Klątwa, potwory i ja – biedny, brzydki mag

 

Zacznijmy jednak od początku – autorzy Dark Souls II kolejny raz oferują graczom szczątkową historię, która w zasadzie tylko na początku jest w jakikolwiek sposób zarysowana. Bohater trafia do pełnej niebezpieczeństw krainy Drangleic, a jego zadaniem jest uleczenie się z klątwy, która nie pozwala mu umrzeć, dlatego po każdej porażce budzi się obok ogniska i jego gehenna rozpoczyna się od początku. Chcąc zrealizować swój cel wyrusza w najniebezpieczniejszą przygodę swojego marnego żywota.

 

Te informacje otrzymujemy w ciągu kilku pierwszych minut i w zasadzie w tym miejscu kończy się przedłożona opowieść, a każdy kolejny fragment musimy wyszukać – podpytując napotkane osoby, czytając pozostawione po świecie notatki. Nie da się ukryć, że tym razem historia jest odrobinę bardziej przystępna, a chłonąć rozrzuconą po uniwersum opowieść pomagają polskie napisy. Musicie przy tym pamiętać, że to od odbiorców zależy, czy zapoznają się ze światem, czy po prostu będą eliminować kolejnych rywali nie przejmując się jakąkolwiek opowieścią. Niezależne od wybranej taktyki – nie będziecie zawiedzeni.

 

 

W trakcie otrzymywania tych pierwszych informacji o krainie spotykamy trzy urodziwe staruszki, które zapytają o Wasze imię – w taki sposób rozpoczynamy tworzenie herosa. Na początku podajemy imię, wybieramy płeć, umięśnienie,  wzrost, kolor włosów, zarost, tatuaże, a nawet rozmieszczenie kości policzkowych, długość grzbietu nosa, pozycję, długość, wypukłość, wielkość, a nawet kontur szczęki, zaokrąglenie twarzy, szerokość czoła, ilość hormonów w ciele i wiele, wiele więcej! Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że kreowanie bohaterów zostało przemyślane tak, aby odbiorcy historii mogli stworzyć swoje alter ego.

 

Po wybraniu wyglądu postaci możemy zastanowić się nad ważnym aspektami dla samego początku gry, a mianowicie klasą postaci oraz darem. W pierwszym przypadku do naszej dyspozycji oddano wojownika, rycerza, szermierza, bandytę, kapłana, czarodzieja, odkrywcę i człowieka znikąd, jednak musicie pamiętać, tak jak wspomniałem,  ten wybór ma znaczenie wyłącznie na początku przygody. Każda z klas posiada wybrane przedmioty, odpowiednio rozwinięte statystyki, ale podobnie jak w poprzednich odsłonach „Dusz” to od naszej gry zależy jakiego bohatera stworzymy. Marzy się Wam mag z wielką pałką? Kapłan tank? A może łowca z dwoma mieczami? Nie ma najmniejszego problemu. To nasza gra i nasze wybory podczas podnoszenia umiejętności sprawiają, że tworzymy taką klasę jaką sobie na początku tej długiej drogi wymarzyliśmy. Dla doświadczonych w bojach znalazł się człowiek znikąd, który rozpoczyna przygodę z minimalnymi statystykami i bez jakiekolwiek wyposażenia – rozgrywką tą postacią powinny zainteresować się wyłącznie osoby znające wszystkie prawidła Dark Souls. Chociaż nawet dla nich będzie to wyjątkowo trudne doświadczenie.

 

 

Natomiast wspominany dar to przedmiot lub grupa takowych, z którymi rozpoczynamy grę, a mamy tutaj: pierścień życia, kukłę człowieka, składniki lecznicze, kość wiodącą do domu, nasiona drzewa olbrzymów, czy też żar ascezy.  Podobnie jak w przypadku klasy – nie musicie obawiać się o zły wybór, każdą z początkowo zaproponowanych rzeczy możemy bez najmniejszego problemu odnaleźć w trakcie rozgrywki. Tutaj nikt nie popełni wielkiego błędu – możemy tylko utrudnić sobie drogę wybierając dla przykładu żar asceza, który polepsza statystyki najbliższych rywali... Tak gdyby było Wam za łatwo.

