Amadeus (2025) – wywiad z Willem Sharpe, serialowym Mozartem. “Kompletnie nie wiedziałem, co ja tam robię”
Historia Wolfganga Amadeusza Mozarta w interpretacji Joe Bartona dobiega końca. Serial zbiera mieszane opinie, ale to dlatego, że tak właśnie został zaplanowany. O pracy nad nim i swoją postacią opowiedział nam wcielający się w wielkiego kompozytora Will Sharpe. Zapraszam do lektury.
Piotrek Kamiński: Dlaczego zdecydowałeś się przyjąć rolę Amadeusza i co najbardziej intryguje cię w tej postaci?
Will Sharpe: Już sama myśl o zagraniu Mozarta była odrobinę przerażająca, co, paradoksalnie, chyba było jednym z powodów, dla których w ogóle chciałem się tego podjąć. Jedną z rzeczy, które najbardziej mnie interesowały, była mitologizacja Mozarta - ludzie często mówią, że muzyka po prostu sama do niego przychodziła, że wszystko było dla niego łatwe. Chciałem spróbować rozłożyć na czynniki pierwsze, co to właściwie oznacza w rzeczywistości. Jest w nim poczucie jakiegoś takiego ciężaru, jakby niemal walczył ze swoim talentem. W pewnym sensie, stara się oprzeć potrzebie korzystania z niego. Jest w nim też ogromna żywiołowość, co wydawało się bardzo przyjemne do zagrania. Żyje pod wielką presją, ale nie zamierza pozwolić jej kontrolować się. Ciągle się podnosi, a muzyka jest dla niego sposobem radzenia sobie z tym wewnętrznym chaosem. Jest taki cytat Mitsuko Uchidy, prawdopodobnie najbardziej cenionej specjalistki od Mozarta, który moim zdaniem najlepiej to podsumowuje: „U Mozarta, nawet jeśli pojawiają się smutne momenty, on zawsze spogląda ku niebu. Już zdążył zakochać się w pięknej dziewczynie, która właśnie przechodzi obok! Jego świat to świat pędzących ludzi. A w skrajnym sensie, uważam, że u Mozarta każda nuta jest niczym dziecko, próbuje iść w swoim kierunku. Na tym polega niezwykła wolność muzyki Mozarta — wszystkie nuty zachowują się tak, jakby były małymi dziećmi”.
Piotrek: Co odróżnia reinterpretację Joe Bartona od wcześniejszych wersji?
Will: Koniec końców to wciąż opowieść o zazdrości Salieriego wobec Mozarta, ale tym razem mamy pięć godzin, by ją opowiedzieć. To daje znacznie więcej przestrzeni na eksplorowanie innych punktów widzenia i rozwinięcie oryginału. Momentami ton jest też odrobinę bardziej mroczny, ale myślę, że duch sztuki Shaffera nadal jest tu obecny. Oczywiście, wcześniej pracowałem z Joe przy “Giri/Haji: Powinność/Wstyd”, tak samo z jednym z naszych reżyserów, Julianem Farino, więc bardzo się cieszyłem na ponowną współpracę. Wspólnie stworzyli ton serialu, pełen humoru, ale jednocześnie wydobywający człowieczeństwo z tych postaci i ich relacji. To historia z rozmachem i myślę, że postanowili sobie, by nie ograniczać jej ciężarem epoki. Chodziło o to, by była w pewnym sensie bezpośrednia i nowoczesna. Widać to częściowo w języku - to taki hybrydowy sposób mówienia, łączący to, jak ludzie mówili wtedy, z czymś bardziej współczesnym. Alice Seabright, reżyserka czwartego odcinka i finału, wykonała niesamowitą robotę. Wiele z kluczowych scen między Amadeuszem a Salierim pojawia się w drugiej połowie serialu i praca z nią, obok Paula, była niezwykle owocna i satysfakcjonująca.
Piotrek: Jak wyglądał twój proces przygotowań do roli Mozarta?
Will: Z tego, co czytałem, bardzo trudno było uzyskać jednoznaczny obraz Mozarta. Czasem przedstawiano go jako bardzo szczęśliwego geniusza, niewzruszony własnym talentem, a innym razem można było przeczytać, że miał skłonności do depresji, huśtawek nastroju i bywał ostry w tonie. Tym, co wydawało się jednak stałe, było ogromne poczucie humoru i żywiołowość, co — moim zdaniem — stanowi dużą część atrakcyjności tej roli. Ale nie chodzi tylko o człowieka, lecz także o jego muzykę. W każdej wcześniejszej roli pytanie zawsze brzmiało: „kim jest moja postać?”, a tutaj masz całe bogactwo materiału w postaci muzyki, która wyszła prosto z jego serca. Pod wieloma względami to ona była moim drogowskazem. Zawsze mogłem wrócić do muzyki, by szukać odpowiedzi.
Piotrek: Jak wyglądała praca z Paulem Bettanym i eksplorowanie dynamiki między Salierim a Mozartem?
Will: Ich droga w serialu jest interesująca, ponieważ przez dużą jego część Mozart nie zdaje sobie sprawy z poczynań Salieriego. Tak więc, wydaje mi się, że na planie Paul i ja podchodziliśmy do tematu z bardzo własnej perspektywy. Pomagało to w grze - Mozart nie wie dokładnie, co myśli Salieri a Salieri nie wie, co myśli Mozart. W jakimś sensie są braćmi mającymi wspólnego ojca - Boga. Widzimy między nimi momenty katharsis i szczerości, mimo wszystkich pozostałych, niefortunnych okoliczności. Paul jest niesamowity i granie z nim to czysta przyjemność. Jego doświadczenie sprawia, że sam musisz wrzucić wyższy bieg ze swoim aktorstwem. Sceny, w których gramy razem były czystą radością, zwłaszcza że Salieri i Mozart prowadzą swoje własne, równoległe historie i mają odmienne punkty widzenia. Kiedy się zderzają - a tak się dzieje - ten “taniec” z Paulem to było coś naprawdę wyjątkowego.
Piotrek: Constanze jest niezwykle istotną częścią serialu. Czy możesz opowiedzieć o znaczeniu tej relacji - zarówno dla Mozarta, jak i dla całej historii?
Will: Jak już wspominałem, jedną z największych zalet pięciu godzin na opowiedzenie tej historii jest przestrzeń na pokazanie punktów widzenia innych postaci. Perspektywa Constanze jest tu kluczowa. Możemy zobaczyć nie tylko co czuła wobec Amadeusza, ale też jak postrzegała Salieriego. Ich relacja była ogromnie ważną częścią jego życia. Widzimy, że bywa momentami dysfunkcyjna, co - moim zdaniem - w dużej mierze wynika z tego, że Amadeus nie idzie przez życie jak typowy człowiek. Codzienne, ludzkie interakcje są dla niego trudne, ale z Constanze łączy go uczucie. Gabrielle Creevy jest znakomitą, bardzo intuicyjną aktorką, dzięki czemu granie z nią zawsze wychodzi autentycznie. Jest w tym wszystkim naturalizm, który, jak sądzę, był zamierzony i sprawia, że ta relacja jest bardziej przystępna, lepiej osadzona w rzeczywistości.
Piotrek: Czy były jakieś inne sceny lub momenty muzyczne, które szczególnie zapadły ci w pamięć?
Will: Szczerze mówiąc, uwielbiałem kręcić wszystkie sekwencje muzyczne. Ta muzyka jest tak dobra, że szczerze inspiruje. Zawsze czułem ogromne wsparcie ze strony muzyków i całej ekipy filmowej. Ben Holder (reżyser muzyki, odpowiedzialny za aranżacje – przyp. red.) był niezwykle pomocny. Kiedy spotkałem go po raz pierwszy, potrafiłem zagrać na pianinie tylko najprostsze podstawy - jakieś akordy i tego typu rzeczy. On nauczył mnie grać. No, właściwie to grać potrzebne fragmenty, tak, że wydawało się to o wiele prostsze, niż w rzeczywistości. Był obecny na planie za każdym razem, gdy pojawiała się scena muzyczna. Oczywiście, tak naprawdę nie jestem ani dyrygentem ani zawodowym muzykiem, więc często myślałem: „Boże, kompletnie nie mam pojęcia, co ja tutaj robię”. Ale nikt nigdy mnie nie oceniał. Starałem się po prostu poczuć to, co próbuje mi powiedzieć muzyka.
Piotrek: Powiedziane jak prawdziwy muzyk! Dziękuję za rozmowę.
Will: Dziękuję.
Wszystkie odcinki “Amadeusa” można obejrzeć już teraz na SkyShowtime.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych