Do trzech razy sztuka? Mam nadzieję, że nadciąga trzecia część tej fenomenalnej serii!
Niektóre serie po dwóch częściach wyglądają tak, jakby powiedziały już wszystko, co miały do powiedzenia. Inne działają dokładnie odwrotnie - zostawiają po sobie wrażenie, że dopiero się rozpędzają, że jeszcze jeden rozdział mógłby wynieść je na poziom, na który do tej pory tylko się wspinały. I właśnie wtedy człowiek zaczyna łapać się na bardzo konkretnej myśli: nie „fajnie by było”, tylko raczej „to aż się prosi o ciąg dalszy”.
Mam dokładnie takie odczucie przy jednej serii gier, która już dwa razy udowodniła, że potrafi dostarczyć coś naprawdę wyjątkowego. Nie chodzi nawet wyłącznie o jakość samych odsłon, ale o to bardzo przyjemne poczucie, że ten świat, ci bohaterowie i ta energia wciąż mają jeszcze paliwo w baku. Dlatego jeśli naprawdę nadciąga trzecia część, to trudno nie patrzeć na ten pomysł z dużą nadzieją.
KCD
Chodzi oczywiście o serię Kingdom Come: Deliverance, bo jeśli mam wskazać markę, która po dwóch odsłonach wyrosła na coś naprawdę wyjątkowego, to właśnie tutaj bardzo szybko robi się gorąco. Pierwsza część nie wchodziła na rynek z pozycją pewniaka od wielkiego studia, a z energią projektu, który chciał udowodnić, że średniowiecze bez smoków, magii i wielkich fajerwerków też może być piekielnie wciągające. I udało się, bo nagle okazało się, że brud, błoto, stal i zwykły strach przed kolejną walką potrafią budować przygodę.
Największą siłą pierwszego Kingdom Come było to, że ono wierzyło we własny świat. Nie próbowało iść na skróty, nie dawało graczowi od razu poczucia bycia herosem zesłanym z nieba, tylko kazało zaczynać od ziemi - dosłownie i w przenośni. Henryk nie był wybrańcem, tylko chłopakiem wrzuconym w wir historii większej od siebie. Gracz czuł, że uczy się przeżyć w świecie, który nie ma zamiaru niczego ułatwiać.
Druga część zrobiła natomiast coś bardzo trudnego - nie zgubiła tego, co w oryginale było najcenniejsze, a jednocześnie sprawiała wrażenie gry pewniejszej, pełniejszej i zwyczajnie dojrzalszej. Ten projekt miał od początku swoją tożsamość. Dzięki temu Kingdom Come: Deliverance II mogło szerzej rozwinąć skrzydła - z większym rozmachem, lepszym tempem i wyraźnym poczuciem, że twórcy dużo lepiej wiedzą, kiedy docisnąć realizm.
I po dwóch częściach nadal czuć głód więcej. Pierwsza gra dała fundament bardzo charakterystyczny, druga pokazała, że ten fundament da się przekuć w coś jeszcze mocniejszego. A skoro obie odsłony potrafiły tak dobrze połączyć historyczny ciężar, osobistą historię i zwykłą frajdę z zanurzenia się w tym świecie, to naprawdę trudno nie pomyśleć, że ta marka wcale jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.
Co dalej?
KC:D nie jest serią, która opiera się wyłącznie na jednorazowym patencie, po czym zaczyna kręcić się w kółko. Ten świat da się rozwijać w kilku kierunkach naraz - politycznie, militarnie i zwyczajnie po ludzku. Najciekawsze byłoby chyba to, że trzecia część nie musiałaby już nikomu tłumaczyć, czym chce być. Mogłaby od razu wejść na scenę jak produkcja świadoma własnej siły i spokojnie pójść jeszcze dalej tam, gdzie poprzednie odsłony rozstawiły pionki.
Wyobrażam to sobie jako grę jeszcze odważniejszą w skali, ale niekoniecznie większą tylko dla samego „więcej”. Bardziej interesuje mnie kontynuacja, która mocniej pokaże konsekwencje wcześniejszych wydarzeń, bardziej dociśnie relacje między postaciami i pozwoli światu jeszcze wyraźniej reagować na to, kim właściwie staliśmy się po tej całej drodze. W tej serii zawsze najlepiej działało to, że wielka historia była filtrowana przez brudne drogi, zmęczonych ludzi, osobiste urazy i bardzo przyziemne decyzje.
Największa nadzieja bierze się chyba z tego, że ta marka już dwa razy pokazała, iż potrafi rosnąć we właściwą stronę. Nie przez zdradzanie własnej tożsamości, tylko przez coraz pewniejsze korzystanie z niej. Dlatego potencjalna trzecia część nie brzmi jak desperacka próba wyciśnięcia jeszcze jednego rozdziału z popularnej serii, ale jak naturalny następny krok. Oczywiście, mała przerwa po kolosie, jakim było KCD II się przyda, ale potem… Niech świat stanie otworem!
Konkluzja
Tu wszystko od początku opierało się na bardzo konkretnym fundamencie - świecie, który czuje się pod stopami, bohaterach, których los naprawdę coś znaczy, i historii, która nie potrzebuje smoków ani wielkiej magii, żeby wciągnąć po uszy. A kiedy taka marka dwa razy z rzędu trafia tak celnie, bardzo trudno nie zacząć patrzeć na nią jak na coś, co wciąż ma przed sobą jeszcze jeden naprawdę mocny rozdział.
Najbardziej ekscytuje mnie chyba to, że potencjalna kontynuacja nie wyglądałaby jak desperackie dokładanie numerka do znanej nazwy, tylko jak naturalne rozwinięcie świata, który cały czas oddycha i aż prosi się o dalszy ciąg. Jeśli więc trzecia część rzeczywiście kiedyś nadejdzie, to nie dlatego, że "wypada", ale dlatego, że po dwóch odsłonach wciąż czuć tam życie, ciężar i bardzo konkretny głód kolejnej opowieści. A to jest chyba najlepszy możliwy znak dla każdej serii.
Interesuje Cię ten tytuł? Sprawdź nasz poradnik do Kingdom Come: Deliverance II.
Przeczytaj również
Komentarze (4)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych