Blog użytkownika Kraszu

Kraszu Kraszu 04.05.2018, 12:25
Gry mojego życia… Sheep, Dog 'n Wolf [PS1]
179V

Gry mojego życia… Sheep, Dog 'n Wolf [PS1]

Był taki czas, kiedy PS2 dzieliło i rządziło na rynku. Wszyscy już mieli, albo chcieli mieć ten sprzęt. Jednym z tych pożądających czarnuli był mój młodszy kumpel, który jak to uczeń, groszem wówczas nie śmierdział. Aby zarobić na nową konsolę postanowił sprzedać poczciwego szaraka.

Dzień, w którym ten kumpel dziwnym trafem trafił do mojego mieszkania w celach handlowych z szarakiem i dosłownie reklamówką „kopii zapasowych” uważam za początek mojej kariery gracza. Za konsolę gotową do akcji zapłaciłem coś około 100 zł. Ze wspomnianej wyżej reklamówki wybrałem kilka gier na czuja, bowiem nie miałem jeszcze wówczas wyrobionego gustu i po prostu byłem żółtodziobem w światku konsolowego grania. Bardziej zapewne sugerowałem się stanem płyt. Doprawdy zdumiewające jest to, jak bardzo ludzie potrafią płyt nie szanować. Dyski mojego kumpla prawdopodobnie kwasem polewano i papierem ściernym traktowano. Po co płytki kwasem i papierem atakować? Nie wiem, nie pytajcie, ale niektórzy tak mają. Kumpel był rasowym rekinem biznesu. Stawka za gry? 1 zł za płytkę. To były czasy… Łezka się w oku kręci. Stare wygi pamiętają.

Od pierwszego wejrzenia zakochałem się w Crash Bandicoot 2: Cortex Strikes Back. Następnie miałem do czynienia z wojennym shooterem wszech czasów, czyli Medal of Honor: Underground. Ja jednak dziś nie o tym...

Płytka z nic nie mówiącym mi Sheep, Dog 'n Wolf przeleżała sobie grzecznie jakiś czas. Któregoś pięknego dnia w końcu nośnik zakręcił się w napędzie i … zonk. Co to za durna gra myślę sobie? WTF? O co tu w ogóle chodzi? Problem prawdopodobnie polegał na tym, że tytuł ten zawierał rozwinięty wstęp do rozgrywki właściwej. Z powodu tego wstępu nie byłem w stanie zrozumieć celu gry. Tytuł po paru minutach ponownie wylądował w pudle, tudzież szufladzie. Któregoś jednak razu wpadł do mnie inny, bardziej wówczas doświadczony przyjaciel szaraka, który wypatrzył w mojej „kolekcji”  Sheep, Dog 'n Wolf. Pamiętam, że wspomniał wówczas, że to śmieszna i trudna gra. Zainteresowało mnie to stwierdzenie bowiem wyzwań nigdy się nie bałem. Ten dobry człowiek pokazał mi jak przejść samouczek i pierwszą planszę – chwała ci za to Dżes. To były czasy, w których o Internecie w domu mogłem jedynie pomarzyć.

Gra Sheep, Dog 'n Wolf bardzo szybko stała się moją ulubioną. Grałem w to tak namiętnie … że strach. W tym momencie tytuł ten uważam za najlepszą skradankę z jaką miałem w życiu do czynienia. Nie gańcie mnie w tym miejscu za błędną klasyfikację gatunkową. To produkcja w zasadzie logiczna, ale dla mnie to przede wszystkim skradanka i basta. Gra osadzona jest w uniwersum Looney Tunes i wykorzystuje znane postaci tej marki.

Gameplay generalnie polega na tym, że trzeba wykraść owieczkę ze stada pilnowanego przez psa pasterskiego, który jest czujnym osiłkiem przykładającym się do swojej pracy. Jeżeli masz przed sobą osiłka, który dosłownie może cię wyrzucić w powietrze prawym podbródkowym, to co robisz? Warto w takiej sytuacji wykorzystać siłę umysłu i mięśniaka po prostu przechytrzyć. W tym momencie graczowi zostaje oddany do dyspozycji sprytny kojot, którego zadaniem jest wykiwanie czujnego psa. Zdobycie owcy to dopiero połowa sukcesu. Druga część zabawy polega na dostarczeniu wełniaka do wyznaczonego obszaru, co zazwyczaj wiąże się z potężnym główkowaniem. 

Ta gra to dla mnie bezdyskusyjne 10/10 mimo, że na pierwszy rzut oka jest to kreskówka dla dzieci. Pozory jednak mylą. Cicha woda brzegi rwie, czy jakoś tak. Produkcja zawiera kilkanaście genialnie zaprojektowanych plansz do przejścia, nad którymi solidnie głowić będą się nawet dorośli. Tytuł pochwalić się może kolorową, w pełni trójwymiarową grafiką i naprawdę solidną mechaniką rozgrywki. Soundtrack jest idealnie wkomponowany w wydarzenia na ekranie i autentycznie umila przemierzanie kolejnych leveli. Tego się słucha z niebywałą przyjemnością.

Największą zaletą Sheep, Dog 'n Wolf jest jednak pomysłowość i pokłady kapitalnego humoru sytuacyjnego. Dobrze Wam radzę – przejdźcie kiedyś tę grę. Zróbcie to na telefonie, PC, PSP czy co tam macie pod ręką. Jak już przejdziecie to będziecie mi dziękować. Zainteresowanym podam adres. Johnnie Walker’a wysyłkowo chętnie przyjmę.

Do dziś jestem pod wrażeniem kreatywności, którą wykazali się twórcy przy projektowaniu plansz i sposobów na pokonywanie kolejnych sekwencji. Poczynania kojota w terenie to uczta dla oka. Patrzeć jak ten cwaniak kombinuje, jak chowa się za kamieniami, jak wykorzystuje wspaniałe gadżety – bezcenne.

Oprócz podstawowego celu rozgrywki, można się tutaj jeszcze zabawić w poszukiwanie ukrytych zegarów. Te są czasami naprawdę mocno pokitrane i konia z rzędem dla tego, który znajdzie wszystkie bez pomocy solucji. Zegarki warto jednak zbierać bowiem dzięki nim można w stacji bonusów odblokować dwie dodatkowe plansze, co dla każdego gracza zakochanego w niniejszej produkcji, jest najlepszą możliwą nagrodą.

Ciekawy jestem, czy szanowna społeczność PPE pamięta jeszcze GRAND THEFT … SHEEPS?

Tagi:

Oceń notkę
+ +14 -

Oceń profil
+ +26 -
Kraszu
Ranking: 1481 Poziom: 38
PD: 7879
REPUTACJA: 954