Apple bierze się za biblię cyberpunku. Ten serial może być tym, na co czekamy od lat!
Cyberpunk od dawna wygląda w serialach trochę jak miasto z pięknym neonem nad wejściem i pustym lokalem w środku. Deszcz pada, reklamy migają, ktoś ma metalową rękę, a korporacja oczywiście wie o nas więcej, niż powinna. Wszystko się zgadza, tylko po kilku odcinkach często zostaje z tego głównie ładna tapeta. Klimat jest. Kolorowe światła są. Tego dziwnego niepokoju, który powinien wejść pod skórę i zostać tam po napisach, jakoś ciągle brakuje.
Teraz Apple sięga po historię, przy której łatwe kopiowanie obrazków może bardzo szybko wyjść na jaw. To materiał zbyt ważny, żeby potraktować go jak kolejną wycieczkę do miasta przyszłości, gdzie każdy zaułek świeci na fioletowo. Może z tego powstać serial zimny, brudny i naprawdę niepokojący. Może też wyjść najdroższy wygaszacz ekranu roku. Jedno jest pewne: dawno żadna zapowiedź cyberpunkowej produkcji nie niosła ze sobą aż tak wielkiej obietnicy i równie dużego ryzyka.
Neuromancer
Tytuł pojawił się w 1984 roku, zanim większość ludzi zaczęła w ogóle oswajać się z myślą, że komputer nie musi być tylko drogą maszyną stojącą w laboratorium. William Gibson wrzucił czytelników do świata, w którym dane mają smak pieniędzy, korporacje wyrastają ponad państwa, a człowiek może wejść do cyberprzestrzeni równie łatwo, jak wcześniej schodził do ciemnej uliczki. To właśnie na kartach tej powieści pojawiło się słowo „matrix” w znaczeniu cyfrowej rzeczywistości, zanim kino ubrało je w czarny płaszcz i ciemne okulary.
W centrum historii stoi Case - haker tak dobry, że zdążył uwierzyć we własną nietykalność, a później boleśnie przekonał się, że w tym świecie każdy może zostać odłączony. Gdy poznajemy go bliżej, jest wrakiem dawnej legendy, człowiekiem zamkniętym we własnym ciele i gotowym sprzedać resztki przyszłości za możliwość ponownego wejścia do sieci. Szansa oczywiście przychodzi. W pakiecie dostaje jednak zadanie pachnące pułapką oraz Molly, zabójczynię z lustrzanymi soczewkami i ostrzami ukrytymi pod paznokciami.
Ta książka nie stała się klasykiem dlatego, że poprawnie przewidziała kilka technologicznych gadżetów. Gibson uchwycił coś trudniejszego: przyszłość, w której technologia nie przychodzi do ludzi czysta, elegancka i zapakowana w białe pudełko. Przecieka z niej brud, uzależnienie i samotność. Ciała można przerabiać, umysły podłączać, a pamięć traktować jak kolejny towar, lecz człowiek nadal budzi się z tym samym lękiem, że ktoś bogatszy właśnie przesunął go po planszy. Neuromancer wygrał nagrody Hugo, Nebula oraz Philipa K. Dicka, a później został pierwszą częścią trylogii Ciągu. Jego ślady widać dziś w całym cyberpunku.
Przepis na hit?
Apple pasuje do tego projektu zaskakująco dobrze. Platforma przez ostatnie lata nauczyła się traktować science fiction jak coś więcej niż drogi korytarz prowadzący od efektu specjalnego do efektu specjalnego. Rozdzielenie, Silos, Fundacja czy For All Mankind różnią się od siebie niemal wszystkim, ale łączy je odrobina cierpliwości. Pozwalają światom oddychać, bohaterom pobłądzić, a widzowi przez chwilę poczuć się niepewnie. Neuromancer właśnie takiego podejścia potrzebuje.
Dziesięć odcinków daje twórcom miejsce, żeby nie przerabiać książki na pościg z obowiązkową strzelaniną przed każdą przerwą reklamową. Case może najpierw upaść wystarczająco nisko, aby jego powrót do cyberprzestrzeni cokolwiek znaczył. Molly dostaje szansę zostać człowiekiem, a nie efektowną sylwetką z ostrzami. Sam świat również nie powinien być tylko serią dekoracji. Chiba City musi sprawiać wrażenie miejsca, w którym da się zgubić pieniądze, zdrowie i własne nazwisko, zanim ktokolwiek zdąży pokazać nam wielką korporacyjną wieżę.
Za serial odpowiadają Graham Roland i JD Dillard, a w roli Case’a zobaczymy Calluma Turnera. Molly zagra Briana Middleton, natomiast w obsadzie znaleźli się również Mark Strong, Peter Sarsgaard, Clemence Poesy, Dane DeHaan oraz Andre De Shields. Apple odsłoniło pierwszy materiał podczas Comic-Conu w San Diego, a premiera została zaplanowana na 22 stycznia 2027 roku. To nadal nie gwarantuje jakości, ale przynajmniej sugeruje, że nikt nie traktuje tej adaptacji jak małego serialu.
Największą zaletą pozostaje jednak sam materiał. Współczesny cyberpunk coraz częściej przypomina zestaw gotowych naklejek: neon, deszcz, implant, reklama po japońsku. Neuromancer może cofnąć gatunek do miejsca, w którym te elementy miały jeszcze znaczenie. Jeśli serial zachowa ten chłód, dostaniemy historię, która nie będzie wyglądała jak cyberpunkowy katalog mebli.
Konkluzja
Apple ma w rękach książkę, z której przez cztery dekady pożyczali niemal wszyscy. Teraz musi zrobić rzecz znacznie trudniejszą: pokazać źródło tak, żeby nie wyglądało jak kopia własnych następców. Młodszy widz może zobaczyć Case’a i pomyśleć o Neo, Molly skojarzyć z dziesiątkami cybernetycznych zabójczyń, a cały skok uznać za kolejny wariant znanej historii. Serial będzie musiał przypomnieć, że te tropy nie wzięły się z powietrza.
Dlatego czekam na Neuromancera z ekscytacją podszytą lekkim strachem. Możemy dostać serial, który ponownie zabrudzi cyberpunk, wyrwie go z objęć ładnych neonów i pokaże przyszłość tak zimną, że trudno będzie spokojnie odłożyć telefon po seansie. Możemy też dostać bardzo drogi pokaz świateł, który po kilku tygodniach zniknie w katalogu. Materiał jest legendarny. Teraz Apple musi udowodnić, że potrafi podłączyć go do ekranu bez odcięcia zasilania od duszy.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych