Battlefield vs. Call of Duty - nadciąga zmierzch gigantów?

Battlefield vs. Call of Duty - nadciąga zmierzch gigantów?

Krzysztof Grabarczyk | 22.01, 10:00

"Każde pokolenie odejdzie w cień" - jak wykwitnie śpiewała rodzima kapela, Kombi. Smutne lecz prawdziwe. Sięgam pamięcią do listopada, 2011 roku. Nadciąga medialna konfrontacja dwóch ówczesnych molochów świata gier. Battlefield 3 vs. Call of Duty: Modern Warfare 3. Szwedzka myśl techniczna kontra sprawdzony amerykański imperatyw. 

EA przeznaczyło bardzo znaczne środki ku promocji. Battlefield 3 był niemal wszędzie. Activision startowało z wysokiego progu dzięki rekordowej linii zysków Modern Warfare 2, gdzie nie obyło się bez kontrowersji z rosyjskim akcentem. To był czas podbojów dla obu wydawniczych graczy. Electronic Arts choć wcześniej skutecznie radziło sobie dzięki cyklowi Bad Company, teraz wypłynęło ku fali popularności. Activision nadal robiło swoje, bez inwestycji w nowe narzędzia deweloperskie. Nikomu to specjalnie nie przeszkadzało. Minęła równa dekada, lecz ubiegłoroczna jesień nie była już pod takim ostrzałem jak przed dziesięcioma laty. Co się zmieniło? Myślę, że niemal wszystko, łącznie z "mentalem" zespołów zarówno w DICE oraz Activision. W tle skandale oraz zawodowe wypalenia pomieszane z przetasowaniami kadrowymi. 

Wojna to biznes

Call of Duty

Popyt na gry wojenne naturalnie wzrósł po feralnym zamachu 11 września, 2001. Przynajmniej rynkowi eksperci przypisują ten tragiczny w skutkach rozdział współczesnej historii ludzkości jako jeden z decydujących katalizatorów. Po części, zgodzę się. Po 2002 roku wydawcy mocno inwestowali w deweloping produkcji opartych na konflikcie zbrojnym w XXI wieku. Nadal panowała moda na FPSy ulokowane w II Wojnie Światowej, lecz odbywała się pokoleniowa koniunkcja. Gracze zaczęli dorastać, czasu zaczynało brakować, więc rozpoczynał się trend "krótszych gier". Kinowe doświadczenie pisane przez Infinity Ward oficjalnie otworzyło nową erę, erę zintesyfikowanej rozrywki połączonej z filmową narracją. Call of Duty 4: Modern Warfare uderzyło ze współczesnym impetem wpasowując się w czas amerykańskiej próby ekspansji na Bliskim Wschodzie. Wezwanie Służby jak się patrzy, czyli przystępne dla każdego, nie zajmujące więcej niż 5-6 godzin mocnej kampanii fabularnej z ponadczasowo wywindowaną misją na postnuklearnej Prypeci. 

Większego znaczenia nabrały zmagania sieciowe, które rozpoczęły pasmo odgrywanych miliony razy starć. Weterani nadal podtrzymują, że CoD4:MW pozostaje liderem klasyfikacji na tle reszty serii. Dla wielu plusem cyklu Activision w ówczesnym czasie okazało się niskie przywiązanie do współpracy. Zupełnie inaczej niż w szwedzkiej inkantacji wojennej machiny. Włączasz klasyczny TDM i po prostu lecisz po scoring, czyt. strzelanie do przeciwnych graczy. Nieco inaczej postanowiono w DICE. Współpraca częściej jest kluczem do zwycięstwa podobnie jak przekrojowość działania. Większy bilans punktów doświadczenia wzrośnie dzięki skutecznemu pilotowaniu maszyn niż tradycyjnej czystce. Nibi dwie odmienne filozofie sieciowej rozrywki a jednak bliźniaczo zbliżone względem siebie. Nastała era Fortnite, czyli chyba największej gry na tym świecie. Wszystko nie zmieniło się może od razu, lecz po kilku latach obecności zmiany są widoczne. Czy słabnącą popularność ubiegłorocznego pola walki ku wezwaniu służby zawdzięczamy Fortnite? Ciężko o jednoznaczny werdykt. 

Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Kiedy wyszedł Battlefield 1, pełny byłem optymizmu. Po latach prób i błędów w niedalekiej przyszłości (Call of Duty padło ofiarą futuryzmu na dłuższy czas) do łask wróciły historyczne recepty na sukces. Activision (już z Blizzardem) również skorzystało z katalogu dawnych wojen. Przecież wszyscy lubujemy się w historii, mniej lub więcej. Ostatecznie, to właśnie niesławny bardziej niż zwykle Bobby Kottick zrozumiał, że warto wykonać dodatkowy krok ku trendom. Stąd sukces Call of Duty: Warzone. Czego nie można stwierdzić o aVanguardowej edycji marki. Call of Duty: Vanguard również jest historycznie arcyważnym elementem tej układanki. Finansowa hegemonia zostaje brutalnie przerwana statystykami graczy. Część nadal bawi się w Warzone, przez co nie jest zainteresowane kupnem nowej edycji za pełną, niemałą cenę. Nie pomagają również ciągłe afery skupione wokół Acti-Blizzardu. "Wszystko ma swoją cenę" - jak mawiał sam John Wick. 

Biznes to wojna

Call of Duty vs Battlefield

Taktyka wydawnicza Activision przypomniała mi innego giganta z przeszłości, który ostatecznie niemal upadł. Dzisiaj jest pod respiratorem historycznej przynależności ku początkom branży gier. Mowa o Atari, za czasów rządów Raya Kassara. Nielubiany, nie szanowany, jak na szefa dużej firmy przystało. Wychodził z założenia, że nie należy zmieniać mechanizmów przynoszących zyski. Atari ostatecznie produkowało gry bardzo podobne do siebie. Ironicznym akcentem niechaj będzie fakt wygenerowania największych dochodów w całej historii firmy. Właśnie za rządów Kassara. Kottick pod tym względem trochę go przypomina. Każda taktyka jednak ma to do siebie, że w końcu przestaje się sprawdzać. Call of Duty: Vanguard być może stanowi pierwszy symptom nie tyle upadku co spadku. A to pierwszy stopień do piekiełka finansowego. 

Activision, czyli pierwszy kompletnie niezależny wydawca zrodziło się w akcie buntu przeciw korporacyjnemu drylowi Atari. Tymczasem, firma od lat postępuje podobnie. Call of Duty potrzebuje przerwy, aby rynek zatęsknił za marką, inaczej czeka ją wyłącznie tryb Warzone. Ostatni filar sukcesu od niemalże dwóch lat. Black Ops: Cold War również nie porwało statystyk finansowych, z wyjątkiem pierwszych tygodni w Wielkiej Brytanii. Biznes się zmienia, wojna nie zmienia się nigdy. A biznes to dzisiaj korporacyjna walka o klienta, w każdym wydaniu. DICE niestety boryka się z innym problemem, czyli pokoleniowej zmiany warty w strukturach studia. Rozejrzałem się ostatnio w poszukiwaniu opinii byłych oraz obecnych pracowników szwedzkiego dewelopera. Głównym zarzutem padającym w stronę dzisiejszej filozofii jest decyzyjność kadry zarządzającej. W ciągu kilku ostatnich lat doszło do kadrowych wymian na kierowniczych stanowiskach. Jeśli wierzyć opiniom wystawianym przez ludzi pracujących w DICE przez ostatnie 2,3 wiosny, częstym zjawiskiem ze strony liderów jest nepotyczne traktowanie podwładnych oraz obsesja na punkcie własnej wizji. 

Czyli coś co zauważyć mogliśmy już przy Battlefield V zahaczającym o nazbyt młodzieżowy charakter. Pierwszy zwiastun gry opiewał na jeden z częściej krytykowanych filmów goszczących na serwerach YouTube. Kadrze zarządzającej również ciężko przyznać się do błędu. Kolejnym problemem jest podobno przestarzałość narzędzi deweloperskich opartych na Frostbite. Wszystko zdaje się potwierdzać obecny stan Battlefield 2042, który zszedł z ceny szybciej niżeli nasz Cyberpunk 2077. Spośród ponad 50 opinii, jakie udało mi się znaleźć, owe zarzuty często się powtarzają. Poprzedni szefowie odeszli na emerytury natomiast kolejne pokolenia zdają się przemawiać bardziej ambicją niż czynami. Nie tędy droga. Czy jesteśmy świadkami końca tak uznanych niegdyś serii? Prognoza być może zbyt odważna, lecz wiele się zmienia, natomiast branża gier jest dynamiczna bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Komentarze (45)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych