Fast food dla oczu. Kiedy tak naprawdę obejrzałeś dobry film?

Fast food dla oczu. Kiedy tak naprawdę obejrzałeś dobry film?

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 18:00

Kiedyś wyjście do kina było niemal świętem, a seans w domowym zaciszu wymagał pełnego zanurzenia w wykreowanym przez reżysera świecie. Dzisiaj częściej „oglądamy” wielomilionowe produkcje z nosem wlepionym w ekran smartfona, traktując kinowe hity jak przyjemny szum w tle. Narzekamy, że współczesne filmy są przewidywalne, płaskie, pozbawione głębi i do bólu poprawne.

Chętnie zrzucamy winę na pozbawionych wyobraźni scenarzystów, nie zdając sobie sprawy, że to my sami - naszymi codziennymi nawykami - napisaliśmy im ten scenariusz. Prawda jest brutalna: wielkie platformy streamingowe i studia filmowe dają nam dokładnie to, o co prosimy. Jak fenomen „drugiego ekranu” i dyktatura bezlitosnych algorytmów na odmieniły oblicze rozrywki?

Dalsza część tekstu pod wideo

TV / telewizor
resize icon

Telewizja do prasowania

Aby zrozumieć, dlaczego dzisiejsze seriale i filmy wyglądają tak, a nie inaczej, musimy przyjrzeć się temu, jak je konsumujemy. Zjawisko, które socjolodzy i analitycy mediów nazywają „telewizją otoczenia”, stało się fundamentem współczesnego streamingu. Kiedyś produkcje dzieliły się na te wybitne i te kiepskie. Dziś najważniejszy podział przebiega na linii - czy to produkcja, która wymaga 100% mojej uwagi, czy taka, przy której mogę złożyć pranie? Sukces takich hitów jak „Emily w Paryżu” czy niezliczonych programów reality show nie bierze się z wybitnego scenariusza. Bije z nich wizualne ciepło, fabuła jest prosta jak budowa cepa, a dialogi konstruowane są tak, aby widz, który właśnie odpisuje na wiadomość na Messengerze, nie stracił wątku.

To tak zwany fenomen „drugiego ekranu”, bo jednak oglądamy telewizję, jednocześnie przeglądając internet w swoim smartfonie. Platformy streamingowe doskonale o tym wiedzą. Jeżeli nakręcą mroczny, skomplikowany thriller, w którym kluczowe poszlaki ukryte są w cichych spojrzeniach aktorów, ryzykują, że rozproszony widz w połowie drugiego odcinka po prostu się pogubi i wyłączy aplikację. Paradoksalnie, to zbyt angażujące kino stało się dziś dla masowego odbiorcy męczące. Chcemy, aby kultura nas relaksowała, a nie zmuszała do intelektualnego wysiłku po ośmiu godzinach pracy.

Ojciec Chrzestny
resize icon

Terror pierwszych sekund i tiktokizacja kina

Drugim gwoździem do trumny powolnego, głębokiego kina są media społecznościowe, a konkretnie format krótkich form wideo spopularyzowany przez TikToka. Nasz czas skupienia drastycznie się skurczył. Kiedyś film miał czas, aby oddychać. Arcydzieła pokroju „Ojca chrzestnego” mogły przez pierwsze trzydzieści minut leniwie budować ekspozycję, przedstawiać postacie i rysować tło społeczno-obyczajowe. Dzisiaj, jeśli film nie „złapie” widza w ciągu pierwszych trzech minut, ląduje w wirtualnym koszu.

Reżyserzy są wręcz zmuszani przez producentów do stosowania różnych technik, jak wrzucania nas od razu w sam środek wybuchowej akcji. Dopiero gdy adrenalina skoczy nam po widowiskowym pościgu z pierwszej minuty, twórcy mogą na chwilę zwolnić, aby wytłumaczyć, o co w ogóle w tym filmie chodzi. Widać to nawet w narzędziach, które oddano nam do dyspozycji. Przycisk „Pomiń intro”, choć niezwykle wygodny, symbolicznie odarł dzieła filmowe z ich klimatycznego wstępu. Były szef Netflixa, Reed Hastings, powiedział kiedyś słynne zdanie, że największym konkurentem jego platformy nie jest HBO, lecz ludzki sen. Dziś tym konkurentem jest nieustanne pragnienie szybkiej, dopaminowej nagrody. Jeśli film przez pięć minut jest tylko „dobry”, a nie „szokujący”, nasz kciuk instynktownie wędruje w stronę pilota.

Mandalorianin. Pierwsze informacje o serialu w uniwersum Gwiezdnych wojen
resize icon

Strach przed porażką i klonowanie sukcesu

Ostatnim elementem tej układanki są gigantyczne pieniądze i związana z nimi awersja do ryzyka. Narzekamy, że w kinach wciąż królują kolejne, dwunaste już części znanych serii, niekończące się uniwersum Marvela, gwiezdne wojny, prequele, sequele i rebooty starych hitów z lat 80. Zastanawiamy się, gdzie podziały się oryginalne, zamknięte w jednym filmie historie, które poruszają nowe problemy? Odpowiedź leży w box office’owych tabelach. Gdy weźmiemy pod uwagę listę najbardziej kasowych filmów ostatniej dekady, niemal wszystkie pozycje to potężne, znane marki (franczyzy).

Stworzenie nowoczesnego blockbustera kosztuje dziś od 150 do 300 milionów dolarów nie licząc budżetu przeznaczonego na marketing. Przy takich stawkach, żadne wielkie studio nie pozwoli sobie na kontrowersję, niedopowiedzenie czy eksperyment artystyczny. Film musi trafić do widza w USA, w Polsce, ale też w Chinach czy Brazylii. Musi być na tyle uniwersalny (a co za tym idzie wygładzony i kulturowo przezroczysty), aby nikogo nie urazić i być zrozumiałym pod każdą szerokością geograficzną. Zamiast wymyślać koło na nowo, taniej i bezpieczniej jest sklonować to, co już raz zadziałało. To nie cynizm twórców, to po prostu pragmatyka współczesnego biznesu, który nie może pozwolić sobie na stratę setek milionów dolarów w imię „artystycznej wolności”.

Mężczyzna z smartfonem w ręku ogląda TV
resize icon

Podsumowanie

Gdy następnym razem z irytacją wyłączymy kolejny płytki, przewidywalny film, kląć na kondycję współczesnego kina, warto spojrzeć w lustro. Algorytmy gigantów technologicznych to nic innego, jak niezwykle precyzyjne odbicie naszych własnych słabości. One dokładnie mierzą, kiedy pauzujemy film, w którym momencie przewijamy go do przodu, a przy jakich scenach sięgamy po telefon. Dopóki najchętniej oglądanymi produkcjami na świecie będą te, które nie wymagają od nas odłożenia smartfona na dwie godziny, dopóty wielkie wytwórnie będą nam je masowo dostarczać. Jeśli chcemy powrotu głębokiej, wielowymiarowej sztuki, musimy zacząć traktować ją z szacunkiem, na jaki zasługuje - obdarowując ją naszą pełną i niepodzielną uwagą.

Łukasz Musialik Strona autora
Dla niego gry to nie tylko piksele na ekranie, ale przede wszystkim emocje i historie, które zostają w głowie na lata. Kolekcjoner wspomnień, który potrafi docenić zarówno wysokobudżetowe hity, jak i niszowe perełki od twórców niezależnych. Wierzy w ideę „gaming łączy, a nie dzieli”, dlatego z równym entuzjazmem podchodzi do każdej platformy, która ma do zaoferowania coś ciekawego. Gdy nie trzyma pada w dłoniach, pewnie planuje, w jaki sposób zmieścić na dysku kolejną wielką produkcję, obiecując sobie, że tym razem na pewno ją ukończy.
cropper