Final Strike Games pracowało nad Rocket Arena już od paru lat, wypuszczając pierwszą wersję beta już w maju 2019 roku. Nieco ponad rok później deweloperzy dostali szczęśliwy bilet od losu, dzięki któremu wydawcą ich życiowego dzieła zostało samo Electronic Arts - a jak zdążyliśmy się już przekonać, w ramach EA Originals pojawiają się wyłącznie wyjątkowe produkcje.

Rakietowa impreza

W przeciwieństwie do wielu innych hero-shooterów, recenzowane Rocket Arena nie stara się udawać, że jest czymś więcej niż tylko imprezową grą z e-sportowym potencjałem. Podczas gdy konkurencja szyje jakimiś grubymi nićmi fabułę opartą na wojnach frakcji, romansach i innych tego typu pierdołach, tak Final Strike Games po prostu ubiera swój tytuł w rozrywkowe szaty, zachęcając nas do rywalizacji w duchu sportowego fair-play. 

Na dzień dobry dostajemy zatem 10 różnorodnych zawodników marzących o sławie i pieniądzach, wśród których znajdziemy między innymi grubego pirata, inspirowaną Amazonkami wojowniczkę, zmiennokształtną morską królewnę Amphorę, czarodziejkę uzbrojoną w karty, a nawet nastoletniego dzieciaka. Jasno zatem widzicie, że całość ma bardzo luźną atmosferę i bez żadnego problemu odnajdą się tu zarówno dorośli jak i młodsi gracze.

Rocket Arena - podchody

Głównym motywem marketingowym gry był fakt, że wszystkie postacie walczą tu wyłącznie za pomocą tytułowych rakiet, co na pierwszy rzut oka może budzić pewien niepokój, sugerując bardzo nijaki i monotonny gameplay. Na szczęście deweloperzy doskonale zdali egzamin różnorodności, dzięki czemu każdym z 10 zawodników walczy się zupełnie inaczej. Nie są to jedynie różnice kosmetyczne pokroju tego, że ktoś biega szybciej lub skacze dalej! 

Jeśli lubisz poczuć się jak rozgniatający wrogów moloch, na pewno spodoba ci się pirat Blastbeard. Jeśli zaś lubisz bardzo zwinne i niezauważalnie przemykające postacie, koniecznie wypróbuj Amphorę. A jeśli chciałbyś sprawdzić się jako obrońca zespołu weź magiczną Mysteen, której tarcza uchroni Was przed niechybną przegraną.

Rocket Arena - balans postaci

W recenzowanej przeze mnie produkcji jest jednak pewien malutki problem - balans postaci jest czymś nad czym twórcy spędzili zdecydowanie zbyt mało czasu. Walki na arenach odbywają się wyłącznie w formule 3 na 3, przez co każdy gracz jest tutaj na wagę złota i jeśli choć jeden członek zespołu zawala robotę, o wygranej możemy co najwyżej pomarzyć. W starciach 1 na 1 kluczowe są tak naprawdę umiejętności poszczególnych graczy, więc można powiedzieć, że pod tym kątem wszystko jest jak najbardziej w porządku.

Rocket Arena - bohaterowie

Schody zaczynają się przy starciach dwóch na jednego bądź trzech na dwóch. Choćbyście byli nie wiadomo jak boskimi kozakami, e-sportowymi wyjadaczami, czy mistrzami wszechświata w sieciowych produkcjach. Jak przeciwnicy mają o tego jednego zawodnika więcej, praktycznie nie macie już szans na wygraną - tyczy się to przede wszystkim sytuacji, w których ktoś po prostu chamsko opuści mecz lub stoi w kącie jak drewniana kukiełka. Niestety deweloperzy nie pokusili się o absolutnie żaden system kar dla takowych graczy przez co dość często możecie trafić na takich nieuczciwych ludzi.

Powiedzmy, że o ile w trybie Nokautu ma to jakiś sens, bo bot czekający na to aż zmieni go żywy gracz mógłby być zbyt łatwym kąskiem dla rywali, tak w Rakietowej piłce, Podchodach, czy też przy przejmowaniu Megarakiet, brak nawet najgłupszego bota na świecie stanowi ogromny problem!

Wypad z Areny!

Rozgrywka w Rocket Arena podzielona została na dwie warstwy - tryb nastawiony wyłącznie na walkę PvP oraz na arenowe zmagania drużynowe. To właśnie w tych drugich tkwi chyba największa frajda i miodność związana z całą grą. Zabawa w rakietową piłkę to swego rodzaju gra w piłkę ręczną, gdzie musimy wrzucić obiekt do "bramki" przeciwników, zaś Megarakiety są tradycyjnym przejmowaniem punktów. Bardzo ciekawie prezentują się zaś Podchody (najciekawszy tryb recenzowanej produkcji), gdzie najpierw musimy przez określoną ilość czasu uciekać ze skradzionym skarbem (ten można odbić w każdej chwili), a następnie przez kilkanaście sekund musimy zbierać jak najwięcej monet rozsianych po mapie - kto zbierze 250 sztuk złota jako pierwszy, wygrywa.

Dzięki temu czasem nie ważne jest jak celnie strzelasz i tak możesz okazać się bardzo przydatnym zawodnikiem. Dodatkowo całkiem ciekawym rozwiązaniem okazuje się być zaimplementowany w grze system życia, który jest oparty na... Super Smash Bros. Co to oznacza? Zamiast naparzania się do ostatnich punktów życia, z każdym otrzymanym ciosem ładuje się na tobie swego rodzaju impet, a gdy dostaniesz na dziąsło zbyt dużo rakiet, po prostu wylatujesz z areny tak samo jak postacie w bijatyce Nintendo.

Dzięki takiemu systemowi możesz w dowolnym momencie wycofać się z walki, pouciekać przed rywalami i obniżyć ryzyko zostania wystrzelonym w kosmos. W jednej z recenzji czytałem, że brakowało komuś postaci typowego healera, ale no bądźmy szczerzy - po co komu healer w grze, gdzie sam możesz odnowić sobie "życie". 

No i to by było w sumie na tyle. Rocket Arena jest naprawdę bardzo ciekawą produkcją, która podchodzi do tematu w unikalny sposób, choć niestety ma swoje mniejsze i większe grzeszki, składające się całościowo na co najwyżej dobrą propozycję dla fanów sieciowych strzelanin. Miejmy jednak nadzieję, że deweloperzy nie porzucą swojego dzieła i dostarczą nam kolejnych bohaterów, kolejne tak ciekawie zaprojektowane mapy, a także ciekawsze przedmioty kosmetyczne - bo obecne są po prostu żenujące. Na 14 skórek dla każdej postaci, 13 z nich to zwyczajnie inaczej pokolorowane wariacje podstawki.