Miał być western, wyszło science fiction! Kultowy VHS-owy hit z lat 80.
Mający swoją kinową premierę niemal 45 lat temu „Odległy ląd” to film nietypowy, przede wszystkim ze względu na historię swojego powstawania. Jego reżyser początkowo myślał bowiem o realizacji zupełnie innej produkcji, należącej do gatunku, którym producenci nie byli wówczas zainteresowani. Ostatecznie jednak postawił na swoim, tworząc jedną z najważniejszych hybryd gatunkowych, która stała się punktem odniesienia dla wielu późniejszych filmów fantastycznych.
W sercu każdego szanującego się widza ery VHS jest specjalne miejsce dla Petera Hyamsa. Reżysera w żadnym wypadku nie wybitnego, który jednak zrealizował kilka zapamiętywalnych widowisk, typowych właśnie dla ery kaset video. Nowojorczyk był twórcą chociażby “Strażnika czasu” i “Nagłego uderzenia”. Dwóch obrazów z Jean Claude'em Van Damme'em, które z całą pewnością rywalizowałyby o miano najlepszej produkcji z Belgiem w roli głównej. Trudno również zapomnieć o niezwykle kiczowatym, ale przez to również bardzo interesującym pojedynku Arnolda Schwarzeneggera z samym Szatanem, granym przez Gabriela Byrne’a, w filmie “I stanie się koniec” z 1999 roku. Swą niezwykle bogatą karierę Hyams rozpoczynał jednak w końcówce lat 70., kiedy po kilku wyjątkowo słabo dziś pamiętanych produkcjach w końcu udało mu się trafić w gusta widowni.
Sławę przyniósł mu bowiem głośny „Koziorożec 1”, w którym twórca wziął na tapet teorie spiskowe, pojawiające się już w tamtym okresie wokół załogowych misji kosmicznych, a przede wszystkim słynnego lądowania Amerykanów na Księżycu w 1969 roku — przez wielu, zarówno wówczas, jak i dziś, uznawanego za kompletną mistyfikację. Co ciekawe, początkowo żadna z firm producenckich nie chciała słyszeć o realizacji filmu na podstawie autorskiego scenariusza Hyamsa. Nastroje wokół projektu diametralnie zmienił jednak wybuch afery Watergate, który sprawił, że alternatywne narracje dekonspirujące domniemane manipulacje ze strony władzy zaczęły cieszyć się ogromnym zainteresowaniem. W atmosferze wszechogarniającej nieufności historia trójki astronautów odkrywających, że ich lot na Marsa od samego początku zaplanowano jako rządową mistyfikację, trafiła w idealny moment.
Choć o „Koziorożcu 1” trudno mówić jako o absolutnym hicie kinowego box office’u, a mający wówczas ogromny wpływ na opinie widzów krytycy byli mocno podzieleni w ocenach tego obrazu, o Hyamsie zrobiło się głośno. Twórca zaczął być jednoznacznie kojarzony z kinem science fiction, które w tamtym czasie — za sprawą wielkiego sukcesu „Obcego” Ridleya Scotta — przeżywało prawdziwy renesans. Sam Hyams nie był jednak szczególnie zainteresowany tym gatunkiem i już wtedy myślał o zupełnie innej produkcji. Bliższej klasycznemu westernowi: opowieści, w której samotny sprawiedliwy staje do walki z grupą przestępców, ratując przy okazji lokalną społeczność. Jak się jednak okazało, w tamtym okresie nikt nie był już zainteresowany klasycznymi historiami z Dzikiego Zachodu. Reżyserowi mimo to udało się zrealizować wymarzone dzieło — przenosząc jego fabułę w zupełnie inne realia.
W samo południe, w kosmicznej bazie
W jednym ze wspomnieniowych wywiadów, które pojawiły się w prasie w drugiej dekadzie XXI wieku Hyams przyznawał, że myślał o swoim kolejnym filmie jako o klasycznym westernie. Wszyscy jednak, którym przedstawiał ten projekt, mówili mu, że na tego typu kino po prostu nie ma zapotrzebowania i może on mieć wielkie problemy z zainteresowaniem nim kogokolwiek z branży. Twórca uciekł się więc do pewnego fortelu, umiejscawiając akcję scenariusza filmu na bazie kosmicznej, umiejscowionej na trzecim co do wielkości księżycu Jowisza, Io. Cały czas myśląc jednak o fabule jako o opowieści o pograniczu, swoistym Dodge City w przestrzeni kosmicznej. Miejscu, w którym nieskazitelny bohater ostatecznie rozprawia się z przestępcami.
Już początek filmu Hyamsa, w którym obserwujemy tragiczną śmierć jednego z mieszkańców kosmicznej kolonii na Io, może sugerować, że wkrótce wszyscy jej mieszkańcy będą musieli stawić czoła kosmicznemu zagrożeniu. Szybko jednak okazuje się, że przyczyną nie jest żadne pozaziemskie niebezpieczeństwo, lecz wielka ludzka chciwość. Główny bohater, pilnujący porządku w bazie szeryf William T. O’Niel, odkrywa bowiem, że za śmierć wspomnianego nieszczęśnika, a także inne brutalne incydenty w kolonii, odpowiada dystrybuowany tam silny narkotyk — nie tylko potężnie uzależniający, ale też sprawiający, że załoga może pracować praktycznie od świtu do nocy. Jak łatwo się domyślić, dzięki temu odkryciu Szeryf nadeptuje na odcisk niezwykle wpływowym i bogatym ludziom, którzy wkrótce postanawiają się z nim rozprawić. Pozbawiony wsparcia większości członków załogi — poza doktor Marian Lazarus — a także żony i dziecka, którzy wcześniej opuścili bazę, nie wyobrażając sobie na niej życia, O’Niel niczym bohater grany przez Gary’ego Coopera musi stawić czoła szajce bandytów wysłanych po to, by go unicestwić.
Do roli głównej ponoć typowani byli Clint Eastwood, James Brolin, a także Gene Hackman. Bardzo wcześnie jednak projektem mocno zainteresował się sam Sean Connery, co mimo wszystko mogło nieco dziwić. Szkocki gwiazdor, znany już wtedy z roli agenta 007 już wcześniej wystąpił bowiem w produkcji fantastycznej. Wątpliwe jednak, że swą słynną rolę Zeda w “Zardozie” Johna Boormanna, do dziś wywołującą uśmiech na ustach wielu widzów, wspominał dobrze. Jeszcze przed realizacją “Odległego lądu” wcielił się zresztą w postać naukowca Paula Bradleya w “Meteorycie” Rolanda Neame, w którym bronił ludzkość przed lecącym w stronę naszej planety tytułowym obiektem.Connery był w tym czasie wyjątkowo zapracowany, o czym świadczy choćby to, że dostał od reżysera pozwolenie na opuszczanie porannych sesji zdjęciowych, po to by móc w tym czasie realizować sceny w słynnych “Bandytach czasu” Terry’ego Gilliama. Występ w obrazie Hyamsa miał go zresztą kosztować angaż w innym, legendarnym filmie, którym okazały się “Rydwany ognia”. Był już bowiem po słowie z twórcami tego nagrodzonego czterema Oscarami dzieła, ale przedłużająca się praca przy realizacji “Odległego lądu” sprawiła, że musiał zrezygnować z drugoplanowej roli w obrazie Hugh Hudsona.
Długi okres realizacji filmu nie mógł dziwić, zważywszy na jego wysokie wymagania produkcyjne i konieczność starannych przygotowań. Produkcja powstawała w Pinewood Studios w Wielkiej Brytanii, gdzie scenografia została zaprojektowana tak, by odzwierciedlać realistyczne, przemysłowe środowisko: ciasne korytarze, brudne hale, surowe pomieszczenia i moduły mieszkalne, co podkreślało klaustrofobiczną i posępną atmosferę bazy na Io. Wszystkie główne lokacje — od bloków wydobywczych, przez strefy przemysłowe, aż po klub rozrywkowy — zostały wzniesione fizycznie z paneli, rekwizytów i metalowych elementów, co dawało wrażenie prawdziwego, funkcjonującego kompleksu pracowniczo-mieszkalnego.
