Blog użytkownika K3iya

K3iya K3iya 20.02.2020, 16:09
Recenzja Dooma z 1993 z perspektywy współczesnego gracza
836V

Recenzja Dooma z 1993 z perspektywy współczesnego gracza

OK, powiedzmy to sobie na starcie - Doom dalej jest dobry.

W tym momencie przygotujcie widły i pochodnie, ponieważ przy kolejnym zdaniu prawdopodobnie będziecie chcieli mnie ukrzyżować. Niedługo skończę 22 lata, a dopiero w styczniu tego roku pierwszy raz zapoznałem się z oryginalnym Doomem (a w zasadzie to tylko z pierwszym epizodem, bo niestety wersja z polskiej platformy uznała, że konfiguracje są dla roszczeniowych millenialsów, więc nie działa).

Skąd w ogóle wziął się pomysł na recenzowanie gry, która ma 27 lat? A no stąd, że chwilowo używam "zapasowego" komputera, który na odpalanie nowych gier nie pozwala specjalnie. Po tym jak pograłem w ładnego i oskryptowanego CoD: AW u znajomego naszła mnie ochota na FPS-a, a tu akurat promka na Dooma była, więc pomyślałem "Czemu nie? Chce sobie po prostu postrzelać". I nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego jak dobra decyzja to była. Doom dał mi wszystko czego w tym momencie potrzebowałem. Bezsensowna przemoc? Jest. Masa wrogów? Jest. Satysfakcja ze strzelania? Ta gra mi właśnie przypomniała jak wiele frajdy daje strzelanie do nieistniejących przeciwników (chociaż w tym wypadku bardziej trafnym określeniem byłoby - kreatur). 

Jak w zasadzie zaczyna się gra? A no po prostu jesteś rzucony w świat i radź sobie sam. To na początku mnie trochę zniechęciło, ale postanowiłem odpalić ten mityczny manual, z którego kipiało testosteronem. Więc wstęp w instrukcji mniej więcej nakreślił mi fabułę, ale dalej nie specjalnie wiedziałem co robić. Więc plątałem się po mapie w poszukiwaniu sensu życia i natrafiłem na pierwsze potwory. Zacząłem brnąć w to dalej i dalej, i dalej... Reszty się możecie domyślić. Po nauczeniu się mechanik gry i tego jak w zasadzie działa cały świat (w Wolfa 3D chwile pograłem, ale znudził mnie szybko, więc z tym silnikiem gry nie byłem za pan brat), gra postanowiła mnie uraczyć tym co jest najlepsze - rozwałką. I to gra robi dalej dobrze. Biegasz, strzelasz, powtarzasz. I to po prostu działa (tak, w tym tekście będzie wiele zachwytów nad tym elementem). W tej grze nie zastanawiasz się nad niczym (poza labiryntami, ale do tego przejdziemy za chwilę). Brzmi monotonnie, prawda? Ale odpalcie Dooma to zrozumiecie, że jest zupełnie inaczej. Schemat gry jest prosty - coś się rusza, to strzelasz w to, potem zastanawiasz się co to w zasadzie było. 

Skoro zacząłem o strzelaniu to skończmy - powiedziało się B, to trzeba powiedzieć FG9000. Noszenie 6 (lub siedmiu jeżeli liczymy walkę wręcz) broni jednocześnie i szybkie przełączanie się miedzy nimi to obecnie rzadkość w shooterach. Sporą wadą dla mnie było przyzwyczajenie się, że bronie zaczynają się od dwójki. Jak przebolejemy na początku pistolet to gra szybko nam wynagrodzi ten "trud" i da nam strzelbę (boże jakby strzelby działały tak we wszystkich grach, to byłaby to moja ulubiona broń) i chain guna, czyli znanego i lubianego mini guna. Mało? Za chwile dostaniemy jeszcze do dyspozycji działo rakietowe, plazmowe i sławny nawet dla tych co nigdy z serią nie mieli do czynienia BFG9000 (pamiętajcie - w tych czasach im większa cyfra tym lepiej). I w zasadzie każda z broni daje satysfakcję. Bieganie ze strzelbą, żeby szybko wybić zombie i szybka zmiana na chainguna, żeby władować serie w bardziej wytrzymałego przeciwnika? Nie ma żadnego problemu - cytując film Space Balls "Keep firing as*holes!". I to działa. Strzelanie daje więcej frajdy niż w Serious Samie (nie musisz celować w pionie). Prostota całego systemu niszczenia piekieł daje frajdę, z rozgrywki, że nie myśli się o reszcie.

Wspomniałem o piekle, bo to jest główny trzon fabuły. Bardzo mi się podoba, że fabularnie nie jesteśmy kolejnym chłystkiem, który finalnie zabija wszystkich złych tylko jesteśmy marines z kompanii karnej. Dla fanów kultury retro bohater jest ideałem. Serio nasza postać jest tak super, że zaatakowała złego dowódce, który chciał strzelać do biednych cywili. Następnie trafiasz ze zwłokami dowódcy na Pearl Harbor, ale zamiast zwalczać Japończyków to trafiasz na Marsa (w tym uniwersum zamiast walki z plastikowymi słomkami, ludzkość kolonizuje Marsa) jako członek super jednostki ochraniającej mega ważny projekt. Oczywiście coś nie wypaliło i jesteśmy jedynym ocalałym, który morduje wszystkie bestie piekieł bez problemu. Brzmi kiczowato, propagandowo, ale tak właśnie ma być. Pod koniec każdego epizodu dostajemy ścianę tekstu, która również nadaje charakteru bohaterowi. Oczywiście te ściany tekstu pokazują jakim kozakiem jest nasz Space Marine (serio, przeczytajcie text screeny w Google jak nie chce się wam grać). 

Dobra, ale dość zachwytów, trzeba też powiedzieć co nie działa (w tym momencie zagorzali fani Dooma rozpalają dla mnie stos). Współcześnie te labirynty bardzo kuleją. Większość czasu niestety spędziłem na szukaniu kluczy, a potem na szukaniu bram, które te klucze otwierają. W trzecim epizodzie zakończeń poziomu itd. Niestety, ale gra w żaden sposób nawet nie stara się naprowadzić na zakończenie poziomu (w trzecim epizodzie to jest bardzo bolesne). Teraz jest dostęp do internetu, więc znalazłem bez problemowo wyjścia i całą resztę, ale to daje się w znaki dosyć mocno.

Skoro zacząłem narzekanie to przejdę do grafiki (kolejny moment, w którym zagorzali wyznawcy Dooma i wszystkich starych gier chcą mnie linczować bo jak to tak oceniać grafikę po 27-miu latach). Nie będę tutaj mówił o assetach czy pixelozie, bo to się mija z celem. Omówię ciemne części gry. I te części są dosłownie ciemne, bo absolutnie nic nie widać w tych sekwencjach. Jeżeli dodamy do tego zjawy (takie niby niewidzialne potworki), to absolutnie gra leży w tej części. Były momenty, że nieznanych dlaczego traciłem życie, bo w tym ciemnym miejscu było parę potworów i w zasadzie dopóki nie stałem z nimi dosłownie twarzą w twarz to ich nie widziałem. I to w zasadzie jeden poważny minus tej gry. 

Trochę się rozpisałem, więc jak dotrwaliście do tego momentu to czeka was nagroda (lub kara, to już pozostawiam waszej ocenie i zachęcam do komentarzy) w postaci finalnej opinii. Jak współczesny gracz odbiera Dooma? Szczerze mówiąc to nie żałuję wydanych pieniędzy. Gra daje mega satysfakcję ze strzelania (tak moja kochana strzelbo, o tobie teraz mówię), wciąż jest dynamiczna i po prostu chce się w to grać. Sama gra jest wg twórców przewidziana chyba na max godzinę (po każdym poziomie mamy pokazane statystyki i prognozowany czas ukończenia, a przynajmniej ja to tak zrozumiałem), ale zajmuje znacznie dłużej. Jeżeli ktoś chce ukończyć Dooma na 100% to trzeba się uzbroić w cierpliwość, bo poza strzelaniem trzeba się jeszcze połapać w mapie (niby jest minimapa do zebrania, ale to jest tylko zarys planszy, z którego nie wyczytacie przejść i kluczy). I to by było w zasadzie na tyle. Jeżeli chcecie po prostu postrzelać, a dodatkowo nasiąknąć testosteronem, którym szczątkowa fabuła nas zalewa to jest to idealna pozycja (nie lubie oceniać gier w skali).

PS Ktoś pewnie zapyta o fanowski remaster - ZDoom. 

Tagi: fps recenzje gier retro

Werdykt
Recenzja Dooma z 1993 z perspektywy współczesnego gracza
Grałem na: PC
  • + Rozwałka, która daje fun
  • + Klimat
  • + Dynamika
  • + 7 satysfakcjonujących broni
  • - Skomplikowane labirynty
  • - "Ciemne" miejsca
8.0
K3iya
K3iya Gra daje rade współcześnie i bawi. Pare elementów kuleje, ale to raczej ze względu na ówczesne ograniczenia. Tytuł warty odświeżenia lub zapoznania się z nim, pomimo prawie trzydziestki na karku.
Oceń notkę
+ +28 -

Oceń profil
+ +5 -
K3iya
Ranking: 7464 Poziom: 18
PD: 1079
REPUTACJA: 212