 

Jednym z darów, który możemy wybrać jest kukła człowieka – ten przedmiot w przypadku śmierci umożliwia powrót do świata żywych, zastępując tym samym Humanity z pierwszego Dark Souls. Jeśli już wspominam o śmierci – a jak zapewne wiecie to w zasadzie podstawowa przyjemność, którą czerpiemy z tej przygody – to tym razem z każdą kolejną porażką musimy liczyć się ze zmniejszeniem bazowej liczby życia (o 10%) i coraz to dotkliwszą przemianą w truposza. Pogorszenie statystyk zatrzymuje się w momencie, gdy rozpoczynamy przygodę z połową życia (50%), a  w tej sytuacji jakakolwiek dłuższa podróż jest prawie niemożliwa, ponieważ każdy rywal zamienia się w wyjątkowo silną i zarazem obrzydliwie mocną bestię. Jak to mówią – jedna strzała, jeden trup.

 

Zmiany, zmiany, zmiany, ale bez przesady

 

Nie tylko Humanity zostało zastąpione nowym odpowiednikiem – w grze znajdziecie wiele nowych przedmiotów, które dla przykładu pozwalają stopniowo regenerować zdrowie (między innymi - Klejnot życia), a ich siła może być skalowana – im więcej ich zażyjemy tym szybciej nasze HP wzrośnie. Nie brakuje przy tym znanych flaszek Estusa , jednak dzięki nowym możliwościom uzdrawiania możemy próbować dłuższych i niebezpieczniejszych podróży. Ciekawostką na pewno jest fakt, że ciemne lokacje możemy oświetlić za pomocą pochodni, która także debiutuje w Dark Souls II – ten patent jest niezbędny dla niektórych lokacji, które witają nas przerażającym mrokiem. Ważne, że podczas używania pochodni musimy zrezygnować z tarczy lub broni (pochodnia zajmuje miejsce w ręce) i teraz pytanie do Was – wolicie się bronić i widzieć, czy atakować i widzieć? W obu wariantach na pewno czegoś będzie brakować... Do gry powracają klucze, które umożliwiają otwarcie wcześniej niedostępnych lokacji, a w tych czekają na nas drogocenne przedmioty lub po prostu otwierają się przejścia-skróty. Ciekawą innowacją jest fakt, że w rękach możemy trzymać po 3 przedmioty (wcześniej były to 2), 4 pierścionki (każdy z nich ma różną wagę, wcześniej 2) i aż 10 rzeczy dodatkowych. Natomiast na ekranie podczas przemierzania świata widzimy wskaźniki jakości danego orężu – już teraz nie zaskoczy nas połamany miecz, czy też zniszczona tarcza.

 

Standardowo walutą w grze są dusze, które zbieramy z poległych wrogów – za te pieniądze naprawiamy, kupujemy, a nawet ulepszamy wszystkie przedmioty. Możemy również podnosić sobie statystyki – tym razem u jednego z NPC w pierwszej znaczącej wiosce. Oczywiście autorzy pamiętają o swoim rodowodzie i gdy zginiemy drugi raz, a wcześniej nie podniesiemy swojego dorobku, tracimy dobytek czasami kilku godzin rozgrywki. Pamiętajcie – tylko ryzykanci biegają z dużą sumą dusz w kieszeni… Choć z drugiej strony, kto bogatemu zabroni?

 

 

 

Takich smaczków – mniejszych rodzajów znanych nam przedmiotów, różnorodne odpowiedniki, czy też ciekawych zamienników, znajdziecie podczas całej przygody wiele – odnoszę wrażenie, że autorzy starali się w wielu miejscach urozmaicić grę i przy tym wybrali najciekawsze propozycje z obu odsłon „Dusz”. Niektóre zmiksowali, inne zmienili, a to w wszystko w jednym celu – aby całość sprawiała uczestnikom zabawy ogromną przyjemność.

 

Jeden cios, jedna śmierć, dwa ciosy i nie ma moich dusz

 

