Kod i krzem #7 - Zanim klikniesz "Play". Krótki tekst o magii pudełek.
Początek grudnia 2000 roku. Wracam właśnie z placówki Poczty Polskiej, trzymając w rękach średniej wielkości pudełko. Nadawcą jest CD Projekt - firma, która w tamtym okresie stała się w Polsce synonimem jakości, dbając nie tylko o dystrybucję, ale przede wszystkim o genialne lokalizacje największych hitów. Choć do domu miałem blisko, a zima mocno dawała się w kość, niecierpliwość i ciekawość wzięły górę. Usiadłem na ławce w parku, przez który wracałem do domu i zacząłem otwierać paczkę.
Wiedziałem, co jest w środku. I choć moja przygoda z grami wideo trwała już wtedy ponad dekadę, po raz pierwszy mogłem sobie pozwolić na zakup oryginalnej, nowej gry.
Z wielu powodów nie był to zwykły tytuł. Po pierwsze - gatunek. RPG był dla mnie wówczas numerem jeden. Po drugie - dubbing. Głosów postaciom użyczyła topka polskiego kina: Gabriela Kownacka, Jan Kobuszewski, Marek Perepeczko, Krzysztof Kolberger, Wiktor Zborowski czy... Piotr Fronczewski;)
Po trzecie wreszcie - zawartość samego pudełka. Dzisiaj taki zestaw zostałby okrzyknięty mianem "kolekcjonerki”. Wtedy edycje standardowe gier wyglądały w ten sposób bardzo często. Oprócz pięciu płyt z grą, z których każda miała oddzielne etui, w środku znajdowała się płyta z muzyką, materiały bonusowe, oraz instrukcja. Liczyła ona, uwaga, równe dwieście stron. A i oczywiście mapa. Pięknie zilustrowana kraina Amn. Tak, tą grą było Baldur’s Gate II.
Nie piszę tego, by reklamować dzisiejsze kolekcjonerki (sam ich nie kupuję) ani by na siłę nawracać fanów cyfrowej dystrybucji na wersje pudełkowe. Każdy ma swoje preferencje. Chciałbym jednak przedstawić mój punkt widzenia. Ten wspomniany grudniowy dzień pokazuje idealnie, dlaczego uważam, że “cyfra” zabija pewien magiczny rytuał.
Dla mnie przygoda z grą nie zaczyna się w momencie kliknięcia „Kup teraz” na Steamie czy w PS Store. Nie zaczyna się nawet wtedy, gdy na padzie naciskam przycisk „Start”. Ona bierze swój początek dokładnie tak, jak w przypadku tamtego Baldursa - w czasie podróży z grą do domu. Zaczyna się, gdy otwierasz pudełko i czujesz charakterystyczny zapach świeżego tuszu drukarskiego. Twoja wyobraźnia rusza w podróż już w momencie, gdy po raz pierwszy studiujesz mapę lub przeglądasz strony instrukcji. To unikalny rytuał przejścia między rzeczywistością a światem wirtualnym, którego dzisiejsza cyfrowa dystrybucja nie jest w stanie w żaden sposób odtworzyć.
Papier zamiast RAMu
Skoro już o instrukcjach mowa, o ile pełniły one funkcje kolekcjonerskice, czy też aby wzbogacić zawartość pudełka, nie było to jedyne ich przeznaczenie. Z racji małej ilości pamięci RAM (PSX to tylko 2 MB), często próba wyświetlenia mapy w grze wiązała się z drastycznym spadkiem wydajności lub po prostu długim doczytywaniem z płyty. Producenci gier dawali nam mapy na papierze nie tylko dla klimatu - robili to, by oszczędzać zasoby konsoli czy komputera. Papier był swego rodzaju zewnętrzną pamięcią.
Kolejna kwestia to tutoriale w grach, które często bywają męczące, przerywają rozgrywkę aby wyświetlić napis z poradą. Kiedyś tę rolę pełniły instrukcje, ale robiły to z klasą. Były takimi małymi dziełami sztuki. Szkice koncepcyjne, opisy bestiariusza czy wprowadzenia do fabuły, którego nie dało się upchnąć na małej pojemności nośnika.
Ciekawostką jest fakt, że swego czasu instrukcje służyły również jako pewien rodzaj zabezpieczeń. Do tej pory pamiętam gry które w pewnym momencie prosiły o wpisanie piątego słowa z szóstej linijki na stronie piętnastej. Takiego zabezpieczenia złamać kodem się nie dało, a i dodawało to również swego rodzaju uroku.

(zdjęcie pochodzi z internetu)
Problem powszechnie znany...
... czyli prawo własności. Temat regularnie opisywany i jest on z całą pewnością jedym z największych minusów cyfrowych wersji gier. Gra w takiej formie niestety nie jest Twoją własnością. Wypożyczasz ją na tak długo, jak platforma na której ją aktywowałeś zdecyduje się utrzymywać serwery lub po prostu nie stwierdzi że złamałeś regulamin i zablokuje dostęp do całego konta. Niestety wersje pudełkowe gier na PC to też już na ogół wersje cyfrowe, które przypisujemy do danej platformy. Tutaj o wiele bardziej doceniam pudełka z grami na konsole które to nadal są Twoją własnością. Fizyczna kopia gry to nie tylko prawo do posiadania ale również do dzielenia się, wymieniania na gry i niestety "Family sharing" tego nie zastapi.
Czy to wróci?
Zdaje sobie sprawę że wersje elektroniczne gier na wiele sposobów są wygodne. Kogo z nas nie naszło na kupienie jakiegoś tytułu o 2 w nocy. Kilka kliknięć i gotowe. Niestety wraz z każdym krokiem w stronę cyfryzacji, tracimy cząstkę tej magii która towarzyszy wersjom w pudełkach. Straciliśmy ten moment celebracji, dziś gra po prostu pojawia się na dysku gdy często w tle robimy coś innego zamiast czytac opis na okładce który potęgował chęć zagrania. Chciałoby się powiedzieć - a gdzie gra wstępna? Producenci konsol próbują nam stworzyć namiastkę tej magii poprzez dynamiczne motywy w menu, ikony gracza i inne tego typu zabiegi. Niestety takie rozwiązania to jak wspomniałem tylko namiastka. Kto wie, może kiedyś znów zatęknimy za tymi grubymi instrukcjami, czy fizycznym kontaktem z pudełkami zawierającymi coś więcej niż kod do pobrania gry, i wrócą one tak jak wracają płyty winylowe z muzyką.