Blog użytkownika MSaint

MSaint MSaint 01.01.2018, 00:03
Kolejne ciekawe podsumowanie roku 2017
1035V

Kolejne ciekawe podsumowanie roku 2017

2017 był dla mnie, jeśli chodzi o życie zawodowe, rokiem bez cienia wątpliwości najgorszym, natomiast jeśli chodzi o granie, był jednym z najlepszych od lat. Ta przedziwna dychotomia prowadzi mnie do jedynego słusznego wniosku: nie robić nic poza graniem.

 

 

Final Fantasy IX (PlayStation, 73 godziny)

 

Postanowiłem sobie przypomnieć tę grę, którą ostatnio przechodziłem jakieś 12 lat temu, bo mało co byłem sobie w stanie przywołać, poza kilkoma scenami. Jak się okazało, nie bez powodu – bo gra wydała mi się miejscami potwornie nudna i rozciągnięta, z Fossil Roo na czele. Swoje poczynania nagrywałem i umieszczałem na moim kanale YT, gdzie przy okazji coś tam o grze mówię – FFIX to chyba pierwszy raz, gdzie przemierzałem lokacje (Fossil Roo, droga do Oelivert i jeszcze parę okazji) i zaczynałem nawijać o zupełnie innych grach. FFIX odpalane na pierwszym PlayStation to przy okazji była mordęga jeśli chodzi o walki – już samo 18 sekund do jej rozpoczęcia potrafi się złożyć w pokaźne rozciągnięcie czasu, a głupie rzucenie potionu musi się chwilę doczytać, a co dopiero czary czy summony. Kolejkowanie czynności w systemie ATB jest tam zrąbane, w związku z czym haste ma sens jedynie w kontekście regen. Fabuła... dość się o niej nagadałem podczas samych nagrań. No właśnie – faktyczny czas przejścia to jakaś połowa tego, co podałem, bo najpierw przechodziłem fragment, a potem nagrywałem go – efektem czego wyszło aż tyle godzin. No i na finałowego bossa musiałem się trochę dozbroić, bo kosił mnie niemiłosiernie, ale auto-haste i auto-regen wydatnie pomogły. Generalnie uważam czas spędzony przy tej grze za raczej zmarnowany i nie zamierzam do niej wracać w przewidywalnej przyszłości.

 

 

Nier: Automata (Steam, 79 godzin)

 

Grę kupiłem na PC w pudle, za co zabuliłem sporo. Zainstalowałem, odpaliłem, pograłem chwilę i spoko, tylko o co chodzi? Bo spodziewałem się czegoś w rodzaju Bayonetty z rozbudowaną fabułą, a to do slashera za pierona niepodobne. Do gry wróciłem później i oprócz prologu niespecjalnie mnie do siebie przekonywała, bo byłem beznadziejnie zagubiony w fabule, która wydała mi się nad wyraz durna i niedorobiona. W końcu olałem robienie sidequestów i grałem tylko po to, by dotrzeć do zakończenia A i dać sobie spokój, bo nie chciało mi się grać więcej. Zakończenie A było na tyle dobre, że jednak zacząłem drugie przejście, które ukazywało znane już wydarzenia z nieco innej już perspektywy, a potem wydarzyła się ścieżka C, która zmiotła moje oczekiwania z siłą huraganu. Zresztą co ja się będę produkował; napisałem o grze długiego bloga, do przeczytania którego zapraszam. Dodam jeszcze, że wbiłem w tej grze 100% achievementów i unit data, z czego to ostatnie zajęło ładnych parę godzin, szczególnie przy łowieniu ryb, gdzie dany gatunek nie chciał się dać złapać przez parę godzin czasu rzeczywistego, ale random dropy w Nierach są chyba celowo ustawione, by wnerwić tych, co chcą mieć 100%. Po ukończeniu Nier: Automata dość szybko się zabrałem za Drakengard, o którym pisałem wcześniej.

 

 

NieR (Xbox 360, 93 godziny)

 

Choć na tym etapie miałem już za sobą Drakengard i Nier: Automata, to NieR wydał mi się grą przedziwną, na szczęście w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Gra ma lokacje mniejsze niż wydana kilkanaście lat wcześniej The Legend of Zelda: Ocarina of Time, system walki nie jest specjalnie rozbudowany, a sidequesty są tylko dla tych wytrwałych (na szczęście do przejścia gry nie trzeba robić prawie żadnego). Natomiast postacie, fabuła i ten niesamowity finał gry to są rzeczy, które po prostu się pamięta. Nie chcę spoilować i wchodzić w zawiłości fabularne, więc zamiast tego opiszę, czego w grze udało mi się dokonać. Najpierw przeszedłem ignorując sidequesty i tak dalej i uzyskałem wszystkie zakończenia. Potem zacząłem od nowa, tym razem z zamiarem wbicia 100% tak jak wcześniej w Nier: Automata i Drakengard. Wszystkie achievementy, wszystkie sidequesty i – co okazało się najbardziej czasochłonne – wszystkie Words. Words to takie ulepszenia magii czy odporności, które wypadają z wrogów. Jest ich w grze łącznie 120 i tak, niektóre z nich są do permanentnego ominięcia. Większość Words wypada losowo z określonych przeciwników w określonych lokacjach i jak wspomniałem wcześniej przy okazji Nier: Automata random drop niektórych jest po prostu chory: jedno Word zajęło bite trzy godziny prób, by w końcu wydropiło (z Shade Mage koło mostu do Junk Heap), a i tak miałem szczęście, bo ludzie na Gamefaqs pisali, że zajęło im to od pięciu do ośmiu godzin prób. Zresztą achievementy też tak łatwo nie wpadały, bo albo trzeba było wyhodować White Moonflower, przy którym nie korzystałem ze sztuczki z przekręcaniem czasu na konsoli (posadzone rośliny wymagają co najmniej doby czasu rzeczywistego, by coś wyrosło, a kwiatki to dwie doby), albo wymaksować wszystkie bronie – tych na szczęście jest dwa razy mniej niż w Drakengard i zamiast killi wymagają materiałów, ale te też bywają uciążliwie do zdobycia i w przypadku co najmniej jednego podejrzewam, że drop jest powiązany z czasem ustawionym na konsoli (Eagle Eggs w Aerie). No ale nic – udało się, 100% wbite, pierwszy (i możliwe, że ostatni) komplet 1000 punktów na X360 wpadł, a samą grę będę chciał przedstawić na swoim kanale YT i może też na blogu.

 

 

The Legend of Zelda: Breath of the Wild (Wii U, 198 godzin)

 

Przeglądając dni urlopu, które wziąłem w tym roku, jako pierwsze wyskakuje pół dnia trzeciego marca. Wtedy to przyszła przesyłka z dawien dawna wyczekiwaną grą, która była dla mnie jednym z głównych argumentów za kupnem Wii U (heh): najnowsza odsłona serii, którą darzę niemal religijnym uwielbieniem. Po raz pierwszy od Ocarina of Time z 1998 roku Nintendo tak drastycznie przemodelowało grę, konstruując standard praktycznie od nowa. O swoich pierwszych wrażeniach napisałem długawego bloga, ale tam historia się nie kończy, bo wbiłem w tej grze 100%: wykonałem wszystkie sidequesty, odkryłem 100% mapy (czyli przeszedłem wszystkie shrine'y i znalazłem wszystkie 900 Koroków), wymaksowałem wszystkie stroje, zdobyłem te uprzęże dla konia... W długi majowy weekend ukończyłem grę, grając już jak totalny menel – nie wstałem od gry przez kilkanaście godzin, co nie zdarzyło mi się od bardzo, bardzo dawna i nawet nie sądziłem, że kiedykolwiek jeszcze mi się przydarzy. BotW spełniło moje zeldowe marzenia – przemierzania terenów, w których można się zgubić, gdzie na każdym kroku czeka jakiś sekret do odkrycia i gdzie faktycznie trzeba samodzielnie czegoś poszukać i trochę się nagłowić, a nie być prowadzonym przez strzałkę na pół ekranu czy inną wielką sowę, gdzie każdy ważniejszy szczegół jest pisany pogrubioną i kolorową czcionką. Fabuła jest kompletnie opcjonalna i składasz ją sobie sam: szukając wspomnień z Zeldą, która chyba po raz pierwszy jest tak dokładnie przedstawiona, i odkopując tragiczną przeszłość Czempionów, których duchy pomagają ci w aktualnej wędrówce i którzy obserwują, że jednak mimo wszystko jest nadzieja i ich ofiara nie poszła na marne.

A może w ten sposób: niektórych to może oburzy i nie będą chcieli zrozumieć, ale przytoczę taki oto przykład. Parę lat temu wyjechałem na swoje pierwsze w życiu wakacje, bo wcześniej nie było mnie stać. Jak to zazwyczaj robi przeciętny januszowaty Polak, wybrałem się na małą chorwacką wyspę, w lokalnym biurze turystycznym dali mi mapę i z tą mapą sobie po tej wyspie wędrowałem, albo wsiadłem w autobus, pojechałem gdzieś i zwiedzałem starówkę miasta, albo popłynąłem statkiem na wycieczkę do parku naturalnego z przepięknymi wodospadami. Były to na tyle przyjemne doznania, że często mi się przypominają niczym flashbacki z LOST, szczególnie gdy wykonuję jakąś monotonną pracę. O dziwo ze zwiedzaniem świata BotW jest podobnie: przypominam sobie wejście na najwyższą górę w ośnieżonym regionie, odkrycie ołtarza bogini w dżungli po ostrej przeprawie ze strzelającymi elektrycznością jaszczurami, dotarcie do nadmorskiej wioski, znajdowanie gigantycznych szkieletów, przemierzanie pustyni i wiele, wiele innych.

Nowa Zelda przywróciła mi nadzieję, że gry są jeszcze w stanie mnie olśnić tak samo, jak to miało miejsce kilkanaście lat temu, gdy byłem nastolatkiem i wszystko wydawało się nowe i fascynujące. Teraz zdarza się to raz na kilkanaście lat, ale jednak warto czekać, jak się okazuje. A jeszcze nawet nie ruszyłem zawartości z DLC: dodatkowego labiryntu, który wydaje się bazować na jednym z najlepszych konceptów gry, czyli Eventide Island, oraz fabularnego DLC, tak więc jeszcze będę miał szansę wrócić do tego świata, choć obawiam się, że znowu mnie wchłonie bez reszty, tak jak przez bite dwa miesiące w pierwszej połowie tego roku...

 

 

Dota 2 (Steam, 299 godzin)

 

Po ponad pięciu latach i dwóch tysiącach godzin grania nawet najlepsza gra ma prawo się znudzić. Jednak z Dota 2 jest taki myk, że ciągle coś się zmienia i ustalone sposoby grania często trzeba modyfikować albo kompletnie zmieniać. Pod koniec ubiegłego roku zadebiutowała wersja 7.00, dodając drzewka talentów – kompletnie nowe umiejętności, gdzie co parę leveli musisz wybrać jedną z dwóch dostępnych. Doszły od tego czasu w sumie trzy nowe postacie: Monkey King, który na początku gry był tak kiepsko zbalansowany, że siał ostry terror. Parę miesięcy temu dodano kolejne dwie, z których Pangolin terroru, delikatnie mówiąc, nie siał, bo jego winrate był bardzo kiepski, natomiast Dark Willow gra się całkiem przyjemnie. A skoro mowa o kiepskich winrate'ach, to mi w końcu udało się po chyba dwóch latach zdobyć 20 zwycięstw grając Arc Wardenem, co zajęło 63 gry, efektywnie dając winrate 31,75%. Mój quest nabicia dwudziestu zwycięstw każdą postacią zajmie jeszcze jakieś 14 lat, a może i więcej – bo z obecnością współgraczy (Bethezer, ImpulseM, Princess Nue, Rankin) jakoś ostatnio jest tak sobie, szczególnie Rankin wykruszył się chyba permanentnie. Gdy jest zaledwie trzech z wymaganych pięciu, to gramy tryb Turbo Dota, gdzie złoto i exp nabijają się szybciej, a wieże są dużo słabsze, w związku z czym mecze rzadko trwają dłużej, niż pół godziny, ale za to ewentualne wygrane nie zaliczają się do postępu wspomnianych dwudziestu zwycięstw. A skoro mowa o długości trwania meczu, to również w tym roku przytrafiła nam się rekordowo długa gra, trwająca ponad dwie godziny. Co lepsze, udało nam się ją wygrać, mimo przewagi wroga przez większość czasu trwania gry. Co jeszcze lepsze, ta dwugodzinna przegrana będzie graczom z drużyny przeciwnej jeszcze długo wisieć w tabeli rekordów, a jak na razie jest tam już cztery miesiące (sprawdzałem), co tylko dodaje satysfakcji z tej wyjątkowej rozgrywki i stanowi o sile Dota 2 – że nawet po pięciu latach może się zdarzyć coś ciekawego i bardzo emocjonującego.

 

 

I to tyle jeśli chodzi o mój rok grania. Z wpisami blogowymi było wyraźnie gorzej, ale z dwóch jestem zadowolony: ten o Goldeneye 007 (choć nie doczekał się wrzucenia na główną, o co przez pewien czas miałem podręcznikowy przykład tzw. bólu dupy, że się do tej małostkowości przyznam - na szczęście kolega Ciwas uratował sytuację swoim komentarzem) i o Nier: Automata. Plany na rok 2018 też mam konkretne: przede wszystkim chcę wrócić do dwóch gier na Nintendo 64, gdzie nie zdobyłem paru rzeczy i męczy mnie to już prawie 20 lat. Będąc bardziej konkretnym chcę zaliczyć ostatnią misję lotnią w Pilotwings 64 na maksimum punktów (jedyna misja, gdzie tego nie zrobiłem) i zdobyć brakujące cheaty w Perfect Dark (a to wymaga przechodzenia określonych poziomów na określonym poziomie trudności). W kolejce czeka też Xenoblade Chronicles 2 na Switcha – przeszedłem XB1 i XCX, to dlaczego nie miałbym spróbować najnowszej odsłony spod tego szyldu. Na swoim kanale YT chcę pokazać Drakengard i Nier, a może i Drakengard 3, jeśli finanse pozwolą na zakup PS3. Chciałbym też przejść Wiedźmina 3 i najnowszego Dooma, ale czy cokolwiek z tych planów wyjdzie to nie mam pojęcia.

 

Łączna ilość godzin spędzonych na graniu: 1089 (oczywiście należy dodać tak z 10 na pomniejsze pozycje)

 

Ilość gier, które ukończyłem: 18

 

Gra roku: The Legend of Zelda: Breath of the Wild

 

Rozczarowanie roku: Final Fantasy IX

 

Pozytywne zaskoczenie roku: Nier: Automata

 

Konsola roku: Steam ( ͡° ͜ʖ ͡°)

 

Cytat roku: "Stop? Stop? You want me to stop? You think I have the luxury to stop? (...) NO ONE STOPS! IT'S WAY TOO LATE TO STOP AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAHHHHHHHHHHH"

 

Utwór muzyczny którego słuchałem od początku do końca z otwartą gębą, niezdolny do żadnego ruchu bądź myśli roku: KLIK (uwaga, to trochę spoiler)

 

Najlepszy pojedynczy moment grania roku: scena, gdy następuje ten fragment muzyczki (uwaga, według mnie istotny spoiler)

 

Najbardziej comfy gra roku: Trails in the Sky: First Chapter

 

Najbardziej disturbing gra roku: Drakengard

 

Najważniejsze w ogóle co w 2018 roku: żebyśmy zdrowi byli, czego sobie i wszystkim P.T. Czytelnikom życzę.

Tagi:

Przejdź do strony
Oceń notkę
+ +40 -

łatwo osądzać, trudniej zrozumieć
Oceń profil
+ +86 -
MSaint
Ranking: 179 Poziom: 60
PD: 27554
REPUTACJA: 15646