Druga połowa 2019 roku to dla posiadaczy Nintendo Switchów bardzo trudny okres. Na szczęście gracze nie muszą przyglądać się rozładowanej konsoli wyczekując na lepsze czasy, a po prostu toną w dobrobycie wyjątkowo udanych tytułów. Gdy Nintendo zapowiedziało powrót The Legend of Zelda: Link's Awakening nie byłem do końca przekonany, czy przyjęta droga może odnieść oczekiwany sukces, ale dzisiaj mogę już wezwać Japończyków do pracy: idźcie i róbcie tego więcej!

The Legend of Zelda Link's Awakening  recenzja 1

The Legend of Zelda: Link's Awakening – a to wszystko zaczęło się wiele lat temu

W 1993 roku na rynku zadebiutowała czwarta przygoda Linka, a zarazem pierwsza na przenośną konsolę, która została bardzo dobrze oceniona przez graczy. Nintendo wiedziało, że posiada w rękawie asa, więc odświeżyło przygodę oferując w 1998 roku nową wersję – gra zyskała na kolorach (Game Boy Color),a firma zajęła się rozbudową zawartości w postaci nowego lochu. Japończycy pomimo oferowania w 2019 roku świetnych, ekskluzywnych i nowych produkcji, zdecydowali się na kolejny powrót do historii z 93' roku.

Moje pierwsze obawy związane z odrestaurowaniem The Legend of Zelda: Link's Awakening były spowodowane jednym – nie chciałem powrotu tej przyjemnej przygody w obawie o pojawienie się przestarzałych mechanik, które wymęczyłyby współczesnego odbiorcę. Na szczęście Link wraca w świetnej formie i pokazuje, że nawet takie klasyki mają rację bytu w 2019 roku. Obiecuję – jeśli mieliście okazję w latach młodości ogrywać pierwowzór lub wersję DX (kolor), to w wielu miejscach będziecie wprost zachwyceni.

Opowieść oczywiście została niezmieniona. Na początku mamy okazję spojrzeć na ładną dla oka animację, podczas której Link podróżuje na łodzi, ale niestety jego transport zostaje zniszczony, a on sam budzi się w domu Tarina oraz jego córki Mariny. Szybka rozmowa i zaczynamy działać – na początku trzeba zebrać miecz, później pogadać z nadlatującą sową i rozpoczynamy wielką przygodę: chcesz opuścić wyspę? Musisz zebrać osiem instrumentów muzycznych, by obudzić Wind Fisha znajdującego się na szczycie góry Tamaranch. W tym celu trzeba pobiegać po całej mapie, walczyć z napotkanymi przeciwnikami, rozwiązać kilka zagadek, pomóc mieszkańcom, by w ostateczności sprawdzić lochy i zgromadzić niezbędny „sprzęt”.

The Legend of Zelda Link's Awakening  recenzja 2

The Legend of Zelda: Link's Awakening – my to już znamy, ale czy to przeszkadza?

Chciałbym móc napisać, że przed przystąpieniem do najnowszej produkcji na Nintendo Switcha doskonale pamiętałem każdy fragment omawianej produkcji, ale tak niestety nie było. Nie podchodziłem do gry bez jakiejkolwiek wiedzy, ale wielokrotnie musiałem pogłówkować, by udać się w dobre miejsce lub przypomnieć sobie jedną z mechanik. Mogę określić swoje doświadczenie jako połowiczne – bo pamiętałem część lochów – ale nawet w tej sytuacji bawiłem się wyjątkowo dobrze. The Legend of Zelda: Link's Awakening to kolejna gra z szerokiego wachlarza Nintendo, która nie męczy... Co mam na myśli? W ostatnich dniach to właśnie po przygodę Linka sięgałem najchętniej, bo czułem się w tym świecie wyjątkowo odprężony. Przyjemna muzyczka, kolorowa oprawa i satysfakcjonujące szukanie wspomnianych instrumentów. Bez niepotrzebnych udziwnień w głównej fabule, z bardzo dobrze zbalansowaną rozgrywką i ciekawymi mechanikami.

Jeśli jednak nigdy wcześniej nie mieliście okazji zagrać w The Legend of Zelda: Link's Awakening, to śpieszę z wyjaśnieniem, że deweloperzy przygotowali wyspę na model współczesnej metroidvanii – bohater nie może dostać się przez dziury, ale w pewny momencie uczy się skakania, więc dostaje się do nowego etapu, by po chwili dostrzec, że nie może podnosić cegieł, jednak już po kilku chwilach otrzymujemy taką zdolność. Systematycznie zdobywamy przedmiot i odblokowujemy umiejętność, która pozwala nam popchać fabułę dalej i dalej. Taka konstrukcja świata wymaga częstych powrotów do wcześniej odkrytych światów, więc biegamy po znanych lokacjach, ale nowe mechaniki sprawiają, że możemy przykładowo wejść do wcześniej niedostępnego etapu. Na naszej drodze spotykamy przeciwników, którzy nie stanowią dużego zagrożenia – wystarczy opanowanie dostępnych ruchów, by poradzić sobie z każdym kolejnym rywalem. Jednocześnie nie ukrywam, że kilkukrotnie zdarzyło mi się zderzyć ze ścianą i wczytać zapis rozgrywki.