Kiedy już wiecie troszkę o śmierci, konsekwencjach i przedmiotach, to zapewne zastanawiacie się jak prezentują się rywale i sama walka. Zacznijmy jednak od maszkar, które przedstawiają się typowo dla całej serii – rozpoczynamy walkę od zwykłych nieumarłych, później trafiamy na większe, większe, większe i największe stwory, które potrafią nas zdeptać lewym palcem prawej stopy. My jako mrówki biegamy, staramy się łaskotać oponenta i tak aż jego pasek życia spadnie do poziomu krytycznego – wtedy rywal uczy się naszych tricków i atakuje nieprzewidywanym atakiem, jednocześnie niszcząc kilkanaście minut starań… Brzmi niezwykle optymistycznie? Bo właśnie tak jest! Zaprezentowanych przeciwników możemy utożsamić z dwoma grupami – tych, których już widzieliśmy, bo są po prostu odmianami wrogów z poprzednich odsłon gry, lub świeże mięsko, które chce nas zgładzić. Jednak niezależnie od których ataków akurat giniemy, musicie wiedzieć jedno – tym razem spotkacie różne warianty tych samych stworów. Dla przykładu wielki rycerz z wielkim mieczem lub jego alternatywa z małym kozikiem i dużą tarczą. Podobne zabiegi pojawiały się już w innych „Duszach”, ale teraz jest „lepiej, mocniej i więcej”, a gdy dodamy do tego fakt, że rywale potrafią myśleć i uczą się naszych zachowań, w pewnym momencie wykorzystują niespotykane wcześniej ataki lub dla odmiany lubią atakować w grupach – nie jest dobrze lub jest, w zależności od stopnia Waszego masochizmu. Nowym patentem w temacie wrogów jest jeszcze fakt, że gdy wielokrotnie danego potwora pokonamy, to może on zniknąć – nie będzie nas już męczył, choć czy jest to dobry pomysł? Niekoniecznie.

 

Wspominając o mięsku nie mogę nie wspomnieć o tych najciekawszych – bossowie w tej serii to dla wielu najprzyjemniejsze doświadczenie, z którym można się spotkać dzięki elektronicznej rozrywce. W „dwójce” nie jest inaczej – walczymy z trzema rywalami jednocześnie, wielkim olbrzymem, jakimś smoczkiem, dziwnym piratem, a nawet z pozoru zwykłym rycerzem naszej postury – a jak się walczy? Wybitnie! Każda walka stawia przed nami nowe wyzwanie i standardowo nie jest to bezmyślne klepanie R2, R2, R2, R2, bo w zasadzie nie ma mowy, aby ktokolwiek stosując taką taktykę doszedł do drugiego „erdwa” – szybka kontra, w dobrym momencie dwa ataki i już nas nie ma. Pojawia się symboliczny napis, znikają dusze, a nasza zabawa rozpoczyna się od nowa. Znowu przemieszczamy się do „sympatycznego misia” (w tym miejscu miało się znaleźć inne słowo na s, ale naczelny nie pozwolił…) i jeśli akurat nie zginiemy po drodze, to możemy ponownie walczyć – przyjmujemy nową taktykę, próbujemy nowych sztuczek, a w rezultacie okazuje się, że gdy „miśkowi” została reszta życia, ten wymyśla nowy atak, skacze, okręca się dwa razy i jednym ciosem niszczy nasze kilkuminutowe starania. Zabawa rozpoczyna się od nowa... I znowu, i znowu, i znowu... Aż do momentu, gdy zdarzy się cud – lub za 34 razem nauczymy się wszystkich ruchów rywala i zwyciężamy. Sukces, zwycięstwo, chwała? Hah, przecież to dopiero początek – podnosimy dusze, zbieramy małą nagrodę i wyruszamy w kolejna podróż – bardziej niebezpieczną, męczącą, ale równie satysfakcjonującą! W to chce się grać.

 

 

Piękny świat, tylko zapomniano o kilku miejscach

 

Wiecie już kto chodzi po świecie, więc teraz przyjrzymy się samej krainie. Królestwo Drangleic jest intrygującym miejscem, które może zawładnąć Waszym umysłem. Znajdziecie tutaj urzekające lokacje, piękne krajobrazy, jednak przechodząc kilka kroków dalej natkniecie się na po prostu brzydką miejscówkę – ta niekonsekwencja w tworzeniu poziomów jest najbardziej widoczna przez kilka pierwszych godzin. Gra po prostu jest w wielu miejscach zdecydowanie brzydsza od swojej poprzedniczki i aż dziw bierze, że autorzy nie postarali się i nie wyciągnęli z konsol odrobinę więcej mocy. W tym miejscu pewnie przypomnicie sobie piękne screeny, którymi byliśmy karmieni przez ostatnie miesiące – nawet mi udało się wykonać kilka ładnych zdjęć, ale w tych odpowiednich (niekoniecznie dla twórców) momentach, jest zdecydowanie gorzej. Jasne, po tych pierwszych godzinach i tak zapomnicie o grafice, skupicie się na nie umieraniu, ale szkoda, że autorzy nie postarali się odrobinę więcej. W tym zapomnieniu pomaga muzyka (lub jej brak...?), która jest typowa dla serii – ciche dźwięki, które pozwalają nam się skupić na walce, brak jakichkolwiek ekscesów, trąbek, czy innych bitów – spokój potrafi uśpić największą bestię, a czekają na to nasi rywale, którzy nie marnują żelaza. Mimo wszystko grafika i dźwięk tworzą ten niepowtarzalny klimat, którego brakuje w tak wielu innych produkcjach –„Dusze” z tego słyną i potrafią oczarować, potrafią zawładnąć nami na wiele kolejnych godzin, dni, tygodni, miesięcy... Miejscami niby tak brzydko, ale za to jak przyjemnie... 

