Blog użytkownika MSaint

MSaint MSaint 01.01.2019, 00:02
mój growy rok 2018 w krótkim (?) podsumowaniu
288V

mój growy rok 2018 w krótkim (?) podsumowaniu

Moim postanowieniem na rok 2018 było „zrobienie rzeczy, których jeszcze nie udało się zrobić i ten fakt męczy mnie po dziś dzień”. Niestety po wykreśleniu z listy tego, co jest karalne i/lub powszechnie uważane za mocno niemoralne, zostały głównie gry wideo. Ale nie tylko!

A tak serio - przede wszystkim problemy w pracy praktycznie rozwiązały się same, dzięki czemu w dość znaczącym stopniu odżyłem. Zniknęła potrzeba ucieczki w gry wideo, która dominowała u mnie w roku 2017 (i co stało się oczywiste, gdy podsumowałem liczbę godzin grania w ubiegłorocznym zestawieniu – ten wniosek był dość przerażający, swoją drogą), stąd godzin grania o ponad połowę mniej.

 

Wszedłem też w posiadanie drogą kupna kilku umilających życie wynalazków, na przykład telefon, na którym aplikacje Twittera i YouTube są w stanie działać równocześnie, ale najprzyjemniejszym z nich jest – jakże banalny w swojej istocie, ale jakże wygodny – smart tv, dzięki czemu można grać (również w gry z PC) czy oglądać różne wesołe rzeczy dużo wygodniej niż garbiąc się przed monitorem komputera. Dzięki temu smart tv wróciłem do oglądania anime i seriali tv, z czym miałem wieloletni rozbrat, i jestem zaskoczony, jak bardzo mi tego brakowało. Udało się obejrzeć rzeczy rewelacyjne, z których zdecydowanie najważniejszą było anime Made in Abyss. Nie sądziłem, że jakakolwiek fikcyjna historia będzie mnie jeszcze w stanie tak mocno poruszyć, ale stało się. Chodziłem taki roztrzaskany emocjonalnie przez jakieś dwa miesiące, aż w końcu usiadłem i wszystkie swoje przemyślenia na temat Made in Abyss spisałem, a ostatecznie przerobiłem to na FILMIK, który wrzuciłem na YouTube, bo pisanie „do szuflady” nie jest w moim stylu.

 

W tamtym czasie, mniej więcej od kwietnia do października, byłem uwikłany w przedstawianie gry NieR na YouTube (lubię myśleć, że kawał pracy, który włożyłem w ten projekt, wykracza poza ramy zwykłego „letsplaya”), który przy okazji tłumaczyłem na polski – w sensie zrobiłem polskie napisy do wszystkich dialogów, łącznie z sidequestami, co pochłaniało cały wolny czas, jaki miałem. Czy warto było? Trudno powiedzieć – i znowu lubię myśleć, że dzięki mnie jakaś niewielka grupa ludzi, która nie miała szansy pograć w NieR i znała tylko Nier: Automata, mogła się z tą wyjątkową pozycją zapoznać. Czy podjąłbym się ponownie tego zadania? Najprawdopodobniej nie, chyba że czerpałbym z tego jakieś korzyści materialne. Jednak przy okazji przemyśleń o Made in Abyss uznałem, że po zakończeniu nagrywania NieR zrobię coś, co do czego nie będę miał wątpliwości, że jest czymś produktywnym, a nie zwykłą rozrywką i/lub eskapizmem. Olśnienie przyszło jakoś na początku listopada.

 

Wtedy to natknąłem się na cykl filmików „Found in translation”, gdzie koleś gra równocześnie w japoński oryginał i angielskie tłumaczenie skądinąd znanej gry: Final Fantasy VII. Punktuje on najważniejsze błędy angielskiego tłumaczenia, podaje utraconą stylizację, wyjaśnia kontekst, dorzuca ciekawostki językowe i parę anegdot z własnego pobytu w Japonii. W trakcie oglądania doznałem dziwnego uczucia: że zaczynam rozumieć. W jedną sobotę obejrzałem wszystkie dostępne nagrania z serii „Found in translation”. W niedzielę rano ściągnąłem tabele hiragany i katakany (podstawowe zestawy znaków w języku japońskim) i zacząłem się uczyć. Nie chcę za bardzo wchodzić w szczegóły nauki japońskiego, bo to ma być wpis o grach (o nich już za chwilę!), jednak obecnie wbijam do głowy 2 200 kanji („japońskie krzaki” zapożyczone z Chin), robię proste lekcje na duolingo i... jakoś to idzie, a przynajmniej przestało być czarną magią, za co błędnie uważałem japoński język i pismo przez całe swoje dotychczasowe życie. Oczywiście wymaga to codziennej nauki, ale obecnie wolę spędzić czas z anki (program do wirtualnych fiszek, w dużym uproszczeniu), niż poświęceniu całego wieczora na granie czy pisaniu wpisów blogowych na PPE. Może w przyszłości nawet pokuszę się o uzyskanie jakiegoś najłatwiejszego certyfikatu znajomości języka japońskiego, ale podsumowując wszystko powyższe: w tym roku grałem trochę mniej niż w poprzednim, ale nadal grałem. A co przeżyłem i widziałem, poniżej spisałem.

 

 

 

 

Gothicc Breaker – 1 godzina

 

Już na samym początku wypada zaznaczyć, że przydarzyło mi się w tym roku grać dość sporo w casualowe hentajowe gierki, a oto pierwsza z nich, ot tak dla zaznaczenia trendu. Gameplayowo jest to zwykły arkanoid, który kosztuje na Steamie jakieś 5 złotych i nie próbuje udawać, że jest czymś więcej. Wartością dodaną jest to, że w tle masz rysunki skromnie odzianych, acz hojnie obdarzonych przez naturę dziewcząt w stylu goth, który już dawno przestał być modny, ale whatever. Solidnie wydane pięć złotych.

 

 

 

 

What Remains of Edith Finch – 1 godzina

 

Ta gra dostała jakąś tam nagrodę za najlepszą fabułę w 2017 roku, kosztem na przykład Nier: Automata. Ponieważ była tanio na Steamie, to postanowiłem się przekonać osobiście. Po jakiejś godzinie jestem skłonny przyznać rację przyznającym te nagrody. Gra to „walking simulator” typu Gone Home, ale od innych walking simulatorów odróżnia ją to, że jest ciekawa. Wędrujemy po bardzo ciekawym, acz opuszczonym domu, gdzie za każdymi drzwiami czai się historia ludzi, którzy tam mieszkali. Gdy główna bohaterka czyta ich pamiętniki albo wycinki z gazet, przenosimy się do czasów, gdy ta osoba tam mieszkała i wcielamy się w jej punkt widzenia. Dodatkowo często narracja każdej opowieści się zmienia (a to nagle zmieniamy się w jakieś stwory lub zwierzaki, albo trafiamy do wnętrza komiksu) i pomysłowość twórców zaskakuje mnie na każdym kroku. Niestety jeszcze nie skończyłem opowieści, ale jak się uprzeć, to grę można skończyć za jednym posiedzeniem, co też polecam zrobić.

 

 

 

 

The Room – 2 godziny

 

Wbrew tytułowi gra nie ma nic wspólnego z niesławnym filmem Tommy'ego Wiseau. Polega na rozwiązywaniu zagadek – masz przed sobą tajemniczą i skomplikowaną machinę, pełną śrubek, pokręteł, soczewek i tak dalej. Musisz ją „rozwiązać” krok po kroku, otworzyć ukryte szufladki, znaleźć ukryte wskazówki i tak dalej. Zabawa jest całkiem przyjemna, a gra też jest raczej tania (to chyba konwersja z urządzeń mobilnych) i również jest to kawał solidnej rozrywki za małe pieniądze.

 

 

 

 

Mutiny!! - 2 godziny

 

Jakoś w pierwszej połowie roku włodarzy Steam powaliło tak dokumentnie, że developerom gier oryginalnie sprośnych, z których wycięli „lewd content”, aby mogły one pojawić się na Steam, postawiono dodatkowe obostrzenia co do treści pod groźbą usunięcia ich gry i bana na Steam. Jedni się wystraszyli i zaczęli cenzurować swoje gry na potęgę. LupieSoft postanowiło walczyć: obniżyło cenę swojej visual novel na minimalną możliwą (jakieś dwa złote) i zapowiedziało, że contentu zmieniać nie będzie i niech ich banują, jeśli muszą. Chyba się udało – o grze i postępowaniu Valve zrobiło się głośno w mediach, aż ostatecznie Valve zdecydowało się zezwalać na wszystko. A ja miałem visual novel za dwa złote w bibliotece i nawet zacząłem w to grać, po uprzednim wgraniu wyciętego lewd contentu, no bo jak inaczej. Fabuła okazała się całkiem zabawna – pani z powołania zajmująca się wykonywaniem najstarszego zawodu świata w świecie pełnym latających okrętów i fantastycznych stworzeń dość przypadkowo zostaje kapitanem statku i dowódcą załogi. Nasze załogantki mają swoje własne osobowości i trzeba się z nimi jakoś dogadać, co prowadzi do licznych zabawnych sytuacji. Aha, chyba wszystkie z nich (oprócz pani kapitan) to futa, o czym gra nie pozwala graczowi zapomnieć.

 

 

 

 

Wario Ware Gold – 4 godziny

 

Humor gier z serii Wario Ware bardzo mi się podoba. Uważam te gry za przezabawne. Niestety mój kontakt z nimi był mocno ograniczony – jakieś cut-scenki zobaczone na YT albo parę minut spędzonych przy emulatorze (których nie lubię). Uznałem, że Wario Ware Gold będzie idealną okazją do nadrobienia tych zaległości. I owszem – grało się fantastycznie, ale na wątku głównym zeszły niecałe cztery godziny, a i to aż tyle, bo powtarzałem ulubione fragmenty. Jasne, gra oferuje mnóstwo wyzwań i itemków do zdobycia, ale po ukończeniu wątku głównego po prostu nie chce mi się już do tego wracać. Co boli o tyle mocno, że za grę zapłaciłem premierową cenę... No cóż.

 

 

 

 

King's Quest VI – 5 godzin

 

Jakoś niedawno napisałem tekst o pierwszych czterech częściach King's Quest, które miałem przyjemność przejść. W tym roku postanowiłem kontynuować tę serię i tak doszedłem aż do części szóstej. Jak już przejdę wszystko, to pewnie stworzę kolejny wpis blogowy, ale tak od razu to się nie stanie. King's Quest VI po raz pierwszy zobaczyłem w TV Edukacyjnej jakoś w pierwszej połowie lat 90., gdzie prezentował ją pan Kazimierz Kaczor. Jakieś 25 lat później mogłem ją przejść samodzielnie. Jak to zazwyczaj w serii KQ co i rusz łapałem się na myśleniu „to oni już wtedy coś takiego robili?” Renderowane intro, montion capture, piosenka w grze i ten poetycki fragment ze Śmiercią, który pamiętają chyba wszyscy, którzy grali. Prawdziwy klasyk.

 

 

 

 

King's Quest VII – 5 godzin

 

Z marszu przeszedłem do grania w kolejną część, która starała się w pełni przejść w nowe czasy możliwości technicznych, z pięknie animowanymi sprite'ami, przebogatymi tłami i tak dalej. Gameplayowo gra luzuje trochę z niebezpiecznymi rejonami i instakillami, niestety mamy za to dość sporo backtrackingu. Mimo olśniewającej jak na tamte czasy oprawy jednak jestem w tym obozie graczy, którym brakowało „tego czegoś” - gra dalej jest fajna, ale wcześniejsze odsłony były lepsze.
Niestety mój osobisty quest ukończenia wszystkich gier KQ został brutalnie zastopowany przez Mask of Eternity, do grania w którą po prostu nie mogę się zmusić i nie wiem, jak to dalej będzie.

 

 

 

 

Pilotwings 64 – 6 godzin

 

Jak wspominałem na początku, rok 2017 był dla mnie dość trudny. Wtedy też postanowiłem sobie, że w 2018 roku wykonam rzeczy w grach, których do tej pory nie zrobiłem i które mnie dręczą do tej pory. Na pierwszy ogień, zaraz pierwszego stycznia 2018 roku, włączyłem Pilotwings 64 na moim Nintendo 64, aby przejść na 100/100 ostatnią misję lotnią (Shutter Bug 3), której nie mogłem wykonać jakieś dwadzieścia lat temu oraz podczas kolejnych podejść w następnych latach. Męczyło mnie to, bo była to ostatnia misja, której nie miałem na 100/100. Zaplanowałem sobie, że będę robił dziesięć podejść dziennie, żeby się nie wkurzać za bardzo. Podstawowymi trudnościami każdej misji „Shutter Bug” w Pilotwings 64 są dwie rzeczy: po pierwsze zrobienie trzech dobrych zdjęć, po drugie lądowanie. Jeśli jeden element udało mi się wykonać poprawnie, to uwalałem na drugim. Udało się wykonać tę misję na 100/100 chyba po niecałym tygodniu prób, czyli za około sześćdziesiątym podejściem, ale co z tego – w końcu się udało.

 

 

 

 

A Hat in Time – 6 godzin

 

Prezent od nieocenionego kolegi Princess Nue, który to gift idealnie trafił w mój gust. A Hat in Time jest według mnie grą genialną. Na pewno jedną z najlepszych, w jaką miałem przyjemność zagrać w tym roku. Dlaczego? Bo ja się tak naprawdę na platformerach 3D wychowałem, zresztą mając Nintendo 64 inaczej być nie mogło: Super Mario 64 i Banjo-Kazooie to jedne z najważniejszych dla mnie gier. A Hat in Time bierze z tych gier to, co najlepsze i dokłada własne pomysły, tworząc... platformera idealnego...? Nie grałem w Yooka-Laylee (choć siedzi sobie w bibliotece Steam), ale nie wydaje mi się, żeby było lepsze od A Hat in Time. W tej grze nie ma przydługich cut-scenek, minigierek i dziesiątków dziwacznych power-upów – jest po prostu skakanie po platformach, genialna muzyka, bajkowa grafika, przesympatyczna główna bohaterka, co i rusz nowe pomysły na to, jak zmotywować gracza do dalszego skakania... Ma też jednych z najlepszych bossów, jakich widziałem w platformerach 3D, zresztą zakochałem się w tej grze dokładnie podczas walki z pierwszym z nich. Grając w tę grę mam to rzadkie uczucie, że wszystko jest dokładnie tak jak trzeba, cytując Shulka: I'm really feeling it. Właściwie ta gra jest za dobra, jeśli spojrzy się na mizerną liczbę granych godzin – wszedłem w ten absurdalny stan umysłu, gdzie szkoda mi siadać na krótsze sesje, aby nie psuć sobie przyjemności z grania. Ale teraz mam dość długi urlop i zamierzam przejść nieco więcej. A że twórcy dodali w jesiennej aktualizacji nowe poziomy, opcjonalne, ekstremalnie trudne zadania i tak dalej, to okazja jest ku temu należyta.

 

 

 

 

Grand Theft Auto: San Andreas - 9 godzin

 

Tę grę zna każdy i w swoim czasie prawdopodobnie nawet ją przeszedł, podobnie jak i ja. Niestety gra zawiera licznik postępu, co stanowi moją istotną słabość – bo chcę w takich wypadkach uzyskać 100% (patrzę na ciebie, adventure mode w Hyrule Warriors). Nawet zacząłem to robić, jakieś kilkanaście lat temu, ale poległem na unique jumpach (tak, nie liczą się do 100%, ale pokazują się na tej liście w menu), bo nie wiedziałem, gdzie są zlokalizowane. Jak się okazało, nie zapomniałem o tym wyzwaniu przez następne kilkanaście lat i postanowiłem w końcu za to się zabrać. I tak, zrobiłem wszystkie dostępne unique jumpy, korzystając z pomocy YouTube, które dokładnie ci powie, gdzie są i jak je wykonać. Powoli będę robił kolejne misje i prędzej czy później dobiję do tego 100%, ale poczucie satysfakcji już teraz zostało osiągnięte.

 

 

 

 

Hyrule Warriors: Definitive Edition – 10 godzin

 

Przy wersji na Wii U spędziłem ponad 80 godzin, to chyba trzeci najdłużej grany przeze mnie tytuł na tę konsolę. Miałem wszystkie DLC (część z nich ponownie dzięki giftowi kolegi Princess Nue, który zakupił zestaw DLC na 3DS+Wii U i dał mi kody do stacjonarki) i spore postępy na podstawowej mapie, ale odłożyłem na czas jakiś, który się wydłużył na tyle, że w międzyczasie pojawiło się kompletne wydanie na Switcha: z pełną zawartością i mapami dostępnymi do tej pory tylko w wersji 3DS, z lepszą i przede wszystkim płynniejszą grafiką, większą ilością wrogów na ekranie (bardzo pomocne, wbrew pozorom!) i generalnie lepsze do grania. Skusiłem się, kupiłem po raz drugi tę samą grę, brawo Nintendo. Obecnie przechodzę sobie wątek główny i potem będę robił Adventure Mode, a mobilność Switcha (którą, przyznam szczerze, wykorzystuję głównie do grania w wyrze) idealnie nadaje się do robienia tych wyzwań. Solidna pozycja, którą razem z Disgaea 5 Complete można zabrać na bezludną wyspę i grać przez setki godzin, jeśli komuś przypasuje gameplay.

 

 

 

 

Final Fantasy VI – 6 godzin

 

Bardzo często motywacją do pokazywania gier na moim kanale YT jest chęć ponownego ich przejścia po latach. FF6 jest moim drugim ulubionym fajnalem (zaraz po siódemce) i jestem zachwycony tym, jak gra nie marnuje czasu gracza – fabuła rusza z kopyta od samego początku, bez nużących tutoriali i tym podobnych bzdur, po prostu grasz i od razu coś się dzieje. Gra to całkiem wesoła opowieść, do momentu kiedy przestaje nią być – kto grał, ten wie. Bardzo, ale to bardzo mi się chce w nią grać i opowiadać o niej ludziom.

 

 

 

 

Lost Odyssey - 10 godzin

 

Kiedy w końcu nagrałem cały NieR, miejsce w moim X360 w końcu się zwolniło i można było tam umieścić jakąś inną grę. Padło na Lost Odyssey, grę ojca serii Final Fantasy, który obecnie robi gry na mobilki i jest to bardzo przykra sprawa, jak się zastanowić nad implikacjami. Dopiero zaczynam i nie spieszy mi się nigdzie, a główny bohater to mruk niesamowity, ale za to opowiadania w grze uważam za bardzo dobre – dobrze napisane, dobrze przetłumaczone. O co chodzi: Kaim jest nieśmiertelnym i swoim życiu widział bardzo wiele. Różne sytuacje przypominają mu przeszłe zdarzenia, które są podawane w formie krótkich tekstów, które obecnie są moją ulubioną częścią tej gry. Mamy też Jansena, wesołego ziomka, który stanowi element bardzo komediowy...
Z dopiero kilkoma godzinami za mną trudno powiedzieć mi coś więcej, ale na pewno chce się grać dalej W trakcie pisania tego tekstu udało mi się spotkać Macka i Cooke oraz zobaczyć tę scenę z Lirum. Byłem kompletnie nieprzygotowany na to, że do tej pory w tej dosyć przewidywalnej grze będą takie motywy i podobnie jak główny bohater Kaim również się przebudziłem i zaangażowałem w historię, oraz powitałem wspomnianych Macka i Cooke z otwartymi ramionami. Dzięki tej jednej scenie zacząłem odbierać tę grę w inny sposób i mam nadzieję, że to zaangażowanie uda się utrzymać aż do końca opowieści.