Gameplay jest oczywiście spowolniony względem chwalonego przez świat The Legend of Zelda: Breath of the Wild, ale to nie oznacza, że nie warto po pozycję sięgać. To po prostu klasyczna Zelda ze skromnymi ulepszeniami – jednym z takich jest możliwość szybkiego dostępu do niezbędnych umiejętności. W końcu teraz możemy korzystać z AŻ czterech przycisków! Mimo to pewnie najważniejszą nowością dla współczesnego gracza będą portale, które pozwalają przedostać się w ekspresowym tempie do kilku ważnych miejsc. Ogranicza to bieganie po wszystkich terenach i w pewien sposób sprawia, że gameplay jest odrobinę przyjemniejszy. Choć może lepiej brzmi bardziej „współczesny”? Jak wiadomo aktualnie deweloperzy zawsze sięgają po takie rozwiązania. Twórcy podczas projektowania gry dorzucili też nowe znajdźki oraz kawałki serc do odblokowania, a nawet umożliwiają poruszanie się po ośmiu kierunkach – wiecie nie tylko lewo, prawo, góra, dół.

W tym morzu drobnych nowości największą ingerencją w pierwowzór jest możliwość tworzenia własnych lochów. Pomysł na papierze wydawał się idealnym połączeniem Zeldy z Super Mario Makerem, ale twórcy nie zajęli się odpowiednim rozbudowaniem tego dodatku. Chamber Dungeons pozwala na stawianie pokoi w formie klocków na mapie, które trzeba odpowiednio połączyć – podczas rozgrywki odblokowujemy kolejne „miejsca”, ale tak naprawdę nie możemy ich w żaden sposób zmieniać. Deweloperzy nie pozwalają nam ingerować w umiejscowienie przeciwników, nie umożliwiają zmiany pułapek, a nawet ustawienia drzwi... W konsekwencji po kilku pierwszych próbach całkowicie odpuściłem sobie tę mechanikę, która nie prezentuje oczekiwanego poziomu, ponieważ taki gameplay skupiony na wykorzystywaniu klocków z wcześniej odwiedzonych miejsc jest nudny. Autorzy nie pozwalają nam nawet modyfikować możliwości jednostek lub bossów... Totalnie niewykorzystany potencjał, którym w dodatku nie możemy się podzielić – gra nie pozwala publikować lochów na serwerach.

The Legend of Zelda Link's Awakening  recenzja 1

The Legend of Zelda: Link's Awakening – dla młodzika, starszaka i rodzica

Pierwszą oczywistością rzucającą się w oczy po włączeniu gry jest oczywiście oprawa – Nintendo stawia na kolorowy, przyjemny dla oka świat, który wygląda bardzo uroczo i bez wątpienia taka grafika może zachęcić do produkcji graczy w różnym wieku. Niektórzy będą kręcić nosem, ale uwierzcie mi – w tę krainę naprawdę dobrze wpaść na dłużej. Fantastycznie prezentują się wszystkie animacje i nawet na tym polu nowa wersja oferuje kilka przyjemnych ulepszeń – słońce pięknie rozchodzi się po drzewach oraz trawie, mglista poświata wciąż gromadzi się w Tajemniczym Lesie, a trudno też nie docenić światła rozprzestrzeniającego się po lochach. W pozytywnych wrażeniach pomaga odrestaurowany soundtrack, który został przygotowany przez orkiestrę – muzyka została umiejętnie dobrana do wydarzeń na ekranie.

Jedynym znaczącym minusem wpływającym faktycznie na doświadczenie – Chamber Dungeons to dodatek – jest płynność animacji. Nie spodziewałem się, że akurat The Legend of Zelda, ikona Nintendo, będzie borykać się z takim problemem na Nintendo Switchu, a jest nieprzyjemnie. Podczas przechadzania się pomiędzy krainami (świat jest podzielony na kilka części) widzimy skromny spadek fps-ów. Trwa to dosłownie chwilkę, ale jest odczuwalne i trzeba się tego jak najszybciej pozbyć – na szczęście podobno twórcy już pracują nad aktualizacją. Na pewno muszę to podkreślić, że niedogodność występuje w momencie przechodzenia pomiędzy lokacjami, więc nigdy w tej sytuacji nie zostałem zaatakowany przez przeciwnika lub nie wpadłem w inną pułapkę.

The Legend of Zelda: Link's Awakening ma jeszcze jeden atut, o którym warto wspomnieć – jest to dobry tytuł dla graczy w każdym wieku – jeśli nie należycie do graczy, którzy „nie grają w kolorowe gry Nintendo”. Poziom trudności został dobrze dopracowany, bo choć czasami chciałbym większych wyzwań, to jednak zdaję sobie sprawę, że Link ma trafić w serca także młodszych śmiałków. To właśnie nowe pokolenie może odkrywać tego bohatera i czerpać garściami z jego wyjątkowej przygody. Gra niezwykle sprawnie wprowadza do rozgrywki pokazując podstawowe mechaniki, na których oparte są inne gry, oferując kilka ciekawych zagadek oraz wrzucając bohatera do coraz ciekawszych lochów.

The Legend of Zelda Link's Awakening  recenzja 5

The Legend of Zelda: Link's Awakening – ale czy warto?

W katalogu hitów serwowanych przez Nintendo od drugiej połowy roku, The Legend of Zelda: Link's Awakening jest grą unikatową. To klasyka w kolorowej oprawie, którą można, ale nie trzeba połknąć już teraz. Jeśli ograłeś pierwowzór na wszystkie sposoby, a masz jeszcze kilka zaległości z ostatnich tygodni... Możesz zaczekać. Jeśli nie preferujesz klasycznej Zeldy... Możesz odpuścić. Jeśli masz ochotę na doświadczenie staroszkolnej opowieści Linka w najlepszym wydaniu – nie zastanawiaj się. To spokojna i bardzo przyjemna gra, z którą nieczęsto mamy okazję się teraz mierzyć. Link pozwala zapomnieć o świecie i cieszyć się czystą rozgrywką.