 

Sama kraina pod względem wielkości to podobno niemal identyczny świat względem pierwszego Dark Souls – jednak specjalnie używam słowa podobno, ponieważ w trakcie gry już od samego początku możemy się przemieszać za pomocą ognisk (wcześniej musieliśmy zasłużyć na takie wyróżnienie) i dlatego twórcy mogli od początku tworzyć świat, który nie prezentuje się jak „jedna wielka bryła”, a jest odrobinę rozciągnięty. Tutaj nadal otwieramy sobie przejścia, szukamy skrótów, ale w wielu przypadkach i tak używamy teleportacji, która po prostu rozwiązuje wiele problemów i pozwala na szybkie przechodzenie męczących lokacji. Backtracking został zredukowany (wraz z „uciekaniem” często zgładzonych potworów) do prawie minimum, jednak pewnie przyznacie mi rację, że ten pomysł jest bardzo kontrowersyjny – niby szybciej, ale przy tym bez męczarni i przypadkowych śmierci... Zabrakło tych pięknych cech serii.

 

 

Zostając jeszcze akapit przy temacie świata nie mogę nie wspomnieć o płynności rozgrywki. Specjalnie ten fragment zostawiłem w miejscu opisywania lokacji, bo podobnie jak z grafiką, jest bardzo różnie. Są miejsca „szarpiące”, w których FPS-y spadają – nie jest na pewno tak źle jak w pierwszym Dark Souls, ale kilka razy pomyślałem „jak oni mogli tego nie zauważyć”. Nie jest to częsty widok, gra jest jak najbardziej grywalna, ale te kilka zgrzytów zapadło w mojej pamięci. Natomiast gdy już wspominam o „jak oni mogli tego nie zauważyć” – pamiętacie zapewnienie twórców, że w produkcji nie pojawią się momenty, podczas których jesteśmy nieśmiertelni? Przy otwieraniu drzwi, skrzynek, czy też przechodzeniu przez mgłę? I niestety tylko w tym ostatnim wspomnianym przez mnie elemencie możemy zostać normalnie zaatakowani – nadal pojawiają się „magiczne drzwi”, które sprawiają, że jesteśmy odporni na wszystkie ataki.

 

Pytanie elementarne – a jest trudno?

 

Specjalnie przez prawie 2000 wyrazów nie wspomniałem ani słowem o poziomie trudności –lub przynajmniej taki był mój zamiar... Dlaczego? Ponieważ ten temat zależy wyłącznie od Waszych umiejętności, opanowania nerwów i pewnie doświadczenia z elektroniczną rozrywką. Jasne, nadal jest wybitnie trudno, nadal rywale nie wybaczają błędów i jeśli mam być szczery – dla mnie było dużo trudniej niż w Dark Souls oraz Demon’s Souls. Stwory mają więcej ruchów, posiadają różnorodny sprzęt i często stosują różne taktyki – tutaj nie idziemy jak przecinak przez znane nam lokacje, bo zawsze coś nas może zaskoczyć. Brak tej niespodzianki czasami przeszkadzał mi w poprzednich odsłonach, ale teraz jest po prostu dużo lepiej. Nie możemy zapomnieć o żadnej paskudzie, ponieważ wspominana zawsze może nam wsadzić topór w plecy.

 

Ale czy mogę nazwać tę grę najtrudniejszą w jakąkolwiek grałem? Nie wiem. To nadal tytuł, który wymaga od nas ogromu sprytu, wyszukania odpowiedniej taktyki na każdego rywala i znalezienia w swoim życiu mnóstwa wolnego czasu. Później próbujemy, próbujemy, próbujemy – cały czas przy tym giniemy – ale właśnie takie jest piękno tej pozycji. Tutaj nikt nie powinien marudzić, że mu nie wychodzi – na to godzimy się kupując i wkładając w konsolę płytkę od From Software. Twórcy przyzwyczaili nas do wymagań i akurat ten aspekt nie zawiódł mnie w żadnym najmniejszym elemencie.

 

 

Jednym zapewnieniem, które mogę rzucić w tym tekście jest fakt, że ostatni raz tak bardzo męczyłem się przy okazji ogrywania Dark Souls, wcześniej podobne emocje wzbudził we mnie Demon’s Souls. To są gry wymagające, męczące, ale powtarzam to i będę powtarzał zawsze – epicko satysfakcjonujące.

 

Sieciowe igraszki dla masochistów

 

Twórcy z From Software po ogłoszeniu nadchodzących zmian w Dark Souls II sprawili, że zacząłem się martwić o ten tytuł. Najważniejszą innowacją w tej produkcji bez wątpienia jest fakt, że tym razem śmierć nie uchroni nas od kolejnych śmierci – gracze mogą nawiedzać nasze światy nawet w momencie, gdy jesteśmy „truposzem”. W tej sytuacji musimy stale uważać, mając świadomość, że rywale mogą pojawić się w każdym momencie.

 

Efekt sieciowych przyjemności został pogłębiony przez dużą ilość konwentów (gildii), do których możemy dołączyć. Autorzy mając świadomość siły swojej produkcji w Sieci postanowili rozszerzyć ten element – teraz pojawiają się specjalne grupy zajmujące się wyłącznie atakami na innych graczy, jednak znalazła się także ekipa, która zajmuje się „ochroną”. Ten aspekt został przez ze mnie doceniony dopiero po kilku tygodniach gry. Gdy gracze poznali tytuł, wybrali swoje ścieżki i całość nabrała wyśmienitego wymiaru.

 

Będąc w konwencie możemy otrzymywać nowe czary czy też przedmioty – dzięki dobrej grze dla swojego rodu otrzymujemy rangi, dzięki którym dostajemy kolejne prezenty. Jest to taki miły element pobudzający naszą ciekawość i chęć gry dla danej społeczności.  

 

Dzięki zmianom – które początkowo prezentowały się dziwnie – gra nabrała wyśmienitego wymiaru. Teraz jesteśmy przymuszeni do sieciowej rywalizacji, ale jeśli mam być szczery – nie wyobrażam sobie tej gry bez dostępu do Internetu. Jest lepiej, więcej i mocniej. 

 

Pięknie jest tak czasami przekląć o trzeciej w nocy budząc okolicznych sąsiadów – przepraszam, to tylko boss

 

Produkcja From Software nie różni się znacząco od swoich poprzedników – nadal mamy przyjemność uczestniczyć w wyjątkowym doświadczeniu, które charakteryzuje się wyśrubowanym poziomem trudności, ale już na pierwszy rzut oka widać, że autorzy, pewnie zapoznając się z opiniami fanów, postanowili upiększyć swoje dzieło o kilka aspektów. Miłych aspektów, ale nie zawsze dla mnie odpowiednich, jednak wiem, że to wszystko zależy od upodobań, przyjętego stylu gry i po prostu pewnych przyzwyczajeń.

 

Mimo, że jeszcze nie dotknąłem sieciowych zmagań, nie dołączyłem do konwentów, nie nawiedziłem żadnego świata, a nawet nie zostałem zgładzony przez brzydkiego i piegowatego 12 latka – dawno nie bawiłem się tak dobrze grając i dawno też nie miałem ochoty wyrzucić konsoli przez okno z trzeciego piętra...

 

 

 

To nadal wymagająca, wyśmienita i niezwykle satysfakcjonująca pozycja, która jest w zasadzie obowiązkowym tytułem dla wszystkich fanów serii – ale tych zachęcać nie muszę. Mogę jedynie powiedzieć, że jeśli wcześniej się Wam podobało – teraz będzie jeszcze lepiej. Dlaczego lepiej? Bo macie doświadczenie, jesteście przygotowani na wiele, ale nawet nie macie pojęcia w jak wielkim błędzie się znajdujecie. Tutaj wszystkiego uczymy się od początku, a nawet moje ponad 200 godzin w poprzednie „Dusze” nie miały jakiekolwiek znaczenia. Ginąłem jak każdy casual i zastanawiałem się „czym oni mnie jeszcze zaskoczą”. Na końcu standardowo – chcemy więcej, więcej, więcej, ale nikt nam nie broni próbować. W końcu to dopiero początek umierania.