Boom na karty kolekcjonerskie. Prawdziwy renesans za OGROMNE pieniądze

Boom na karty kolekcjonerskie. Prawdziwy renesans za OGROMNE pieniądze

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 21:30

Jako gość, który urodził się pod koniec lat 90., właściwie od najmłodszych lat towarzyszył mi motyw “zbieractwa”. Już w pierwszych wspomnieniach z dzieciństwa zawsze przewijają się mniejsze i większe rzeczy, które można było kolekcjonować. Bo każdy, kto miał przyjemność “przeżywać” przełom wieków, doskonale pamięta, jak ogromna moda na to panowała i jak bardzo nam to ułatwiało. 

Co ciekawe, teraz - ponad dwie dekady później - sytuacja zdaje się powoli zataczać koło, ale w zupełnie nowej formie. Albo może inaczej - w zupełnie nowym wymiarze pieniężnym. Dziś karty kolekcjonerskie to ogromny biznes, który do najtańszych na pewno nie należy. Bynajmniej! I nie chodzi tu nawet o Pokemony z milionowymi transakcjami i uczestnictwem gości pokroju Logana Paula. Temat jest dużo szerszy i znacznie bardziej ciekawy. Ale najpierw cofnijmy się w czasie… 

Dalsza część tekstu pod wideo

Dusza kolekcjonera…

Jak wspomniałem we wstępie, początki mojego zafiksowania na punkcie zbierania wszystkiego, co możliwe, można spokojnie datować na pierwsze lata XXI wieku. Wcześniej byłem po prostu za młody, żeby świadomie do tego dążyć. Pamiętam jednak jeszcze z lat przedszkolnych, gdy wraz z kolegami wymienialiśmy się kartami Yu-Gi-Oh! (tak dalekimi od oryginalnych, jak tylko można sobie wyobrazić), albo figurkami z Dragon Balla (które równie dobrze mogły nazywać się Drake Bells), by uzbierać całą drużynę Z. 

A im dalej w las, tym… Więcej. Bo prawda jest taka, że od zawsze byliśmy zasypywani wszelkiego rodzaju rzeczami w myśl “złapania ich wszystkich”. Ba, rzeczone hasło nie jest tu wcale przypadkiem, bowiem dla wielu osób z mojego pokolenia to właśnie szał na tazosy z Pokemonami rozpoczął rewolucję “zbieractwa”, która teraz zbiera żniwa. Lub po prostu pieniądze z kont. 

I od zawsze miałem tak, że jak już coś zacząłem, to chciałem to skończyć. Jeśli kupiłem pierwszy tom Dragon Balla od Wydawnictwa JPF (a właściwie, gdy ktoś mi go kupił), to musiałem cyklicznie biegać do kiosku po kolejne. Gdy dorwałem pierwszego Beyblade’a z chipsów, to szedłem szukać kolejnych, a gdy wkleiłem pierwsze naklejki do albumów z Chipicao, to chciałem tam kolejnych bohaterów Naruto, kolejne piłki z Galactik Football, czy kolejne duszy z Króla Szamanów. 

Tak wyliczać mógłby dziś naprawdę bez końca. W końcu mieliśmy też naklejki z gum, naklejki z wafli, masę różnych (mniejszych i większych) kart kolekcjonerskich w chipsach, zabawki z McDonalds’ oraz Kinder Niespodzianek, a poza tym te podstawowe karty i naklejki piłkarskie od Panini, które podbijały serca mojego pokolenia podczas każdej dużej imprezy międzynarodowej. Ah, saszetki za dwa złote - piękne czasy! 

Nigdy nie umiera! 

Płynnie przechodzimy więc do czasów dzisiejszych, gdzie wspomniana w tytule rewolucja dokonała się w dużej mierze właśnie za pośrednictwem tych kart piłkarskich. Przez większość czasu zabawki w restauracji “Pod Złotymi Łukami” mają dyskusyjną jakość (poza tym, na szczęście, rośnie świadomość ludzi odnośnie do zdrowego żywienia), a wielu producentów przekąsek zrezygnowało z dorzucania podobnych “fantów”.

Przetrwały natomiast karty oraz naklejki sportowe. Przez ostatnie kilkanaście lat rynek bardzo mocno się rozrastał w naszym kraju i z pojawiania się jednego albumu na 1-2 lata, doszliśmy do momentu, w którym rokrocznie w salonikach prasowych możemy znaleźć ich po pięć czy sześć. I to wyłącznie w klimatach footballu, bo należy też dodać, że Panini oraz Topps oferują dodatkowo masę innych dyscyplin, czy kategorii. 

To jednak tylko wierzchołek góry lodowej - ten, który wciąż zdaje się najpopularniejszy. ALE! No właśnie, to słynne “ale”... Coraz większą siłę zdobywa segment kart premium. Sam siedzę w tym od lat i widzę dziś, jak popularne stało się to wśród streamerów, youtuberów, czy wszelkiej innej maści influencerów. Kolekcjonerstwo kart wdarło się do mainstreamu, a właściciele największych marek mogą świętować, bo…

To nie jest tanie hobby

Zestawy kart z gwarantowanymi autografami (oczywiście losowymi) potrafią spokojnie kosztować po kilka tysięcy złotych. Mniejsze boxy, w których tej gwarancji nie ma (ale jest szansa na limitowane numerki, części stroju, czy specjalne edycje) to już wydatek mniejszy, bo rzędu “kilku stówek”. Zresztą, nawet paczki w sklepach, gdzie znajdziemy 8-14 kart to zazwyczaj koszt ok. 10-12 złotych - często w przeliczeniu okolice złotówki za jedną kartę. 

Kiedyś - nie do pomyślenia. Dziś - normalka. I oczywiście w żadnym stopniu nie zamierzam się w tym temacie wymądrzać, ani nikogo pouczać. Ten tekst nie jest o tym, bo mi samemu daleko do racjonalnego zarządzania pieniędzmi w tym segmencie - w szafie mam dwucyfrową liczbę przeróżnych albumów, a są miesiące, w których mamy takie premiery, że naprawdę trudno się nimi nie podjarać. 

Ale to temat rzeka. Właściwie niewątpliwie mógłbym kiedyś napisać tekst na temat najpopularniejszych obecnie kart kolekcjonerskich, ale to innym razem. Obecnie jest to bowiem tak szerokie zagadnienie, że musielibyśmy wyjść od piłki nożnej, przejść przez Disneya oraz Pixara, a na Naruto kończąc.

Podsumowując

Czy jest to konsumpcjonizm? Poniekąd na pewno, ale takiego określenia można w gruncie rzeczy użyć do niemal każdego hobby. Bo w zasadzie w dłuższej perspektywie nie czerpię z tego żadnych większych korzyści. Droższych kart nie sprzedaję (a nawet jakbym chciał, to najdroższe w mojej kolekcji chodzą po kilkaset złotych), a jedyne korzyści, jakie czerpię, to satysfakcja, dobra zabawa i spełnienie, ale…

Czy właśnie nie to powinno definiować dobre hobby? Wydaje mi się, że jak najbardziej. I z tego względu bardzo cieszy mnie zachodząca rewolucja. Jasne, koszt rośnie, ale coraz popyt rodzi podaż, a w tym przypadku przekłada się na więcej ciekawych serii, także… Cieszę się, że jestem w takim miejscu, w którym mogę sobie pozwolić na realizowanie tej pasji, która jest ze mną od dziecka. I cóż, lecę otwierać nowe boxy z WWE - autograf Johna Ceny sam się nie trafi! 

Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper