Na aktualnej generacji urodziło się wielu zacnych bohaterów, kolejni powrócili z dalekich podróży i ponownie zaprezentowali swoje wdzięki, ale zdecydowanie za długo czekaliśmy na jednego gościa. Activision ma w swoim katalogu prawdziwą perełkę, która za długo była trzymana w skrytce na miotły pod schodami. Crash Bandicoot powrócił, a jego najnowsza przygoda udowadnia mi jedno – platformówki potrafią wymęczyć. Twórcy na szczęście nie przeginają w sposób, przez który chcesz rzucić kontrolerem w ścianę i z partyzanta uderzyć w telewizor. Te męczarnie są dawkowane, więc jako ambitny gracz mający lata doświadczenia chcesz grać lepiej, męczyć się mocniej, by udowodnić swoje umiejętności i pokazać światu, że Twoje paluchy jeszcze nie zardzewiały... Recenzji Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas nie mogę zacząć inaczej: musicie poznać tę przygodę.

Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas potrafi wymęczyć

Crash Bandicoot 4 - recenzja - początek przygody i szczelina

Jestem jednym z graczy, który uwielbia się męczyć, mogę godzinami próbować przejść jeden etap, rywalizować z jednym bossem, by po rzucaniu mięsem na lewo i prawo, móc powiedzieć: udało się. Rozpoczynając przygodę z Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas nie sądziłem, że moja cierpliwość będzie tak często testowana. Toys for Bob urzekło mnie od samego początku, gdyż deweloperzy już na starcie pozwalają podejść do rozgrywki w klasyczny lub współczesny sposób. Jeśli wybierzemy tę pierwszą opcję, musimy zwracać uwagę na życia, ponieważ wyzerowanie licznika sprawi, że etap rozpoczniemy od początku.

Nie obawiajcie się jednak, gdy nie macie większego doświadczenia w gatunku i chcecie podejść do tytułu w bardziej rekreacyjny sposób – dla takich łowców atrakcji przygotowano uwspółcześnioną wersję przygody, w której nie musimy zwracać uwagę na HP, częściej korzystamy z przystanków, a w chwili doświadczania większych problemów, deweloperzy wyciągną w naszą stronę pomocną dłoń i pozwolą skorzystać z dodatkowego przedmiotu ułatwiającego rozgrywkę. W recenzowanym Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas to jest właśnie najlepsze: twórcy wyraźnie wiedzą do kogo adresują swoją produkcję i doskonale znają potrzeby graczy. Z jednej strony otrzymujemy kawał wymagającej przygody, która potrafi zaskoczyć bezkompromisowymi sekwencjami, ale z drugiej możemy podejść do rozgrywki w swobodniejszy sposób.

Toys for Bob adresuje swoją produkcję do wiernych fanów gatunków, entuzjastów wychowanych na Crashu, ale jednocześnie nie zapomina o młodszych odbiorcach – tych jeszcze niedoświadczonych rybkach w wielkim akwarium. Nie jestem zwolennikiem tworzenia produkcji dla każdego, bo często takie produkty tracą swój charakter, ale tutaj zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. W trakcie rozgrywki miałem wrażenie, że Toys for Bob, jak mało który deweloper, doskonale zrozumiał potrzeby odbiorców, a ta wiedza została znakomicie przelana na całą produkcję.

Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas nie wymyśla koła na nowo, ale je rozbudowuje

Crash Bandicoot 4 - recenzja - Coco wkracza do akcji

To zrozumienie materiału źródłowego było już wyczuwalne w wychwalanej przez wielu trylogii z 2017 roku, a deweloperzy na jej podstawie zbudowali zupełnie nową opowieść. W Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas rozpoczynamy przygodę na pozornie znanej plaży, po krótkim wprowadzeniu zaczynamy kontrolować tytułowego bohatera i od pierwszego skoku, wykonanego ataku, rozbiciu pierwszych skrzynek lub wskoczeniu na głowy kilku przeciwników, uświadomiłem sobie jedno: to po prostu Crash. Znane ruchy, niemal to same uczucie podczas podróżowania postacią utwierdziły mnie w przekonaniu, że Toys for Bob nie zdecydowało się na rewolucję. Autorzy nie zamierzają stawać do walki ze wszystkimi fanatykami tego IP, ale to nie znaczy, że tytuł nie oferuje czegoś nowego... Tylko te wszystkie nowe mechaniki zostały kompleksowo wdrożone w rozgrywkę i stały się jej częścią. W trakcie przechodzenia opowieści złapałem się nawet na tym, że zastanawiałem się, jak niektóre elementy były zrealizowane we wspomnianej trylogii – problem w tym, że ich tam po prostu nie było.

Zanim jednak przejdę do omawiania samych nowości to muszę zarysować ważny element, bez którego opowiadanie o gameplayu nie ma większego sensu. Twórcy sprytnie powiązali odświeżenie rozgrywki z fabułą, ponieważ na samym początku przygody widzimy scenę, w której N. Tropy, Neo Cortex oraz oczywiście Uka Uka próbują za wszelką cenę uwolnić się z więzienia. Na nieszczęście Crasha, ich misja zostaje w pewien sposób zrealizowana, co staje się punktem rozpoczęcia opowieści. Jamraj pasiasty musi wziąć sprawy w swoje ręce, odnaleźć nowych sprzymierzeńców, pokonać znanych przeciwników, a cała ta opowiastka jest zdumiewająco rozbudowana. W trakcie gry usłyszycie więcej dialogów niż w całej serii, ale nie możecie liczyć, że wniosą one cokolwiek do doświadczenia. Twórcy chcieli rozbudować grę przez narrację, wykonali swoje zadanie, ale nie mogę stwierdzić, by wydarzenia mnie ujęły. To nadal Crash w całej swojej okazałości, więc gdzieś tam z boku jest nowa przygoda, a w tym wypadku pierwsze skrzypce gra gameplay. Tak jak już wspomniałem, on nie zawodzi, bo został interesująco rozbudowany.

Pisząc o „nowych sprzymierzeńcach” miałem na myśli Maski Kwantowe, które pojawiły się w świecie, po tym jak Uka Uka rozdarł czasoprzestrzeń i wywołał chaos. Aku-Aku radzi Crashowi odnaleźć wszystkie przedmioty, bo tylko dzięki wspólnej pracy możemy pokonać nadciągające zło. I tak w recenzowanym Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas pojawia się najważniejsze odświeżenie rozgrywki – podczas przechodzenia misji natrafiamy teraz na nowe maski, które pozwalają nam zwolnić czas, by szybko przeskoczyć po dynamicznie ruszających się platformach, przywołać lub usunąć niedostępne obiekty, zmienić grawitację i umożliwić bieganie po suficie lub sprawić, by nasz bohater kręcił się niczym szalony i w taki sposób przedarł się do wcześniej niedostępnych miejsc. Deweloperzy wykorzystują znane motywy, które widzieliśmy w innych grach, ale mądrze wkładają je w nowe szaty, sprawiając tym samym, że gameplay jest ubarwiony. Dzięki animacjom, ruchom oraz samemu czuciu – nadal mamy świadomość, że gramy w Crasha, ale całość została znacząco rozbudowana.

Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas pozwala zwiedzać mądrze zaprojektowane miejsca

Crash Bandicoot 4 - recenzja - Crash w zimowej lokacji

Twórcy sprytnie rozbudowali grę, ale na każdym kroku rzucają w graczy elementami, które pobudzą nawet najbardziej skostniałe serca fanów platformówek. W grze nie brakuje takich sekwencji jak uciekanie przed dużym przeciwnikiem, często mamy okazję wpaść do dodatkowego poziomu, by przechadzać się w nim w 2D i cały czas walczymy w poszukiwaniu kolejnych skrzyń. W bardzo ciekawy sposób zbudowana została sama progresja, która odbywa się teraz w etapach, a podczas rozgrywki gracze mają świadomość, jak dobrze udaje im się ukończyć dany poziom. Teraz na każdym levelu (nie licząc bossów) możemy zdobyć aż sześć klejnotów i wymaksowanie wszystkich lokacji zajmie sporo – poznanie głównej historii to zabawa na 8-9 godzin, jednak w tym czasie nie macie najmniejszych szans, by zdobyć 100% w każdej miejscówce.

Jak już wspominałem: poziom trudności jest wysoki, a niektóre lokacje potrafiły mnie żywo zaskoczyć wachlarzem atrakcji. Autorzy w bardzo mądry sposób bawią się perspektywą i potrafią umieścić kilka skrzynek w taki miejscach, że łatwo je pominąć. Gracz musi teraz bardzo uważnie podchodzić do lokacji – czasami trzeba dodatkowo skoczyć, innym razem cofnąć się, a nie brakuje nawet miejscówek z alternatywnym pomieszczeniem – nietrudno ominąć kilka niespodzianek. I tutaj właśnie pojawia się ogromny atut recenzowanego Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas: produkcja jest wyjątkowo regrywalna. Pierwsze ukończenie gry to tak naprawdę początek, ponieważ w głównym wątku znalazły się 43 główne poziomy (w tym 5 bossów), ale gracze mają okazję odwiedzić każdy teren w wersji N. Verted (zmiana grafiki i kolorów), co daje nam już 86 miejscówek. Ponad to, deweloperzy przygotowali dokładnie 21 Flashback Levels (krótsze wyzwania), do których dostęp otrzymujemy dopiero po odnalezieniu specjalnych taśm, a ponadto mamy także okazję sprawdzić lokacje, w których kontrolujemy Tawnę, Neo Cortexa oraz Dingodile'a.

Każdy z bohaterów otrzymał swój unikalny zestaw ruchów oraz korzysta z własnych sprzętów – Tawna używa haka, który idealnie nadaje się do walki oraz pozwala sięgnąć po kilka dodatkowych skrzyń. Świetnie sprawdza się także giwera Cortexa lub strzelbo-odkurzacz Dingodile'a. W tym miejscu na pewno warto wyjaśnić, że w całą grę możemy ukończyć Crashem lub Coco – postacie posiadają identyczne animacje, więc zmiana jest w zasadzie czysto kosmetyczna. W grze znalazła się także tona nowych strojów dla głównych bohaterów, ale ich odblokowanie jest zazwyczaj powiązane z trudnymi wyzwaniami.

Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas proponuje walkę na jednej kanapie

Crash Bandicoot 4 - recenzja - retro kaseta

Już wcześniej wspominałem, że zespół Toys for Bob dobrze zna swoją publikę, a najlepszym tego dowodem są atrakcje przygotowane dla graczy na jednej kanapie. Gra pozwala nie tylko uczestniczyć w trybach multiplayer polegających na ukończeniu poziomów w odpowiednim stylu, ale możemy klasycznie podawać sobie kontroler przykładowo po śmierci lub zakończeniu poziomu. Deweloperzy przygotowali nawet system, który nas informuje, że najwyższy czas, by podać pada dalej. Proste? Wręcz banalne, ale przypomniało mi, jaką frajdę miałem ogrywając klasyczną trylogię ze znajomymi – wtedy nikt nie myślał o rozgrywce w Sieci... I szkoda, że twórcy recenzowanego Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas o niej zapomnieli, ponieważ tytuł byłby idealnie rozbudowany o prostą współpracę lub zmagania PVP. Oba elementy są dostępne w grze, ale przynajmniej aktualnie nie możemy do zabawy zaprosić przykładowo znajomego z innego miasta.

Recenzowany Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas to również jedna z piękniejszych gier dostępnych na aktualnej generacji. Animacje postaci zostały dopracowane do granic możliwości, świetnie prezentuje się główny bohater, na którego patrzy się z przyjemnością, a podczas wędrówki wpadamy do kolejnych lokacji, które posiadają swoje charakterystyczne motywy i unikalny charakter, a do tego są kolorowe – pięknie wygląda futurystyczne miasto, znajdzie się tutaj sporo przyjemności dla entuzjastów Mad Maxa, swoje cztery ściany znalazłby Jack Sparrow, łatwo też zachwycić się klasyczną dżunglą, a deweloperzy dorzucają swoją wariację na temat Mardi Gras. Tytuł po względem oprawy przypomina wysokobudżetowe animacje, na które do niedawna patrzeliśmy w kinowych salach, a teraz możemy dosłownie uczestniczyć w tej szalonej zabawie.

Oczywiście nie zapomniano także o unikalnych przeciwnikach w każdym świecie, dorzuceniu do światów nowych skrzyń (są nawet takie niebezpieczne!), ale na pewno muszę zwrócić uwagę na samo wykonanie bohaterów. Przed premierą powiedziano wiele na temat wyglądu postaci, ale szczerze? Uwielbiam odświeżony wizerunek odrobinę szalonego Crasha, który bardzo dobrze zestawia się z rozważną Coco. Sytuacja wygląda identycznie w przypadku pozostałych postaci – choć najlepsze wrażenie zrobiła na mnie Tawna. Gra jest oczywiście liniowa i niemal od początku jesteśmy prowadzeni za rączkę... Lub raczej sami prowadzimy bohatera po mapie świata, jednak system wyboru lokacji powinien trafić w gust fanów pierwszej części Crasha.

Crash Bandicoot 4 pokazuje, że nie trzeba tworzyć remasterów. „Najwyższy czas” rozwijać uniwersa

Crash Bandicoot 4 - recenzja - Crash i Coco

Przy tym całym odświeżeniu i różnorodnościach, Crash Bandicoot oferuje kawał bardzo satysfakcjonującej rozgrywki, która nie zatraciła klasycznej atmosfery. Choć w grze pojawiają się takie elementy jak jazda na wielkich metalowych konstrukcjach, bujanie na lianach i systematycznie korzystamy z nowych masek, to cały czas w trakcie dotykania analogów czujemy, że ruszamy się tym starym, chciałoby się powiedzieć „odrobinę zardzewiałym” Crashem, ale akurat ten bohater jeszcze nigdy nie był tak żywy. Twórcy nie zapomnieli o walkach z bossami, dbają o moje ulubione i powodujące wstrzymanie oddechu na kilkanaście sekund, pościgi, by zmieszać to wszystko w koktajlu, który sprawia, że trudno było mi odejść od telewizora. Trylogię ograłem wiele lat temu, później poznałem jej współczesne wersje na PlayStation 4, Xboksie One i Nintendo Switchu, by w ostateczności najlepiej bawić się już w pełnoprawnej kontynuacji.

Toys for Bob na każdym kroku udowadnia, że jest godne rozwijania tego IP i choć chciałbym, by ta przygoda trwała jeszcze dobre 2 godziny dłużej, to jestem zachwycony, bo do tej produkcji będę jeszcze wielokrotnie wracał. I Wy też nie powinniście czekać, bo na rynku mało jest tak dobrych platformówek, które mądrze rozwijają klasyczną koncepcję, by zaproponować graczom coś nowego – jednocześnie nie zapominając o podstawach serii.

Według mnie recenzowany Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas to zdecydowanie najlepsza część serii.