlaczego nowa amerykańska konsola w ogóle zasługuje na uwagę obok Sony i Nintendo. Kolejne odsłony budowały Xbox Live, zbierały znajomych na wspólnych kanapach i przypinały do marki konkretny charakter. Kto kupował Xboksa, wiedział, że Master Chief czeka po tej stronie drzwi. Dziś te same drzwi stoją otwarte dla wszystkich.
Z punktu widzenia sprzedaży trudno nie dostrzec logiki. PlayStation ma ogromną bazę użytkowników, produkcja dużych gier kosztuje fortunę, a pozostawienie milionów potencjalnych klientów za ścianą wygląda w arkuszu jak dobrowolne palenie banknotów. Halo może dostać nowych graczy, seria kolejne życie, a Microsoft większy przychód. Tylko konsola nie jest arkuszem. Kupuje się ją także dla poczucia, że prowadzi do miejsca, którego nie da się odwiedzić pierwszym lepszym wejściem.
Granice zniknęły, problem został
Phil Spencer przez lata próbował zastąpić tradycyjną wojnę konsol czymś znacznie szerszym. Xbox miał przestać być pudełkiem, a stać się usługą obecną na komputerze, telefonie, telewizorze i właściwie każdym ekranie zdolnym wyświetlić logo Game Passa. Brzmiało to jak wizja firmy patrzącej kilka kroków dalej od konkurencji. Problem pojawił się wtedy, gdy gracze zaczęli patrzeć na stojącą w sklepie konsolę i pytać, dlaczego sami mają jeszcze wykonywać pierwszy krok.
Strategia „graj gdzie chcesz” działa świetnie, dopóki ktoś nie próbuje sprzedać własnego sprzętu. Jeżeli najważniejsze gry Microsoftu można dostać na PC, a kolejne trafiają również na PlayStation, Xbox staje się urządzeniem dla ludzi, którzy już go lubią. Wygodnym, często dobrze wycenionym i świetnie współpracującym z abonamentem, lecz coraz trudniejszym do obrony przed osobą stojącą przed półką z dwiema konsolami.
Nie oznacza to, że Halo powinno zostać na zawsze zamknięte w zielonej klatce. Po latach słabszej pozycji serii nowa publiczność może zrobić jej wiele dobrego. Gracze PlayStation nie zabierają niczego właścicielom Xboksów, a wspólna baza odbiorców pomaga utrzymać tryby sieciowe przy życiu. To wszystko prawda. Nadal jednak trudno patrzeć na Master Chiefa na PS5 jak na wielki triumf.
Największą porażką polityki Spencera nie jest więc sam port. Jest nią sytuacja, w której port wygląda jak naturalny finał wieloletniego rozmywania marki. Gdyby Xbox miał regularny strumień nowych hitów, mocne własne serie i kilka wyraźnych powodów do kupienia konsoli, wypuszczenie starszego Halo na PlayStation można byłoby potraktować jak pewny siebie gest. Dziś wygląda raczej jak przyznanie, że własna platforma nie potrafi już zapewnić największym markom wystarczająco dużej sceny.
Podsumujmy to!
Ekskluzywne gry nadal mają sens, choć niekoniecznie dla każdego uczestnika tej układanki. Gracz najchętniej dostałby wszystkie produkcje na swoim sprzęcie, wydawca chciałby sprzedać je całemu światu, ale producent konsoli potrzebuje kilku skarbów, których nie wykłada na wspólnym stole. Bez nich urządzenie traci charakter i zaczyna konkurować głównie ceną, usługami oraz przyzwyczajeniem.
Halo na PS5 może więc być świetną wiadomością dla milionów ludzi i jednocześnie bolesnym symbolem porażki Xboksa. Nie porażki samej gry, lecz polityki, która tak długo przekonywała, że granice nie mają znaczenia, aż gracze przestali widzieć sens po jednej z ich stron. Phil Spencer chciał umieścić Xboxa wszędzie. Udało się. Tylko po drodze coraz trudniej odpowiedzieć, dlaczego ktoś miałby postawić go właśnie pod swoim telewizorem.
Przeczytaj również
Komentarze (12)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych