Krzysiek Kalwasiński Krzysiek Kalwasiński 21.03.2021
Final Fantasy VII Remake wzbudza mieszane odczucia
2594V

Final Fantasy VII Remake wzbudza mieszane odczucia

Final Fantasy VII Remake jest grą ciężką do ocenienia. To gra, która w jednym momencie zachwyca, by następnie zawieść. Wciąż jednak pozostaje jednym z najlepszych przykładów na to, jak powinno się odnawiać klasyki. Do tego stopnia, że gdyby nie pewne problemy, stwierdziłbym, że jest lepszy od oryginału.

Fanem serii Final Fantasy jestem od wielu lat. Pierwszą odsłoną w jaką zagrałem było Final Fantasy VI w wydaniu na pierwsze PlayStation. Nie byłem oczywiście od początku zachwycony - głównym moim problemem były losowo rozpoczynające się pojedynki i turowy system walki. Jako stosunkowo młody człowiek oraz fan gier akcji, jakim wtedy byłem, nie potrafiłem znaleźć zbyt wielu zalet podobnego systemu. Całkiem szybko przestało to jednak przeszkadzać, bo gra nadrabiała pomysłowością, ciekawą fabułą, świetnie napisanymi postaciami, genialną muzyką i pociągającym klimatem podupadającego świata. Grzechem byłoby nie wspomnieć o adwersarzu jakim jest Kefka. Do dzisiaj trudno o podobną personę w świecie gier. Wraz z kolejnymi chwilami spędzonymi z grą, zaczynałem jednak doceniać całokształt, włącznie z rozgrywką.

Po ukończeniu "szóstki" wziąłem się za poszukiwania czegoś podobnego. Przewinęło się więc wiele gier, począwszy od poprzednich odsłon, poprzez Chrono Trigger, czy późniejsze odsłony flagowej serii Squaresoft. Wśród nich pojawiło się oczywiście Final Fantasy VII. Rzeczona produkcja nigdy mnie szczególnie nie zachwyciła, ale nigdy też nie stwierdziłem, że to w jakimkolwiek stopniu rzecz nieudana. Przeszkadzał mi jednak design postaci, a fabuła w pewnym momencie podpadała pod zbyt kosmiczne absurdy. Doceniam ją mimo wszystko, bo niesie ze sobą wiele fajnych emocji, które przez długi czas nie pozwalają się nudzić. Sama gra może nigdy mnie nie zachwyciła, ale o ścieżce dźwiękowej już tego powiedzieć nie mogę. Prawdziwe mistrzostwo, no ale co się dziwić skoro odpowiada za nią Nobuo Uematsu.

Mijał sobie czas, więc w późniejszym terminie zapoznałem się również z częścią pozostałych projektów przygotowanych na rzecz "siódemwersum". Pierwszym z nich był film noszący tytuł Final Fantasy VII: Advent Children. Odkąd go obejrzałem zapragnąłem ujrzeć grę właśnie w takim wydaniu. Widowisko uświadomiło mnie, że akcja świetnie pasuje do "siódemki". Dobór aktorów głosowych też ma tu duże znaczenie, bo postacie zyskały naprawdę sporo charakteru, a jednocześnie pasowały do moich wyobrażeń - choć seria Kingdom Hearts zaprezentowała je jako pierwsza. Później pojawiło się Dirge of Cerberus: Final Fantasy VII i Crisis Core: Final Fantasy VII. Przy obu grach bawiłem się świetnie, a przygoda Vincenta to jedna z najlepiej wspominanych przeze mnie gier na PlayStation 2 - choć może chodzi tu o samego Vincenta?

Daj mi coś starego, ale nowego

Byłem jednym z tych, którym spodobało się technologiczne demo zaprezentowane w 2005 roku. Nie oszalałem jak wielu, ale zrobienie nowej wersji kultowego klasyka wydało mi się bardzo atrakcyjnym pomysłem. Tym bardziej, że było to podane w stylu Advent Children, który tak bardzo trafiał w mój gust. Niestety, po tym wydarzeniu temat ucichł (przynajmniej ze strony Squre Enix), a temat remake'u Final Fantasy VII był obiektem żartów, czy nawet swoistym memem.

Może wtedy nie wydawało się to takie oczywiste, ale powstanie Final Fantasy VII Remake musiało kiedyś nastąpić. Tym bardziej po takim rozbudzeniu apetytu fan(atyk)ów "siódemki". Dlatego nie byłem szczególnie zaskoczony pojawieniem się tejże. Zaskoczyło mnie natomiast to, że zdecydowano się go podzielić na odcinki, co oczywiście raczej niewielu się spodobało, w tym mi.

Podział na części to w zasadzie jeden z głównych powodów, dla którego dość długo zwlekałem z tą produkcją. Drugim na pewno jest mój brak zaufania do odnawianych gier, bo z moich doświadczeń wynika, że twórcy częściej więcej psują, aniżeli polepszają. Zresztą, to najpewniej nie jest pod żadnym względem łatwe zadanie: zmierzenie się z kultem danej gry i stworzenie czegoś, co będzie wierne oryginalnej wersji, ale jednocześnie doda coś nowego.

Istnieją na rynku wersje odnowione jedynie graficzne - coś, w czym specjalizuje się Bluepoint. Nie jestem fanem ich podejścia do tematu, ale z drugiej strony tworzenie nowych wersji w ten sposób jest najbezpieczniejszym. Nie naruszy się za bardzo oryginału, ale jednocześnie fanom da się "coś nowego". Wolę jednak inne podejście, kiedy twórcy możliwie najmocniej trzymają się oryginału, ale polepszają znacznie więcej niż grafikę i dodają też sporo nowego. Przykładem takiego remake'u jest choćby Resident Evil (2002). Drugim takim przykładem jest Metal Gear Solid: The Twin Snakes, ale z drugiej strony twórcy czasami się niepotrzebnie zapędzali. Kolejnym przykładem tego typu jest Final Fantasy VII Remake, o którym się tutaj rozwodzę.

"Ci, którzy spoglądają zamglonymi oczami, widzą tylko cienie"

Final Fantasy VII Remake jest jednym z najlepszych przykładów udanego remake'u - ale jednocześnie muszę zaznaczyć, że zachwyca i zawodzi na kilku znaczących płaszczyznach jednocześnie. Dlatego jestem tak mocno rozdarty i tak trudno mi ocenić tę produkcję. Nie będę zapewne oryginalny, jeśli napiszę, że zawodzi z uwagi na podział na części. Nie byłem fanem tego pomysłu już odkąd było wiadomo, że tak to będzie wyglądać. No bo jak to - przecież kiedyś opowiedzieli tę historię w jednej grze.

Z drugiej jednak strony, wspomniany podział może w tym przypadku uczynić wiele dobrego. Patrząc na to jak wiele nowego się tutaj pojawiło, gdybyśmy dostali to w formie jednej gry, byłby to gigant na ponad 100 godzin - z czego byłby to sam wątek podstawowy, z pominięciem wszelkich dodatkowych aktywności. Nie dość, że gra powstawałby kolejne 10 lat, to niewielu ludzi wytrzymałoby tak długą opowieść. To, że gracze nie kończą opowieści przedstawionych w grach nie jest tajemnicą. Według dostępnych statystyk do epilogu dociera często mniej niż połowa graczy.

Jako ktoś, kto nigdy nie był fanem oryginalnej "siódemki" stwierdzam, że nie jest to opowieść, w której warto cokolwiek pomijać. Zresztą, dobrej treści jest tutaj tyle, że nie ma problemu z rozłożeniem jej na kilka części. Samo to mówi za siebie. Nie znam wielu dzisiejszych gier, które oferowałyby tyle skarbów. Oczywiście można to powiedzieć o wielu innych częściach Final Fantasy - bo przecież i w szóstej części jest ogrom ciekawych wątków. To samo można powiedzieć o "dziewiątce", czy "czwórce" albo i "piątce". Jest masa wątków, które tylko by zyskały dzięki szerszemu spojrzeniu.

Skupiam się na Final Fantasy, ale Squaresoft, czy nawet późniejsze Square Enix od zawsze tworzyło bogate fabularnie gry. Trudno mi wyobrazić sobie nową wersję takiego Final Fantasy X - ale... pewnie kilka lat temu to samo powiedziałbym o "siódemce". Twórcy tak zgrabnie to rozbudowali, że brak mi słów na opisanie tej genialnej roboty. Pojawiły się nawet nowe postacie, które nijak nie gryzą się z uniwersum. Z kolei te, które nie miały zbyt wiele do powiedzenia w pierwowzorze, okazują się w remake'u postaciami z krwi i kości, z którymi nieco trudno się rozstać.

"Nie obchodzi mnie to! Nie chcę więcej śmierci, błagam!"

Dzięki rozbudowaniu oryginalnej opowieści, Final Fantasy VII Remake jest znacznie bardziej emocjonalne i dramatyczne. Już na samym początku gry możemy zauważyć jaki kierunek obrali twórcy - choćby wtedy kiedy uciekamy z miasta po wykonaniu pierwszej misji. O wiele bardziej skupiono się na osobistych dramatach mieszkańców, dotkniętych tym co zrobiło Avalanche. To samo widać później, kiedy członkowie grupy czasami tracą wiarę w słuszność swoich czynów. Tym bardziej, że poza Barrettem nie wierzy w nich niemal nikt.

Tym samym sytuacja często wygląda po prostu beznadziejnie. Zarówno z punktu widzenia samych mieszkańców Midgar, jak i naszych bohaterów. Wszystko pogarsza się wraz z kolejnymi wydarzeniami i na dobrą sprawę nikt nie może czuć się bezpiecznie. Na tej podstawie zakładam, że kolejne części remake'u, a zwłaszcza ta w której ma umrzeć sami-wiecie-kto, zmiażdżą co niektórym serca. Spotkałem się z głosami mówiącymi, że możemy doczekać się happy endu, ale ja osobiście w to nie wierzę - jeśli natomiast faktycznie do tego dojdzie, będę srogo zawiedziony.

Jednocześnie nie pozostaję ślepy na "wskrzeszenie" niektórych postaci i trochę mnie to martwi. Dodajmy do tego arbitrów przeznaczenia i pewne kwestie wypowiedziane w konkretnych scenach odnośnie przyszłości i... można się zmartwić. Jak jednak wspominałem wcześniej: trudno mi uwierzyć, że Square Enix zrezygnuje z tak kultowej i ważnej dla całego growego światka sceny. Podobne sceny zapadają w pamięci graczy na długo, o ile są odpowiednio przedstawione, wraz z wydarzeniami, które je poprzedzają.

Domykając jednak kwestie fabularne poruszone w tym tekście, stwierdzam, że całokształt bardzo mi się spodobał. Świetnie wypadają również te "dialogi o niczym" - choćby pomiędzy Aerith i Cloudem w drodze do jej domu. Aż przyjemnie się tego słucha. Zwłaszcza, że dobrze rozbudowują one charaktery postaci, a ich charakterystyczne cechy są odpowiednio uwypuklone. Dzięki temu widać też kontrast jaki pomiędzy nimi istnieje, ale nie brakuje w tym wszystkim odczuwalnej więzi, która z czasem się pogłębia. Tym bardziej nie mogę doczekać się kolejnych odsłon, w których powinno być jeszcze ciekawiej. Nie chcę pokazywać palcem, ale to zrobię. Pewna firma mogłaby się wiele nauczyć w tej kwestii. Tym bardziej, że i tu mamy postać mruka oraz trochę taką trzpiotkę i gadułę, która rozkręca towarzystwo.

Dwie serie z ręki Barretta, następnie Maximum Force, po czym robimy kilka ataków Cloudem i używamy Triple Slash

Teraz czas na jeden z moich głównych problemów z Final Fantasy VII Remake, czyli systemem walki. Bardzo mi się podoba, ale ma swoje braki, które momentami sprawiały, że odechciewało mi się grać. Zacznę od tego, że gra nie pozwoliła mi do końca grać po swojemu, tak aby było to należycie satysfakcjonujące. Wybrałem poziom Normal, bo raczej nie lubię grać na łatwiejszych - Classic brzmiało kusząco, ale jednak z opisu wynikało, że nie będzie to nic ciekawego. Moje przypuszczenia dalekie od prawdy nie były - to w zasadzie w pełni zautomatyzowana "zabawa".

Następnie upatrzyłem sobie Clouda i to nim chciałem głównie grać, traktując pozostałe postacie jako wsparcie w krytycznych sytuacjach. Niestety przeliczyłem się, bo postacie, nad którymi nie obejmujemy kontroli są po prostu bezużyteczne. Gra więc poniekąd wymusza przełączanie się pomiędzy kompanami, atakowanie wszystkimi "po równo" i korzystanie z umiejętności adekwatnie do sytuacji. Niby normalna rzecz, ale znacznie lepiej odebrałbym ten system, gdybym mógł satysfakcjonująco grać po swojemu.

Nie mogłem, bo grając jedną postacią podczas walk z bossami i ich obszarowymi atakami, trafiałem na sytuacje, w których wszystkim brakowało zarówno HP jak i ATB - i tym samym nie mogłem się uleczyć bez ryzykowania zgonu. Dlatego trzeba zadbać o to, aby chociaż jedna połowa paska ATB była dostępna zawsze. Zmieniłem więc swoje podejście i mimo wszystko wciąż gram głównie Cloudem, ale znacznie częściej korzystam z ataków innych postaci.

Walka tym samym nabrała rumieńców, ale nie przestanie przeszkadzać mi fakt, że nie mogę poniekąd ustawić zachowań sojuszników. Nie mówię tu o czymś w rodzaju Gambit System obecnym w Final Fantasy XII, ale zwykłym określeniu częstotliwości ataków (co by się choćby szybciej pasek ATB napełniał gdy nie kontrolujemy postaci), czy właśnie używaniu konkretnych czarów/ataków w danych sytuacjach. Tak jak miało to miejsce w serii Kingdom Hearts. Tam znów brakowało czasami opcji przejęcia kontroli nad takim Donaldem i skorzystanie z jego Curagi, co wielokrotnie uratowałoby tyłek. I nie musiałoby to oznaczać, że byłoby zbyt łatwo.

PRZECIEŻ ZROBIŁEM UNIK!!!!

Zdaję sobie sprawę, że dla większość z Was powyższe akapity brzmią jak czepianie się. Nie lubię jednak kiedy coś jest na mnie wymuszane. System ATB brzmi fajnie, w sumie w akcji też dobrze wypada. Liczę jednak na to, że zostanie nieco dopieszczony w kolejnych odsłonach, tak aby gracze mieli więcej swobody w wybraniu stylu rozgrywki. Bo to wymuszenie przełączania się pomiędzy postaciami to nic innego jak próba stworzenia systemu, który będzie po części przypominać ten klasyczny, kiedy każda postać dostawała swoją turę (przynajmniej w moim mniemaniu). Z drugiej jednak strony, Final Fantasy VII Remake na kilka pierwszych rzutów oka wygląda jak rasowa gra akcji z rozbudowanym systemem korzystania z czarów i umiejętności.

Jednocześnie mam też kilka zarzutów w stronę innych mechanik. Doskwiera to jak źle działają uniki, które w moim odczuciu przydatne były jedynie wtedy, kiedy byliśmy wystarczająco daleko od atakującego. Tylko wtedy zdawały się działać. Mogły się też przydać żeby szybko oddalić się od napastnika - przynajmniej w przypadku niektórych postaci. Okazywały się jednak bezużyteczne w najważniejszych momentach - wtedy kiedy chcieliśmy uniknąć choćby dewastującego ataku Rude'a podczas walki nieopodal domu Aerith. Nigdy nie udało mi się też uniknąć jego podążającego czaru, który usypiał postać. Jako osoba, która ukończyła całą serię Kingdom Hearts na najtrudniejszym poziomie, czy też nieobce jej są wyzwania ze strony takich gier jak Bayonetta, czy Devil May Cry, trochę to niedopuszczalne.

No ale to pewnie kwestia podejścia. Takie rzeczy bolą, jeśli do Final Fantasy VII Remake podchodzi się jak do typowej gry akcji. Nie wiem jednak jak inaczej można do niej podejść, skoro od pierwszych chwil zdaje się tak właśnie prezentować. Zmienia się to z czasem, kiedy trafiamy na bardziej zróżnicowanych i wymagających przeciwników. Jeszcze większe znaczenie podejście ma na poziomie Hard, kiedy granie tylko jedną postacią będzie bardziej kłopotliwe.

Mocny zarzut mam też do samego najtrudniejszego poziomu. Nie wiem dlaczego twórcy zdecydowali się na usunięcie możliwości korzystania z przedmiotów. Patrząc na to jak jest skonstruowany, wręcz niemożliwym byłoby przejście gry za pierwszym razem z takim ustawieniem. Dlatego, że również mana odnawiana jest wraz z końcem rozdziału. Skoro nie wiemy kiedy ten rozdział się kończy, to skąd możemy wiedzieć ile jeszcze many będzie nam potrzebne? Skończyłoby się na tym, że albo byśmy ochoczo sobie z czarów korzystali i byli na końcu nieprzyjemnie zaskoczeni podczas walki z wymagającym bossem, albo ciągle ją oszczędzali będąc zaskoczonym, że następnych walk już nie ma. Bezsensowne rozwiązanie. Tym bardziej, że odpoczywanie na ławkach również odnawia tylko HP. Tak jakby twórcy nie mieli pomysłu na utrudnienie gry. Koniec końców i tak szczególnie trudno nie jest, tym bardziej jeśli dobrze pamiętamy kolejne rozdziały i walki, jakie w nich występują.

"Tak? To sam zrób lepsze!"

Pozostaje jeszcze to wszystko podsumować. Final Fantasy VII Remake uważam za naprawdę świetną produkcję. Na pewno jest to jedna z najlepszych odsłon serii w ostatnich latach - licząc od części trzynastej, która w moim odczuciu też jakaś zła nie była. Sporo ponarzekałem, ale koniec końców stwierdzam, że wiele rzeczy po prostu świetnie tutaj gra. Zarówno fabularnie jak i w temacie rozgrywki. System walki ma swoje wady, mógłby być lepszy, bardziej dopracowany, ale i tak jest bardzo wciągający i dzięki temu starcia po prostu nie nudzą ani trochę. Doceniam to, że wymaga ciągłego skupienia i kombinowania, ale pewne rzeczy można było zrobić nieco lepiej. Na pewno jest to coś wyjątkowego i być może mój problem polega na tym, że za bardzo porównuję to do rzeczy, które po prostu znam. Rzeczy, w których podstawowe ciosy były czymś więcej, niż sposobem na zapełnienie paska pozwalającego użyć specjalnego ataku.

Rozgrywka jednak stoi na wysokim poziomie nawet jeśli pominąć system walki. Sporo tutaj rozwiązań, których na próżno szukać w oryginale - jak choćby korzystanie z linki z hakiem. Fajnie prezentowały się też sekwencje na motocyklu, ale znów nie do końca siadły mi mini-gry na siłowni. Stwierdzam jednak, że za mało tu zawartości. Wiem, że to 1/3 (prawdopodobnie) całości, ale dodatkowych zadań czy aktywności mogło być znacznie więcej. Przez to miałem wrażenie, że gram nie w pełnoprawne jRPG, a bardziej rozbudowaną grę akcji. Po prostu mi to nie pasuje do tej serii. Nie wspominając o tym, że dodatkowe zadania nie prezentują wygórowanej jakości - są bardzo generyczne i nie porywają zbytnio swoją treścią, a przecież zawsze jest tu potencjał na coś mniej konwencjonalnego.

Fabuła w ogólnym rozrachunku mnie zachwyciła, ale były mniej porywające momenty. Albo nawet żenujące. Choćby cały fragment z Corneo, który zachowywał się trochę jak postać z serii Yakuza - zgadzam się w tej kwestii z Rogerem. Nie do końca spodobała mi się też scena z tańcem na scenie, ale nie mogę jednocześnie udawać, że nie sprawiła iż chociaż raz uśmiechnąłem się pod nosem - walory komediowe jednak ma, ale niestety potrafi zażenować. Niemniej to pod tym względem jedna z najlepszych gier w ogóle - zarówno jeśli chodzi o reżyserię scenek, jak i same treści. Przypomniało mi to za co tak bardzo lubię tę serię, czy ogólnie wcześniejsze gry produkowane, czy nawet wydawane przez Squaresoft/Square Enix. Mam nadzieję, że sami sobie o tym przypomnieli podczas tworzenia nowej "siódemki".

Pozostaje jeszcze kwestia oprawy audiowizualnej. Grafika przez większość czasu prezentuje się bardzo dobrze, choć jeśli coś mnie zachwycało to przede wszystkim design poszczególnych lokacji. Niech będzie to chociażby dom Aerith, osiedle pracowników Shinry odwiedzane wieczorem, czy wspinaczka pod koniec gry. Rażą jednak niskiej jakości tekstury - najbardziej w oczy rzucają się pewne tła, albo... drzwi, wysunięte często na pierwszy plan. Modele głównych postaci to z kolei najwyższa półka. Tego samego nie można powiedzieć jednak o tych pobocznych, które są słabo wykonane i niestety też sklonowane.

Muzyka to istny majstersztyk. Nie sądziłem, że jeszcze doczekam się powrotu pana Uematsu - ale jest i on! Wrócił i swoje klasyki podał na nowo, ponownie pokazując jak się powinno tworzyć ścieżki dźwiękowe w grach. Choć nie jest tak, że całość stworzył sam. Wśród kompozytorów pojawili się inni, dlatego też słychać tu kilka różnych stylów - do tego stopnia, że muzyka brzmiała czasami podobnie do tej z choćby "trzynastki", za co ogromny plus. Zróżnicowanie zawsze w cenie. Było kilka kompozycji, dla których po prostu odłożyłem pada i oddałem się słuchaniu. Całe szczęście, że można sobie odsłuchać tych kompozycji na Spotify.

Koniec końców jestem rozdarty. Jedna z najlepszych gier w jakie grałem w ostatnich latach. Produkcja, która przypomniała mi za co lubię tę formę rozrywki. Choć "lubię" to za mało powiedziane - przynajmniej w tym przypadku. Nigdy nie byłem fanem "siódemki", ale doceniałem ją za wkład. Teraz jest on jeszcze bardziej namacalny, również dla tych, którzy nigdy nie mieli styczności z tym klasykiem. I tu nie chodzi tylko o świetną fabułę. Bo przecież pomiędzy kolejnymi scenkami ciągle się coś dzieje, cały czas coś nas zajmuje. Nie ma miejsca na nudę. Dlatego, że każdy element jest pieczołowicie opracowany. Zarówno scenariusz jak i rozgrywka. Każde tak samo angażujące. Szkoda jednak, że system walki ma te swoje braki i że zabrakło większej ilości dodatkowych atrakcji. Doskwiera też podział na odcinki, ale to też kwestia sporna. Gdyby nie to wszystko, stwierdziłbym, że to gra wręcz idealna. Na pewno jednak bardziej podoba mi się od oryginału.

Tagi: Final Fantasy VII Remake Square Enix