Bethesda wydała pierwszy The Elder Scrolls, Blizzard zaoferował WarCrafta, SNK wrzuciło na rynek Neo Geo CD, Namco zaprosiło na pierwsze walki w Tekkenie, a Sony zapewniło konsolę, która zmieniła życie milionów graczy z całego świata: PlayStation. To wszystko wydarzyło się w 1994 roku i także w tym roku na rynku zadebiutował Streets of Rage 3. Po ponad 20 latach tylko nieliczni fani wierzyli jeszcze, że ktokolwiek może sięgnąć po to IP i zdecydować się na pełnoprawną kontynuacją, ale znaleźli się szaleńcy, którzy postanowili zmierzyć się z tym wyzwaniem. Jak jednak po 26 latach zachować magię serii Streets of Rage i zaproponować serię młodemu pokoleniu?

Street of Rage 4 - recenzja 1

Streets of Rage 4? Tak na trzy godzinki

Twórcy mogli podążyć drogą Square Enix serwując pełny remake i budując tym samym nową produkcję na starych fundamentach, ale Lizardcube wpadło na zupełnie inny, zaskakujący pomysł. Wzięli staroszkolny gameplay, ubrali go w nowe szaty, wrzucili na nowe platformy i patrzą jak płonie świat. Zespół z pełną świadomością oferuje współczesnym graczom gameplay, który sprawdzał się 25 lat temu, a dzisiaj jest dużym wyzwaniem dosłownie dla wszystkich. Przed sięgnięciem po produkcję nie byłem pewien, czy rozgrywka ma jakikolwiek sens, ale z perspektywy czasu wiem, że deweloperzy nie tylko zaryzykowali, ale mogli swoim działaniem wskrzesić gatunek.

Streets of Rage 4 powraca do nas z łatwą do przewidzenia historią – zły facet kontroluje miasto, ma pod sobą wielu równie złych ludzi, a my powracamy po dziesięciu latach w rejony i chcemy poprzez kilka kopniaków wymierzyć sprawiedliwość. Bez najmniejszych zwrotów akcji, bo ponownie wydarzenia są tylko pretekstem, by przedrzeć się przez 12 etapów, a na końcu każdego walczyć z bossem. Pierwsze podejście do gry zajęło mi trzy godziny – czas rozgrywki to zdecydowanie największy problem powracającego, bo choć poprzednie odsłony były jeszcze krótsze, to jednak od współczesnej produkcji po prostu wymaga się więcej. Dodatkowe etapy, kolejni przeciwnicy, a może nawet odrobinę szaleństwa? Tutaj tego nie znajdziemy i choć pierwsze ukończenie fabuły odblokowuje kilka dodatkowych trybów, to jednak są to typowe zapchaj dziury, które nie prezentują oczekiwanej jakości – nie dorównują głównemu trybowi do pięt. Twórcy zapewnili także Boss Rush (jak sama nazwa wskazuje mierzymy się wyłącznie z bossami), Arcade (kampania ze sztywno przypisaną liczbą żyć) oraz walki PVP. Wyraźnie nie wykorzystano potencjału marki, z której w tym miejscu można było wycisnąć dodatkowe soki. W rezultacie dla mnie jedynym ciekawym trybem jest właśnie kampania, w której można męczyć paluchy na pięciu poziomach trudności. Gra na szczęście nie wybacza błędów i potrafi zapewnić oczekiwaną nutkę satysfakcji... A najlepiej sprawdza się w kooperacji – sieciowej dla dwóch osób oraz kanapowej dla czterech. Tutaj jednak pojawia się najważniejsze pytanie: ile razy możesz przechodzić przez 12 etapów?

Street of Rage 4 - recenzja 2

Streets of Rage 4 ma w sobie zaskakujące pokłady nostalgii

Musicie jednak wiedzieć, że w Streets of Rage 4 trudno zagrać „jeden raz” i następnie zapomnieć o grze. Jeśli wychowaliście się na innych tytułach z gatunku, to po kilku wymierzonych ciosach poczujecie dziwne uczucie ciepła w brzuchu... A później będziecie chcieli więcej, więcej i więcej, bo deweloperom udała się rzecz niezwykła: ten tytuł smakuje identycznie jak jego poprzednicy. Tak, to nadal produkcja, którą najlepiej opisuje jedno zdanie: „idziesz w prawo i bijesz”. Bez zagadek, bez udziwnień, wszystko w zasadzie w wykorzystaniem kilku przycisków. Z tego powodu obawiałem się, czy w dzisiejszych czasach taki gameplay nie ma racji bytu, ale produkcja jest zadziwiająco przyjemna. Rozgrywka jest do tego stopnia urzekająca, że po pierwszym ukończeniu kampanii z miejsca włączyłem drugie podejście, a z kanapy wstałem po pięciu godzinach... Gdy już dwukrotnie wyczyściłem ulice. Trzeci „bieg” odbyłem następnego dnia i właśnie wtedy poczułem, że deweloperzy mogli wycisnąć z tej produkcji więcej.

Na start otrzymujemy czterech bohaterów, a każdy posiada swój specjalny ruch, charakteryzuje się innymi combosami oraz oferuje inne poczucie rozgrywki. Nie możemy tutaj mówić o diametralnie nowej rozgrywce, ale mamy przynajmniej cztery (na start) opcje, a podczas zabawy odblokowujemy dodatkowych, klasycznych bohaterów. Niezależnie jednak od wyboru postaci, każdy z wojowników posiada swój specjalny atak, którego wykonanie zmniejsza pasek zdrowia – twórcy tutaj zaskakują, ponieważ gracz otrzymuje szansę nadrobienia HP przez oklepywanie przeciwników. System został tym samym odświeżony, a nawet znacząco ulepszony, co zachęca do wykonywania „specjałów”, które możemy układać z podstawowymi atakami, tworząc tym samym jeszcze potężniejsze combosy. Nie spodziewałem się, że ten system będzie w dzisiejszych czasach tak przyjemny i zachęci mnie do ponownego sięgania po produkcję. Szkoda jedynie, że w pewnym momencie (gdzieś od siódmego poziomu) twórcom zabrakło już pomysłów na stworzenie wielu nowych przeciwników i często korzystają ze znanych twarzy – a po prostu zapewniają im inne fatałaszki. Czasami charakteryzują się oni innymi ciosami, ale brakuje tutaj większej różnorodności.

Zespół Lizardcube w pewien sposób nagradza najbardziej wytrwałych (fanów?), zapewniając możliwość odblokowania 12 retro bohaterów oraz pozwalając wsłuchać się w soundtracki z pierwszego i drugiego Streets of Rage. Szczególnie dobrze wyglądają powracające postacie, które posiadają retro wygląd i obok współczesnych modeli postaci prezentują się naprawdę świetnie. Każdy z wojowników ma oczywiście właściwy sobie styl walki, więc ponownie otrzymujemy możliwość opanowania kolejnych ruchów.

Street of Rage 4 - recenzja 3

W Streets of Rage 4 szukamy kurczaków

Mówiąc „idziesz w prawo i bijesz” trochę uproszczam zabawę, bo bohaterowie mogą jeszcze wchodzić w interakcję z niektórymi elementami otoczenia – tak, dalej pod beczkami można znaleźć kurczaki. W dodatku na większości map trzeba zwracać uwagę na przeszkody, które mogą pozbawić nas odrobinę życia i co gorsza, wybić z rytmu combosów. W akcji pomagają jeszcze Star Moves, czyli potężne ataki, które możemy wykonać tylko po zdobyciu specjalnej gwiazdki, a dodatkowo mamy okazję skorzystać ze znalezionej lub odebranej przeciwnikom broni. Różne pałki, paralizatory lub nawet samurajskie katany pozwalają osiągnąć dużą przewagę na polu walki. Twórcy pozwalają nawet rzucić zdobyczą, więc przy odrobinie wprawy możemy połączyć atak przedmiotem z pozostałymi ciosami.

Pobierając Streets of Rage 4 byłem przekonany, że najchętniej wcielę się w „znane twarze”, ale Cherry Hunter (córka Adama Huntera z pierwszej części!) i Floyd Iraia sprawili mi największą zabawę. Nowa dziewczyna jest bardzo energiczna, wszędzie jej pełno i idealnie nadaje się do wszystkich plansz, gdzie musimy jak najszybciej eliminować przeciwników. Z drugiej strony, Floyd jest zdecydowanie najwolniejszym bohaterem, ale jego metalowe łapy są naprawdę ciężkie i potrafią wyrządzić największe spustoszenie wśród rywali. Przeciwników można chwytać, obijać ich po głowie lub po prostu rzucać, a takie akcje najlepiej wykonuje mi się za pomocą tego mięśniaka.

Deweloperzy zdecydowali się na ręcznie malowane tła, które wyglądają świetnie. Podczas kampanii mamy okazję odwiedzić wiele zróżnicowanych etapów i muszę przyznać, że pod względem oprawy tytuł nie zawodzi. Podobnie zresztą pozytywne wibracje oferuje soundtrack, który ma w sobie nutkę mocy zachęcającej do eliminowania kolejnych przeciwników.

Street of Rage 4 - recenzja 4

Czy warto zainteresować się Streets of Rage 4?

Streets of Rage 4 jest od początku do końca przeładowane nostalgią i choć oferuje wszystkie atuty swojego poprzednika, to nie zapomina o jego wadach. Deweloperzy się jednak z tym specjalnie nie kryją i mówią wprost – to klasyczny beat’em up przeniesiony w nowe realia. Idziesz w prawo, bijesz, używasz specjalnych umiejętności, czasami rzucisz kosą i wszystko kończy się po trzech godzinach. Chcesz więcej? Wybierasz kolejną postać, zapraszasz na kwadrat ziomka i razem wspominacie „jak to kiedyś było”, okładając po ryjach kolejnych przeciwników.

Gdzieś w tym szaleństwie nie zdecydowano się na doprowadzenie serii do współczesnych realiów, rozbudowując kampanię lub serwując ciekawsze dodatkowe tryby, ale nawet w takich okolicznościach – Streets of Rage 4 potrafi zauroczyć. Czy siła nostalgii jest warta 104 zł (aktualna cena)? Wszystko zależy od tego, jak często zarywaliście nocki przy podobnych tytułach. Jeśli złamaliście na brawlerach kilka padów, to możecie śmiało brać. To dla takich maniaków gatunku został stworzony ten tytuł. Reszta musi jednak wziąć pod uwagę skalę gry. Ta nie zachwyca i choć gameplay nie zawodzi, to dość szybko okazuje się, że człowiek chce znacznie więcej. Jeśli należycie do tego grona, to spokojnie zaczekajcie na promocję.