 

 

 

 

Taima Miko Yuugi – 10 godzin

 

Jest sobie wydawca gier na Steam, Sakura Games, obecnie przemianowany na Paradise Project, może ze względu na zmiany prawne w Chinach. Pokupował on prawa od malutkich japońskich developerów h-gier (czytaj: takich ze Scenami) popularnych na DLsite, przetłumaczył na chiński, dołożył niezmiernie ciulowe angielskie tłumaczenia i pcha po śmieciowych cenach na Steam. Kupiłem prawie wszystko, co opublikowali, bo trzy złote za grę można było zaryzykować. Czasem gra okazywała się na tyle popularna, że ludzie pomogli doprowadzić angielską wersję do stanu używalności, a czasem tytuły zostawały na lodzie – tak jak Taima Miko Yuugi. Jakoś tak zacząłem grać i jasny gwint, ta gra nie ma prawa być taka dobra.

Grasz jako Setsuna, pełna zapału łowczyni potworów. Arenami działań nie są jednak egzotyczne lasy ani wielkie metropolie, a powoli pustoszejące japońskie miasteczko na uboczu, gdzie nasza główna bohaterka mieszka sobie z młodszą siostrą, Mayuko. Mayuko to mała, chciwa suka, która co i rusz napomina cię przez telefon i nakłania do zbierania wszystkich skarbów, nawet jeśli to będzie całkiem niebezpieczne. Klepiemy stwory typu wielkie szczury czy węże, które mogą albo zaatakować, albo wykonać H-atak, czyli z polskiego na nasze zacząć molestować naszą bohaterkę. Atak nastąpi nieodwołalnie w następnej turze, natomiast jeśli stwór przygotowuje się do H-ataku (ikona serduszka) i dostanie po łbie, to traci on turę, co dodaje trochę ciekawej strategii do walk.
Gra rozwaliła mnie swoim szczerym humorem i energią, jako żywo przypominając mi starsze jrpg z ery SNESa. Ta gra jest fajna nawet bez Scen, eksploracja i walki po prostu wciągają, można odwiedzać wcześniejsze plansze i ustawić wyższy poziom trudności, jest pewna swoboda w zwiedzaniu lokacji i rozwoju postaci... Jakimś cudem jest też nawet fabuła: po ubiciu każdego bossa (a każdy z nich wymaga w trakcie walki kilku różnych strategii, które Mayko „pomaga” nam odgadnąć!) widzimy jakąś scenkę z przeszłości Setsuny, która – w przeciwieństwie do gówniarski-humor-i-mnóstwo-zboczonych-akcji stylu głównej gry jest jakaś niespodziewanie melancholijna i ja to po prostu uwielbiam. Muzyka też jest fantastyczna... I pomimo tragicznego angielskiego tłumaczenia (naprawdę: angielski tekst wyjeżdża poza ekran, w związku z czym czytanie chińskich znaków, które w jakimś bardzo podstawowym stopniu już znam, mówi mi więcej) Taima Miko Yuugi jest jedną z najlepszych gier, w jakie grałem w tym roku.

 

 

 

 

Drakengard – 11 godzin

 

Tę, hm, intrygującą grę przeszedłem w roku 2017. Wbiłem w niej 100%, w sensie że każdą broń wygrindowałem na maksa. Dlaczego to wtedy zrobiłem – nie wiem, takie to były czasy po prostu. Od początku 2018 roku przeszedłem grę ponownie, nagrywając, wycinając dłużyzny i robiąc polskie napisy (podobnie jak do NieR), aby pokazać o co biega tym zainteresowanym poznawaniem wytworów chorej wyobraźni Yoko Taro, którzy jednak nie byli skłonni pograć w Drakengard osobiście (czyli większość). Granie w Drakengard nie jest najlepszą rzeczą, jaką oferuje świat gier wideo, ale chciałem pokazać wszystkie chore akcje, które w tej grze się ostały – i sądząc po reakcji widzów warto było. No i stanowiło to należyty wstęp do NieR.

 

 

 

 

MONMUSU – 12 godzin

 

Z czego większość była spędzona na idlowaniu. To gra mobilna, gdzie zbierasz zasoby, a możesz ten proces przyspieszyć płacąc prawdziwymi pieniędzmi – a developerzy byli na tyle głupi, że dali ją na Steam. Gromadzisz zasoby, by przyzwać monster girls, z którymi są później Sceny. Jak w życiu, Sceny bez właściwego podbudowania nie mają większego sensu, a cała „gra” byłaby jedną wielką stratą czasu i pieniędzy, gdyby nie fakt, że była za darmo, nie gra się w nią w żaden aktywny sposób i można było bez większego wysiłku zrobić komplet achievementów. Ale tak serio to nawet ściąganie tego jest pomyłką i stratą czasu.

 

 

 

 

Yakuza 0 – 12 godzin

 

O serii nasłuchałem się sporo przez lata, obejrzałem dziesiątki zabawnych gifów i tak dalej. Gdy Sega wrzuciła Yakuza 0 na Steam, kupiłem bardzo szybko i zacząłem grać. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że wątek główny jest w tej grze całkiem na serio. Przeszedłem pierwszy rozdział – gdy szedłem do bossa, to czułem się tak, jakbym szedł na finałowy pojedynek. Tak: Yakuza 0 bardzo, ale to bardzo trafiła w mój gust. Muzyka – genialna. Grafika – pełna szczegółów. System walki – bardzo przyjemny dla nowicjusza, ciekawy dla zaawansowanego. O ile wątek główny zawiera mnóstwo bardzo długich i poważnych scenek, to misje poboczne (sub-stories), w których obecnie się zanurzyłem i nie odpuszczam dopóki nie zrobię wszystkich dostępnych, są niezwykle różnorodne i przepełnione humorem, który bardzo mnie bawi (uczysz nieśmiałą dominatrix jak prawidłowo wykonywać jej zawód...). Gra ma nawet wartości edukacyjne, gdzie po prostu szwendam się po okolicy i próbuję odczytywać szyldy i zrozumieć, o czym gadają sobie przechodnie... Seria jest obecna na PlayStation od wielu lat, dlatego nie mówię więcej oczywistości – Yakuza 0 jest jedną z najlepszych gier, w jakie grałem w 2018 roku.

 

 

 

 

Mirror – 14 godzin

 

Kolejny gift od kolegi Princess Nue. Kolejna gra od wątpliwego etycznie chińskiego wydawcy, który podkupił mnóstwo gier od japońskich półamatorskich developerów, jednak w tym przypadku twórcy wygrali (chyba): gra to „dopasuj trzy elementy”, czyli raczej standard. Gra ma oczywiście szereg postaci płci żeńskiej, które w trakcie rozgrywki mogą stracić części odzienia, czyli również raczej standard w grach tego typu. Co zasługuje na uwagę to bardzo dobra oprawa graficzna i... fabuła, która miejscami potrafi zaskoczyć. Nie oczekiwałem od gry tego typu interesującej fabuły (czy też żadnej), ale w paru miejscach opowieści skręcają w nawet poważne rejony. Gra okazała się na tyle popularna, że poprawiono fatalne angielskie tłumaczenie na takie, które przez większość czasu można czytać bez krzywienia się, a nawet na jesień puszczono DLC z trzema nowymi bohaterkami. Według SteamSpy gra sprzedała się ilościach między pół miliona a milionem i według mnie zainteresowani tego typu contentem powinni się zainteresować, bo ryzykują zaledwie parę złotych.

 

 

 

 

Bloodstained: Curse of the Moon – 18 godzin

 

Nieoceniony kolega Princess Nue z zapałem godnym lepszej sprawy obdarował mnie jeszcze jedną grą na Steam. Świadomie lub nie, trafił w samo sedno nostalgii.

Choć w pierwsze Castlevanie nigdy nie grałem, to jedną z moich pierwszych gier w życiu był „Akumajō Special: Boku Dracula-kun”, czyli wypuszczona przez Konami parodia Castlevanii na NESa, której spiracona wersja, w 100% po japońsku, trafiła do mojego Pegasusa gdzieś w pierwszej połowie lat 90. Tymczasem minęło sporo czasu, nadzorujący serię Castlevania Koji Igarashi odszedł z Konami i rozpoczął kampanię crowdfundingową na nową grę: Bloodstained. Jednym z progów finansowania było stworzenie gry Bloodstained w stylistyce przypominającej tę z NESa i tak wyszło Curse of the Moon.

W trakcie gry uwalniasz postacie o różnych zdolnościach, walczysz z bossami, przedzierasz się przez etapy w stylu znanym z NESowych odsłon serii Castlevania, zamiast uprawiać metroidowy backtracking. Grało mi się w to fantastycznie, zdobyłem wszystkie zakończenia i achievementy, przypomniałem sobie stare dobre czasy i mam ochotę zmierzyć się z pierwszymi odsłonami tej serii (to akurat jest dosyć ambitne zadanie). Jeśli właściwa gra, Bloodstained: Ritual of the Night, będzie równie dobra (niektórzy mają wątpliwości), to biorę natychmiast.

 

 

 

 

Disgaea 5 Complete – 18 godzin

 

Swego czasu, czyli jakieś kilkanaście lat temu, przy Disgaea 1 na PS2 spędziłem trzycyfrową liczbę godzin, co jak na grę single player uważam za dość dużo. Od trójki w górę seria wychodziła na konsole, których nie posiadałem, więc jakoś zapomniałem o tym tytule – aż do czasu zapowiedzi kompletnej wersji piątki na Switcha, którą kupiłem w jakiejś promocji i de facto była to pierwsza gra na tę konsolę, jaką kupiłem.

Granie w wyrze w trybie mobilnym Switcha jest tak komfortowe, że wręcz uzależnia – poza tym to dalej Disgaea, tylko wzbogacona o tyle dodatkowych bajerów i systemów, że ciężko się połapać, a cały czas odblokowują się nowe: składy, gra planszowa do podnoszenia statystyk, wysyłanie postaci na ekspedycje, system questów, budowanie własnych map no i oczywiście item world, w który można grać i grać... Fabuła wątku głównego też całkiem niezła – nie przeszedłem jej jeszcze, co i rusz odciągany nowymi bajerami, ale bardzo spodobała mi się postać Usalii, która w przeciwieństwie do reszty nie jest w stu procentach komediowa. Podobnie jak przy okazji Hyrule Warriors, Disgaea 5 Complete na Switcha mógłbym wziąć na bezludną wyspę i grać przez setki godzin.

 

 

 

 

Perfect Dark – 24 godziny

 

Perfect Dark is forever. Choć gra ostatecznie okazała się być dużo mniej popularna niż Goldeneye 007, według mnie jest tak mocno upakowana świetnymi pomysłami, że developerzy do dzisiaj jakoś ich nie implementują, a już na pewno nie w jednej grze.

Nie będę opisywał dokładniej, co oferuje ten hit na Nintendo 64 (niestety płynność działania nie jest jedną z nich), natomiast podobnie jak w przypadku Pilotwings 64 również i ten tytuł kwalifikuje się do kategorii rzeczy, których "nie zdołałem wykonać i męczy mnie to do dzisiaj". Podobnie jak w Goldeneye 007, po przejściu danego levelu na danym poziomie trudności poniżej określonego czasu odblokowuje się cheat. Pal licho te cheaty – tu bardziej chodzi o wykonanie tego wyzwania. A Perfect Dark na najwyższym poziomie trudności jest... trudne. Topowi speedrunnerzy Goldeneye 007, którzy spędzili literalnie dziesiątki tysięcy godzin przez ostatnie dwadzieścia lat przy tej grze, uważają Perfect Dark za trudne. Ale ja się zawziąłem.

Nie rozwlekając niepotrzebnie tematu, siedziałem nad tym zadaniem ponad miesiąc. Już pierwszy poziom, na którym trzeba było wbić odpowiedni czas (dataDyne Research), miał kilka ścieżek do wyboru, trzeba było wybrać właściwą kolejność wykonywania zadań i dostosować je do własnych, skromnych umiejętności. Inny poziom do przejścia poniżej określonego czasu (Area 51 Rescue) zajął bite dwa tygodnie, bo przeżycie podróży drugą windą udawało mi się raz na jakieś 15-20 razy. Ale cały czas posiłkowałem się dokonaniami speedrunnerów Perfect Dark, którzy po odpowiednio długim treningu osiągają regularnie czasy kilkukrotnie szybsze niż moje, więc nie traciłem nadziei.

Finałowy poziom, Skedar Ruins, był już wręcz przyjemny, gdyż jego pierwsza część wymaga matriksowego unikania pazurów Skedarów (takie dziwaczne gady), co było możliwe do dość sprawnego wyćwiczenia nawet dla osoby, która nie spędziła na graniu w Perfect Dark ostatnich osiemnastu lat swojego życia.

Doszło nawet do tego, że wrzuciłem swoje czasy na stronkę speedrunnerów Goldeneye 007 i Perfect Dark. Oczywiście są to wyniki bardzo marne i lokują się gdzieś w trzeciej setce (a i to dzięki temu, że PD jest grą już raczej zapomnianą i dużo mniej popularną do speedrunowania niż GE). Nawet na tyle się zawziąłem, że wbiłem najprostszy rekord świata w PD (3 sekundy w Duel), który wraz ze mną ma ponad 400 innych osób, ale potem uznałem, że jednak na karierę speedrunnera PD jestem już za stary i uznałem sprawę za zakończoną.

 

 

 

 

Super Mario 3D Land – 27 godzin

 

Nasłuchałem się raczej negatywnych opinii o tej grze. Zobaczyłem ją w MediaMarkt za jakieś 80 zł i kupiłem na zasadzie „bo tania”. Przeszedłem na 100% i jeszcze mi mało.
Wcześniej na Wii U spróbowałem Super Mario 3D World, przekonałem się, że nie ma otwartego świata jak w Super Mario 64 i odłożyłem na półkę, gdzie czeka na lepsze czasy. W przypadku 3D Land nie miałem już takich błędnych oczekiwań, a dodatkowo miałem ochotę pograć po prostu w platformówkę, więc gra nadała się idealnie.
Pierwsze poziomy są dziecinnie proste (bo jak inaczej) i aż do końca jakichś większych problemów nie ma, pokonuję Bowsera, oglądam creditsy... i guzik z pętelką, bo gra oferuje drugie tyle poziomów, czyli albo remiksy znanych już plansz, albo nowe. Tam już nie ma trzymania za rączkę, złotych listków dających nietykalność i tak dalej – a finałowe plansze potrafią dać w kość. Jasne, grałem w życiu w wiele trudniejszych rzeczy, ale mimo to uważam, że wyzwanie było (pozdrowienia dla kolegi Czarny Ivo, ciekawe czy udało mu się przejść całe). Oczywiście Tanooki Suit (jeden z power-upów) jest tak gigantycznie przegięty, że grzechem jest go nie używać, a szczególnie finałowy, „koronny” poziom, dostępny po przejściu gry jako Mario i drugi raz jako Luigi, najlepiej przechodzić właśnie uzbrojonym w moc latania. Najwięcej czasu spędzonego przy 3DS w tym roku było właśnie przy Super Mario 3D Land.

 

 

 

 

Trails in the Sky – 33 godziny

 

JRPG z ponoć bardzo dobrej serii trafił na Steam dzięki wysiłkom zakochanego w swoich lokalizacjach XSEED. Kupiłem natychmiast z zamiarem kompletnego przejścia i w pewnym momencie okazało się, że parę zadań pobocznych zawaliłem, bo były ukryte i nie zrobiłem ich w odpowiednim czasie. Wkurzony tą zagrywką cisnąłem grę w kąt i tam leżała przez parę lat. Na przełomie 2017 i 2018 roku postanowiłem nadrobić i tę zaległość.
Trails in the Sky: First Chapter jest wolniejszy niż Dragon Quest VII, a to już jest spore osiągnięcie. Inna sprawa, że robiłem wszystkie sidequesty, otworzyłem wszystkie skrzynki ze skarbami, nafarmiłem ileśtam tysięcy kryształków (sephitów) i tak dalej. Wątek główny, choć przez większość czasu nie dotykał spraw ważnych, był całkiem ciekawy, miał bardzo sympatyczne postacie i naprawdę świetnie napisany tekst – obok opowiadań z Lost Odyssey to chyba najlepiej napisany tekst japońsko-angielskiej translacji, jaki czytałem. Nad finałowym bossem nasiedziałem się trochę, bo ostatni achievement wymagał ubicia go bez korzystania z technik specjalnych, ale za trzecim czy czwartym podejściem również i to się udało. Na końcu nastąpił spory plot twist, po którym wypadałoby zacząć część drugą, którą zresztą posiadam, ale... wypaliłem się przy tym przejściu na 100% i chyba jeszcze trochę czasu minie, nim zasiądę do dalszych przygód Estelki.

 

 

 

 

NieR – 33 godziny

 

Napisałem sporo o tej wyjątkowej grze w ubiegłorocznym podsumowaniu. W tym roku przeszedłem ją ponownie, aby po prostu nagrać gameplay, w trakcie którego opowiem ludziom a fabule, ciekawostkach i swoich osobistych przemyśleniach, czyli generalnie dokładnie to, co umieszczam na YT w przypadku innych gier. Z NieR natomiast skończyło się na zrobieniu polskich napisów do wszystkiego w grze, łącznie ze wszystkimi siedemdziesięcioma sidequestami (których wykonywanie jest w tej grze bardzo żmudne), wszystkimi zakończeniami, a nawet przetłumaczonymi fragmentami companion booka „Grimoire NieR”, z czego sporo zamieściłem również w formie tekstowej na tym jakże zacnym serwisie. Było tego więcej: kilka opowiadań oraz zakończenie E, ale opowiedziałem o tym w formie „bezskryptowej”, czyli z polskiego na nasze bez pisania „podkładki” w formie dokładnego skryptu.

Dlaczego zrobiłem to wszystko (a zajęło to olbrzymią ilość czasu)? Bo chciałem. Dlaczego chciałem? Na to już nie udało mi się znaleźć racjonalnej odpowiedzi. Oglądalność mojego kanału nie zwiększyła się w żaden istotny sposób, materialnie nic na tym nie zyskałem... Ale przynajmniej dzięki mnie te kilkanaście osób mogło poznać w ten pośredni sposób tę wyjątkową grę i tego się trzymajmy. Aha, i reakcja widzów na zakończenie A prawdopodobnie usprawiedliwia cały ten trud.

 

 

Klikaj na drugą podstronę, by poznać top 3!

 

Tagi:

Przejdź do strony
Oceń notkę
+ +24 -

łatwo osądzać, trudniej zrozumieć
Oceń profil
+ +87 -
MSaint
Ranking: 170 Poziom: 59
PD: 27381
REPUTACJA: 15915