Wojna królestw (2025) – recenzja, opinia o serialu [Scifi]. Klasyczna epopeja w nowym świetle
Król Burgundii traci życie w bitwie. Władzę przejmują jego synowie, wśród których znajduje się Hagen, wierny wojownik królestwa. Na ich drodze staje również Siegfried, potężny woj, pogromca smoków i absztyfikant młodszej siostry obecnego króla i jego braci.
Stałem się fanem niemieckiej myśli telewizyjnej po tym, jak Baran bo Odar i Jantje Friese dali światu „Dark”, prawdopodobnie najlepszy serial science-fiction w historii. Dlatego, kiedy dowiedziałem się, że mam do sprawdzenia niemieckie medieval fantasy, nie mogłem doczekać się seansu. Później dowiedziałem się, że mam do czynienia z klasyczną opowieścią o bohaterach i ich dziejach. Czego tu nie kochać?! No... paru rzeczy.
Przygotowując się do pisania tego tekstu, przeczytałem to i tamto o Nibelungach i ich pieśni. Studenci i absolwenci filologii niemieckiej mogą spokojnie pominąć ten akapit, bo nie mam nawet dziesięciu procent tej wiedzy na temat Nibelungów, co oni. Chociaż nie! Nie będę tu przytaczał szczegółowych historii poszczególnych postaci, więc można śmiało brnąć dalej. Dlaczego, w takim razie, w ogóle o tym wspominam? Ponieważ serial zrobiony jest tak skandalicznie źle, że nie sposób oglądać go nie będąc wyposażonym w tę wiedzę.
Wojna królestw (2025) – recenzja, opinia o serialu [Scifi]. Scenarzysta do zwolnienia w trybie natychmiastowym
Fabularnie mamy tu do czynienia z pierwszą częścią sagi, opowiedzianą z perspektywy Hagena. Jest to dosyć istotne odejście od klasyki, gdzie Hagen był tylko jedną z pobocznych – choć wciąż istotnych – postaci, a akcja skupiała się w znacznej mierze na Siefgredzie, który tutaj jest jedynie postacią drugoplanową. Chociaż nie! Kłamię! To nie tak, że ktokolwiek jest tu pierwszo lub drugoplanowy. Tak naprawdę w „Wojnie królestw” nie ma głównych bohaterów. Są jedynie pionki, poruszane po szachownicy zdarzeń przez los, z dodaną narrację Krielhildy.
I to właśnie, głównie, przez to „Wojna królestw” nie działa. Zaczynając seans, nie miałem pojęcia o Nibelunglied – chciałem po prostu obejrzeć sobie dobry serial. Rzecz w tym, że nowej produkcji naszych niemieckich sąsiadów nie da się oglądać bez posiadania jakiejś tam wiedzy z zewnątrz. Fabuła została przedstawiona w tak szczątkowy sposób, operując głównie obrazami i najszerszymi możliwymi pociągnięciami pędzla, że znakomitą większość tego, co oglądamy trzeba sobie rozpisywać na kartce i później analizować, żeby dojść do jakichkolwiek wniosków. Może lekko przesadzam, ale naprawdę niewiele. Czułem się zagubiony, dopóki nie zacząłem na własną rękę dowiadywać się, o co właściwie chodzi w serialu, który właśnie oglądam. Wkrótce później dowiedziałem się, że „Wojna królestw” jest rozszerzeniem filmu „Hagen” z 2024 roku i nagle wszystko nabrało sensu. To nigdy nie miał być serial. Producenci mieli za dużo materiału po nakręceniu filmu, więc stwierdzili, że klepną jeszcze serial, bo czemu miałoby się to wszystko marnować. Trochę jak nasz osobisty Papryk Wege.
Wojna królestw (2025) – recenzja, opinia o serialu [Scifi]. Wizualnie nie ma się do czego przyczepić
Trzeba jednak przyznać, że „Wojna królestw” wygląda jak absolutnie pierwszej klasy widowisko. Czy rozmawiamy o choreografii walk, która nie jest może tak wybitna jak najlepsze produkcje Hollywood, lecz pozwala widzowi obserwować potyczki z uderzenia na uderzenie, zawsze pokazując potyczki szeroko, a przy tym również dynamicznie i satysfakcjonująco, czy o zdjęciach. Te wykonał Philip Peschlow, niemiecki operator, mający na koncie już produkcje takie, jak „Granice zbrodni” i aktorskiego „Kubę Guzika”. Obraz w „Wojnie królestw” jest bardzo kolorowy, zwykle mocno nasycony, dzięki czemu reżyserzy mogą pięknie kontrastować zimną naturę krajobrazów, w których przyszło im kręcić, z pięknymi złotymi barwami światła, tylko delikatnie akcentującego obraz.
Widać również, że producenci nie szczędzili funduszy na dekoracje. Zamki, w których obserwujemy lwią część politycznych machinacji głównych bohaterów, wyglądają jak prawdziwe mury. Nie mam pojęcia, czy serial kręcono na lokacji, czy posiłkując się zbudowanymi na szybko dekoracjami, ale w trakcie oglądania absolutnie nie idzie poznać różnicy, więc czym tu się przejmować. Nie rozumiem natomiast, który zapatrzony w „Grę o tron” kretyn wymyślił żeby wszystkie charakterystyczne dla Sagi Nibelungów elementy fantastyczne wziąć i... wyciąć. No, może nie dosłownie wszystkie, ale jest tu tego naprawdę tyle, co kot napłakał, przez co serial staje się po prostu kolejnym, generycznym tworem „tronowopodobnym”. Dobrej jakości zbroje i broń, świetne wnętrza i klimatyczne oświetlenie zasługują na pochwałę, ale skoro i tak już wrzucono tyle pieniędzy w produkcję, to czemu nie pokazać walki Siegfrieda ze smokiem, czemu nie zaakcentować znacznie wyraźniej obecności krasnoludów albo Walkirii, które niby są w serialu obecne, ale równie dobrze można powiedzieć, że to po prostu osoba niskorosła, a tam stoi waleczna kobieta. Zmarnowany potencjał.
„Wojna królestw” jest słabym serialem i jeszcze gorszym przedstawieniem Sagi Nibelungów. Serial wygląda bardzo korzystnie, lecz co z tego, skoro budowa postaci, przedstawienie historii i wszystko inne, co sprawia, że chcesz zapoznać się z daną produkcją, leży i kwiczy? Piękna wydmuszka i nic więcej.
Atuty
- Piękne zdjęcia;
- Wiarygodnie zrobione stroje i dekoracje.
Wady
- Cała reszta.
Niemcy przygotowali serial, do którego lepiej nie podchodzić bez wcześniejszego przygotowania. Storytelling leży na całej linii, ale można sprawdzić dla ładnych obrazków. Jeśli nie ma się nic lepszego do roboty.
Przeczytaj również
Komentarze (8)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych