Po odświeżeniu w 2019 roku roku trylogii Arland, Koei Tecmo i Gust poszły za ciosem wydając na początku obecnego inną atelierową serię, czyli Dusk, pierwotnie obecną również na konsolach Sony poprzedniej generacji w latach 2013-2015. Jak na warunki alchemicznego cyklu trylogia naprawdę mocno wyróżniała się na plus, niosąc ze sobą postapokaliptyczny klimat, zresztą wierzcie bądź nie, ale sam twórca – Yoshito Okamura mocno inspirował się Falloutem. Wprawdzie nie wszystko, co chciał trafiło do jego gier, ale i tak dostaliśmy mistyczno-industrialny, powoli umierający świat, pogrążony w wiecznym zmierzchu, z powodu serii katastrof naturalnych zwanych Dusk. Lekko postapokaliptyczna trójca oferuje poważniejszą niż zwykle atmosferę, zapadających w pamięć bohaterów, świetną muzykę oraz śliczną oprawę wizualną. Oczywiście nie zabrakło alchemii, która stała się poszukiwanym przez wielu kluczem dla uratowania ludzkości oraz młodych adeptów tej sztuki jako głównych protagonistów. Ponowne po latach obcowanie z tymi tytułami na PlayStation 4 uświadomiły mi jak ja ich swojego czasu nie doceniłem.

Fabularny pazur

Atelier Dusk Trilogy Deluxe Pack scenki

Atelier Dusk Trilogy Deluxe Pack walka

Swoją przygodę zaczynamy od Atelier Ayesha: The Alchemist of Dusk DX, sledząc losy młodej i ślicznej, aczkolwiek lekko głupiutkiej aptekarki Ayeshy Altugle. Po stracie siostry Nio samotnie mieszka ona w chatce na uboczu, pichcąc na handel maści dla starych pryków cierpiących na ból pleców i mieszczek mających zaparcia. Pewne spotkanie uświadamia jej jednak, że chcąc uratować Nio musi zgłębić arkana sztuki alchemicznej. Mimo nikłego doświadczenia Ayesha pakuje manatki, zabiera ze sobą krówkę i rusza w świat poszerzać wiedzę w celu ratowania siostry. Jednak jak stereotypowa blondi ze sianem zamiast mózgu poradzi sobie w wielkim świecie? Następnie przenosimy się do Atelier Escha & Logy: Alchemists of the Dusk Sky DX na zachodni kraniec świata, gdzie w porównaniu do poprzedniej wolnej amerykanki zachowała się szczątkowa państwowa administracja. Dwoje młodych alchemików Escha Malier oraz Logy Ficsario wstępują do rządowej agencji badań i rozwoju alchemii w pogranicznym miasteczku Colseit. Niestety miejski oddział organizacji osiąga nikłe rezultaty w swojej działalności i grozi mu likwidacja. Nasza dwójka swoją pracą i działaniami musi udowodnić urzędasom ze Stolicy, że jest inaczej. Otrzymują trzyletni termin i dziewięć spraw do załatwienia. Nie wiedzą jeszcze, jak bardzo ten czas zbliży ich do siebie. Ostatnia produkcja to Atelier Shallie: Alchemists of the Dusk Sea DX przedstawiająca losy dwóch młodych dziewczyn o imionach Shallotte i Shallistera. Pierwsza klepie z matką biedę w portowym niegdyś mieście Stellard i marzy o zdobyciu bogactwa, tyle tylko iż podobnie jak w Polsce nie może zdobyć lepiej płatnej pracy, bo jest zbyt biedna. Druga to plemienna księżniczka, która szuka pomocy dla swojego ludu zagrożonego przez permanentną suszę. Obie panny parają się alchemią, stając się ostatnią nadzieją, by powstrzymać wysychanie jedynego źródła wody w całym regionie.

Fabularnie wszystkie trzy tytuły stoją na wysokim poziomie, ale widać, że twórcom nie starczyło odwagi, by o wiele bardziej rozwinąć wykreowane przez siebie uniwersum, które posiada olbrzymi potencjał. Wszystkie opowieści dzieją się w oderwaniu od historycznego i społecznego tła, nie ma ono żadnego wpływu na wątki główne, a ponadto zostało zbyt delikatnie nakreślone. Wiele spraw musimy sobie sami dopowiadać, śledząc trzeciorzędne rozmowy napotykanych osób, bądź przeglądając znalezione afisze (lekki ukłon w stronę Falloutów). Przynajmniej tak dawniej myślałem, dzisiaj jednak jestem już mniej surowy w ocenie scenariuszy. Obecnie świetnie się bawiłem wyszukując niuanse historycznie pomiędzy wierszami, ale cóż widocznie zasada była taka jak w przypadku innych atelierów, że gracz ma się skupiać na alchemii, a nie fabule. Liczyłem też, iż seria, podobnie jak Arland, otrzyma czwartą część, lecz w chwili pisania recenzji na to się nie zanosi.

W każdym razie w 2020 roku powołany kiedyś do życia świat dopiero teraz pokazuje pazury, zwłaszcza że nawet postacie drugoplanowe nie siedzą na tyłkach wyczekując gorzkiego końca, tylko biorą życie takie jakie jest za rogi. Wciąż wyczuć można w nich nadzieję, co jest całkiem budujące.  Ze wszystkich części pod względem historii najbardziej Atelier Ayesha przykuła moją uwagę, bowiem zawiera najwięcej ciekawych wątków i interesującą narrację, chociaż skierowana bardziej ku żeńskiemu gronu graczy,  a późniejsze odsłony pod tym względem zaczęły wracać do kanonu cyklu. Z drugiej strony to Atelier Escha&Logy zdobyło największą popularność na zachodzie, przynajmniej do czasu pojawienia się niedawno Atelier Ryzy.

Wachlarz możliwości

Atelier Dusk Trilogy Deluxe Pack postacie

Atelier Dusk Trilogy Deluxe Pack eksploracja

Przejdźmy do oprawy wizualnej, stworzonej przez japońskiego ilustratora Hidari, odpowiedzialnego chociażby za Toukiden czy (częściowo) za serię Fire Emblem oraz anime Fractale. Stworzony przez niego charakterystyczny dla trylogii styl graficzny, abstrahując już od kwestii technicznych, potrafi rzucić na kolana swoją bursztynowo-złocistą atmosferą wiecznego zmierzchu, która wywołuje dziwne ciepło w sercu i uczucie przemijania. Najwięcej życia jednak Hidari włożył w modele naszych protagonistek, niezależnie od tego czy oglądamy je w 3D, czy na ślicznych, dwuwymiarowych tłach w czasie niektórych wydarzeń przerywnikowych, podczas których dziewcząt widok wywołuje reakcję „eye-candy”. Otoczenie wprawdzie już prosi się o większe urozmaicenie, ale cóż, czas nieubłaganie robi swoje. Inna sprawa, że chociaż oprawa gier w stosunku do wersji PS3 została nieco odświeżona poprzez podniesienie rozdzielczości do standardu Full HD, większych różnic nie widać, oprócz tego, że wszystkie produkcje działają płynniej i stabilniej niż poprzednio, pomimo pozostawionych 30 klatek. Jeśli jednak dla kogoś to za wolno zawsze włączyć może przyśpieszenie rozgrywki. Muzykę nadal utrzymano w melancholijnych tonach, co kontrastuje z wesołymi melodyjkami słyszanymi w innych atelierach, ale znakomicie buduje klimat schyłku cywilizacji. Ponadto jako wisienkę na torcie dla fanów otrzymujemy sporo składanek zawierające utwory z całego przekroju serii.

O ile kwestie techniczne są w sumie jednakowe dla każdej z części trylogii, to już stylem rozgrywki nieco się różnią. O ile przygody Ayeshy mocno przypominają eksploracyjne RPG, gdzie położono nacisk na odkrywanie nowych miejscówek, to dwóm pozostałym bliżej raczej dungeon-crawlerom z listą zadań/zobowiązań podjętych do wykonania. Dość poważnie trzeba się liczyć z upływającym czasem pod postacią zegara, aczkolwiek Atelier Shallie zamiast tego oferuje system samopoczucia, który mi się jednak nie spodobał, wolę jednak tradycyjne rozwiązanie. W sumie przyszłość pokazała, ze był to ślepy zaułek, ale brawo za pomysłowość. Ponadto, nie licząc pierwszej odsłony, gry oferują spojrzenie na fabułę z dwóch różnych perspektyw, zależnie od wybranego bohatera/bohaterki. Wprawdzie w Atelier Escha & Logy jest to raczej kosmetyczne zagranie, ale wybór pomiędzy Shallisterą i Shallote daje nam już dostęp do całkiem innych wydarzeń.  Podobnie jest z kwestiami bitewnymi, które jak na serię wymagają bardzo agresywnych poczynań na polu walki. Już w Atelier Ayesha, pomimo turowości starć, dostajemy możność zmiany pozycji walczących w starciu i atakowania wrogów od tyłu przy akompaniamencie umiejętności specjalnych oraz asyst, rzecz jasna przy wydatnym wsparciu alchemicznych niespodzianek. Oczywiście nasi wojacy również mogą oberwać po plecach od przeciwników, a ich umiejętności też maja ograniczony zasięg. Nadaje to jednak starciom pewnej głębi i taktycznego zacięcia w porównaniu do tępej łupaniny z poprzedniej trylogii Arland. Im dalej tym lepiej, bowiem do boju w dalszych odsłonach staje aż szóstka bohaterów – troje na pierwszej linii i reszta na tyłach. Odwody wprawdzie nie mogą atakować, ale nic nas nie zatrzymuje, by w ferworze walki dokonać szybkiej zamiany. Ponadto w razie potrzeby mogą nas wspierać atakami specjalnymi i widowiskowymi „finiszerami”.

Odnośnie samej alchemii zasada pozostała wciąż ta sama - łączymy w kotle składniki/przedmioty według przepisu, by otrzymać coś nowego. Tym razem mamy większe możliwości decydowania o właściwościach i ilości danego produktu, poprzez odpowiednie wykorzystywanie zdobywanych z czasem zdolności alchemicznych i zabaw z żywiołami. Początkowo jednak ciężko rozeznać się w tym systemie, co początkowo potrafi sfrustrować, ale w zamian dostajemy szeroki wachlarz możliwości pozwalający wycisnąć wszystkie soki z wykonywanego rzemiosła. Dzięki nim końcowy produkt zostaje obdarzony dodatkowym efektem np. inną strukturą, odmiennym smakiem, niestandardowym rozmiarem itp., co oczywiście przekłada się na jego właściwości. Szkoda tylko, że sama remasteryzacja zrobiona została na odczepnego i skupiła się wyłącznie na kwestiach wizualnych.  Nie rozbudowano ani rozgrywki ani fabuły o żadne nowe elementy, jak również nie zlikwidowano drobnych, ale jednak irytujących błędów występujących w oryginałach.  W zamian otrzymaliśmy zawartość wersji „plus” ze wszystkimi dostępnymi DLC. 

Pozdrawiam i polecam

Pomimo próby sprzedania ponownie niemal tych samych gier za pełną jestem wdzięczny Gust i Koei Tecmo, za obecność trylogii „Dusk” na PS4. Chociaż składanka skierowana jest w pierwszym rzędzie dla wielbicieli jRPG, którzy wcześniej nie mieli z nią styczności osobiście, pomimo kilku uwag jestem zadowolony, iż mogłem ponownie spędzić czas z tymi perełkami i nie waham się całej paczce wystawić całkiem wysokiej oceny.  Część czytelników pewnie stwierdzi, że nieco na wyrost i pewnie będą mieć rację, ale skoro cała trylogia sprawiła mi tak wiele radości to dlaczego nie? Gdyby tylko nie zaporowa cena mocno zniechęcająca do nabycia, byłby to obowiązkowy zakup dla fanów japońszczyzny. Mimo to, przy większej obniżce gorąco polecam.