Disintegration ma na siebie pomysł, to trzeba produkcji V1 Interactive przyznać. Mamy tutaj nietypowe połączenie strategii i strzelanki pierwszoosobowej, ciekawy koncept na fabułę i świat przedstawiony, a to wszystko w przyjemnym dla oka designie. Bez owijania w bawełnę, na wyżej wspomnianych rzeczach raczej się kończy, bo cała reszta jest po prostu przeciętna.

Disintegration zabiera nas o ponad 150 lat w przyszłość, kiedy to pod wpływem ocieplenia klimatu ludzkość się rozpada. Oczywiście ludzi tak łatwo pozbyć się nie da, tym bardziej w sytuacji kiedy grupa naukowców opracowała sposób na przeniesienie ludzkiej świadomości w robota - co uczyniło ich w zasadzie nieśmiertelnymi, przynajmniej dopóki mają "pojemnik" na swój mózg. Tym samym umożliwiło to oszczędzenie zasobów naturalnych.

Proces ten określony został jako Integracja. Początkowo nie był on obowiązkowy, ale jedna z korporacji zaczęła to wymuszać. Oczywiście istnieje grupa ludzi, której się to nie podoba. Tutaj wkraczamy my, gracze, i wcielamy się w Romera przewodniczącego grupie buntowników.

Disintegration dobrze prezentuje się na papierze, ale na tym koniec

Mimo, iż już na początku tej recenzji określiłem Disintegration jako średniaka, muszę przyznać, że fabuła to jeden z najmocniejszych punktów gry. Nie jest to nic wybitnego, ale wszystkie wydarzenia śledziłem z umiarkowanym zainteresowaniem i byłem ciekaw, co wydarzy się później. Postacie z początku nieciekawe nabrały charakteru pod koniec i co niektóre zdobyły odrobinę mojej sympatii.

Disintegration ma jednak nawet tutaj trochę problemów. Mowa między innymi o wykonaniu przerywników filmowych. Ruchy ust postaci w zasadzie nigdy nie współgrają z wypowiadanymi kwestiami. Ponadto mimika twarzy jest co najmniej dziwna - bo jak inaczej określić ruszające się kości policzkowe, podczas gdy usta postaci zdają się ociężałe. Gdyby tego było mało, mimo udostępnionej łatki część przerywników nie miała obrazu, a jedynie sam dźwięk. Problem utrzymywał się do momentu, w którym uruchomiłem grę ponownie. To jednak nie wszystko, bo jeśli na chwilę zatrzymałem grę podczas scenki, po wyłączeniu pauzy dźwięk z obrazem nie współgrał ani trochę - wszystko było rozsynchronizowane.

Disintegration w pierwszym zamyśle było grą z gatunku RTS

Disintegration nie imponuje również w temacie rozgrywki. W pierwszej wersji gra była strategią czasu rzeczywistego, ale na pewnym etapie prac twórcy stwierdzili, że w takiej formie nie będzie się zbytnio wyróżniać. Dlatego główny twórca (Marcus Lehto - współtwórca serii Halo) postanowił, że trzeba koncept przerobić na grę z gatunku FPS, ale posiadającą elementy RTS.

Wyszło to średnio i nie dlatego, że oba gatunki nie mogą ze sobą współgrać. Jest kilka gier, które udowodniły, że w teorii niepasujące do siebie elementy mogą wspólnie świetnie funkcjonować. Jak to wygląda w omawianym tytule?

Wspomniane elementy RTS ograniczają się do wydawania rozkazów. Możemy zdecydować na jakim przeciwniku mają skupić się nasi kompani, albo skorzystać z ich specjalnych umiejętności - jak chociażby spowolnienie, czy granat ogłuszający. Bez korzystania z tego już nawet poziom normalny może przysporzyć trudności - dlatego problematyczne są misje wykonywane w pojedynkę.

Disintegration mogło być naprawdę udane

Koncept na Disintegration brzmi ciekawie, ale co z tego skoro wiele elementów leży u samych podstaw. Nie powiem, że elementy strategiczne nie nadają się do niczego, bo tak nie jest. Nasi kompani dobrze reagują na rozkazy i faktycznie sporo pomagają. Jednak to co zaprezentowała gra, to za mało żeby mówić o jakichkolwiek większych podobieństwach do RTSów. Podobne rozwiązania mieliśmy już w wielu grach, nawet na PlayStation 2.

Zostawiając już temat strategicznych elementów, to strzela się też przeciętnie. Mój główny problem dotyczył celowania i ogólnie obsługi broni. Mimo wielu prób znalezienia dla siebie odpowiedniej konfiguracji spośród dostępnych opcji, zawsze coś mi nie pasowało. W końcu olałem temat i po prostu (nie do końca) przyzwyczaiłem się do tego, co gra w tej warstwie oferuje.

Jednak gdy wróciłem do Call of Duty sprzed kilku lat (i to wcale nie jakiegoś najbardziej cenionego) uderzyło mnie to, jak o wiele bardziej jest to po prostu wygodniejsze i przyjemniejsze. Po co więc grać w Disintegration, skoro gra sprzed dobrych kilku lat oferuje coś znacznie lepszego? No właśnie.

Disintegration pełne jest nieprzemyślanych rozwiązań

Disintegration nie należy oczywiście do najwyższej ligi w gatunku, ale nie znaczy to, że pewne elementy trzeba w jakikolwiek sposób doceniać. Gdyby mało było problemów z samym strzelaniem, twórcy postarali się o to, aby było jeszcze bardziej nieprzyjemnie i bezsensownie. Każdą z misji zaczynamy w bazie, gdzie możemy porozmawiać z postaciami pobocznymi i tym samym podjąć wyzwania (po 3 na misję). To fajne urozmaicenie, ale w świetle tego o czym napiszę w następnej kolejności, nie mają większego znaczenia.

Problem mam taki, że mimo iż główny bohater dowodzi misją zresetowania ludzkości, jako gracze nie mamy wyboru broni i towarzyszy przed misją. Zdani jesteśmy na to co zaproponowali twórcy. Pomijając nawet kwestię kompanów, przypisane do danej misji bronie nie zawsze będą tak dobre jak te, z których korzystaliśmy wcześniej - przekłada się to oczywiście na jakość zabawy, która czasami potrafi być zerowa. Bo jaka przyjemność jest w strzelaniu do szybkiego przeciwnika z powolnej wyrzutni rakiet? Otóż to - żadna.

Disintegration ma ścieżkę dźwiękową. A to heca!

Na koniec pozostawiłem kwestię ścieżki dźwiękowej Disintegration. Po tych wszystkich zarzutach jakie skierowałem w stronę tej produkcji, spodziewacie się pewnie kolejnych. W tym przypadku jednak tak nie będzie. Ścieżkę dźwiękową gry uważam za udaną. Szkoda tylko, że tak naprawdę nie ma wielu okazji do posłuchania jej. Twórcy w jakimś dziwnym postanowieniu skupili się na tym, żeby przygrywała głównie w trakcie przerywników filmowych. Oprócz tego kompozycje usłyszymy podczas walki, czy czasami podczas eksploracji - w tym drugim przypadku jednak dość rzadko. Szkoda, bo muzyka takiej jakości pojawiająca się częściej, mogłaby trochę zmienić jeśli chodzi o całościowy odbiór.

Disintegration warto zakupić tylko wtedy, gdy już nie ma w co grać

To w końcu dla kogo jest to nieszczęsne Disintegration? Myślę, że najbardziej zapaleni fani gatunku i tak prędzej czy później sprawdzą ten tytuł. Nawet jeśli jesteście tego typu osobami, polecam dobrze się zastanowić przed kupnem. Nie znajdziecie tutaj zbyt wiele elementów wartych uwagi, tym bardziej, że gra w wielu podstawowych kwestiach jest po prostu przeciętna. Jeśli chodzi o gry, a nawet sam gatunek, to jest w czym wybierać. W tryb wieloosobowy też pewnie nie pogracie, bo na ten moment nawet przez kilka godzin dziennie przesiadywania w lobby, nie udało mi się nikogo znaleźć do wspólnej gry. Przy czym Disintegration kosztuje prawie 210 złotych - wolne żarty, naprawdę.