Do ujęć zewnętrznych i panoram oraz do przedstawienia kompleksu w przestrzeni kosmicznej wykorzystano miniaturowe modele stacji oraz innych obiektów. To one były filmowane i łączone z materiałem aktorskim przy pomocy technik fotograficznych. Pod względem technicznym obraz Hyamsa był przełomowy choćby z uwagi na pierwsze użycie w nim technologii Introvision. Pozwalała ona łączyć na żywo w kamerze aktorów na planie z wcześniej nakręconymi planami tła i miniaturami, eliminując konieczność skomplikowanego i czasochłonnego montażu optycznego. Dzięki temu aktorzy mogli pozornie wchodzić w przestrzeń modeli i wielkich plansz tła, co tworzyło realistyczne wrażenie uczestnictwa w otoczeniu całej stacji kosmicznej.
Wielki cień Obcego
Debiutujący w kinach w 1981 roku film nie uniknął porównań do wielkiego dzieła Ridleya Scotta sprzed dwóch lat. Spotęgowała je nie tylko podobnie posępna atmosfera na stacji kosmicznej, na której toczy się akcja filmu, ale również muzyka Jerry’ego Goldsmitha. Nie tylko współpracującego z Hyamsem podczas realizacji “Koziorożca 1”, ale również autora soundtracku do “Obcego: Ósmego pasażera Nostromo”. Krytycy chwalili znakomitą oprawę audiowizualną, a także rolę Seana Connery’ego. Z drugiej jednak strony wielu dziennikarzy kompletnie nie przekonała, oparta na westernowym szkielecie fabuła, rzeczywiście będąca najsłabszym elementem tego całkiem niezłego filmu.
“Odległy ląd” nie okazał się wielkim wygranym kinowego box office. Przy budżecie sięgającym 14 milionów dolarów zarobił ledwie 20 milionów, co nie przeszkodziło w osiągnięciu sporego sukcesu na rynku VHS. „Outland” trafił na domowy rynek na VHS, Beta i formaty wideo w 1982 roku, niedługo po kinowej premierze, i był wielokrotnie wznawiany w latach 1982–1998, w tym także w wersjach szerokiego ekranu na kasetach NTSC. Pojawiły się też wydania na Laserdisc w latach 80. i 90. W 1997 roku film trafił również na wydanie DVD, zarówno w formacie panoramicznym, jak i pełnoekranowym na płycie dwustronnej. To wydanie było jednak mocno krytykowane, ze względu na słabą jakość obrazu i brak możliwości jego poprawy.
O kultowości tego filmu świadczy jednak nie tylko ogromna żywotność tego tytułu na rynku VHS, ale przede wszystkim późniejsze nawiązania w innych filmach. Tuż po premierze “Obcego: decydujące starcie” Jamesa Camerona w wielu tekstach z tego okresu pojawiają się odniesienia właśnie do filmu Hyamsa, który odżywa w późniejszych dekadach także w innych filmach. Do inspiracji nim przyznawał się choćby Duncan Jones, twórca pamiętnego “Moon” z Samem Rockwellem. Niektórzy doszukują się nawiązań do tego filmu w znanej grze “Starfield” z 2023 roku. Obraz Hyamsa zainspirował również komiks, który ukazywał się w magazynie “Heavy Metal” od czerwca 1981 do stycznia 1982 roku. W 2009 roku głośno było o jego możliwym remake’u, realizowanym dla Warner Bros., którym miał się zająć Michael Davis. Twórca kojarzony w tym czasie głównie za sprawą nietuzinkowego “Tylko strzelaj” z Clive’em Owenem i Monicą Bellucci. Projekt ten nie został jednak rozwinięty.
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych