Nie sądzę, by ktokolwiek tutaj nie wiedział czym jest Cuphead, ale w ramach przyzwoitości, przypomnę w kilku zdaniach. Cuphead to dwuwymiarowa gra akcji/platformer, której clue rozgrywki jest walka z coraz to trudniejszymi i ciekawszymi bossami. Żeby nie było nudno, tytuł oferuje kilka poziomów “run & gun” w której robimy dokładnie to co nazwa sugeruje: biegamy od początku do końca poziomu zabijając tabuny przeciwników i przy okazji zbierając monetki. Te, możemy wydać na nowe bronie i specjalne zdolności w objazdowym sklepie pana Prosiaka. To, co przede wszystkim charakteryzuje Cuphead to wysoki poziom trudności. Swego czasu gra była nazywana Dark Soulsem platformówek i coś w tym jest: bossów i ich ataków trzeba się po prostu nauczyć na pamięć metodą prób i błędów, ginąć będziemy często i gęsto, ale satysfakcja z pokonania każdego jednego jest na tyle wielka, że chce nam się próbować dalej i dalej i brnąć dalej do przodu by w końcu dostać się do samego Diabła. Bo tak, nie wspomniałem: W Cuphead walczymy z dłużnikami Biesia, by sami główni bohaterowie nie utracili swych dusz. 

Nie będę owijać w bawełnę: kocham Cupheada całym sercem. Jest to po prostu fantastyczna gra, w której praktycznie wszystko zagrało idealnie. Mogę powiedzieć, że grafika jest wspaniała, ale to i tak nie odda tego jak fantastyczna ona jest. Napiszę, że ścieżka dźwiękowa jest fenomenalna, ale i tak to nie odda jej geniuszu. W dziele Studio MDHR każda pojedyncza klatka ręcznie rysowanej animacji, każdy detal znakomitych krajobrazów przewijających się przez poziomy i walki z bossami, każda nuta dowolnego utworu z gry błyszczy, prezentując fenomenalną jakość wykonania i przywiązanie do najmniejszych nawet szczegółów. Cuphead jednak to nie tylko zjawiskowa oprawa audio-wizualna, oferuje również trudną, ale cholernie wciągającą, satysfakcjonującą i przede wszystkim dającą ogromną radość rozgrywkę.

Jasne, mógłbym się przyczepić, że większość broni jest w sumie bezużyteczna (a przynajmniej dla mnie), że poziomy platformowe nie są jakoś fenomenalnie zaprojektowane, czy, że ogólnie: gra jest stosunkowo krótka i opiera się przede wszystkim na walkach z bossami, ale… Czemu miałbym, skoro to, co jest, daje mi niesamowitą przyjemność grania? A wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Nie jestem już zmuszony do grania na TV, bo dzięki temu, że gra wyszła na Switcha, mogę w nią grać, cytując klasyka “gdziekolwiek, kiedykolwiek i z kimkolwiek”. I przy okazji działa fenomenalnie.

Cuphead na Switchu to w zasadzie port bez żadnych cięć. Przenośnie śmiga w płynnych 60 klatach na sekundę w natywnej rozdzielczości 720p a w TV bezproblemowo w Full HD. I serio, nie wiem co więcej mogę tu napisać. Gra wygląda i działa po prostu znakomicie. Warto nadmienić, że gra ma wbudowany system achievementów, więc posiadacze Pstryka mogą pokusić się o zrobienie calaka, podobnie jak na Xbox One. Na pochwałę zasługuje również polska wersja językowa: starano zachować się duch i humor oryginału i w większości przypadków nawet to miało ręce i nogi. W tłumaczeniu główni bohaterowie to Kubuś i Filuś, a ich dziadek to… Czajnisław!

Słowem podsumowania: Cuphead był fantastyczną grą w 2017 roku i nadal jest fantastyczną pozycją w 2019. Gra idealnie pasuje do Pstryka, włączyć na chwilę, pokonać bossa (albo dać się skopać) i odstawić konsolę by robić coś innego. Studio MDHR odwaliło kawał dobrej roboty wykonując ten port i zwyczajnie cieszy mnie ten gościnny występ produktu Microsoftu na konsoli Nintendo. Mam nadzieję, że oboje zacieśnią współpracę i w przyszłości czekać na nas będą kolejne znakomite porty z Xbox One. Cuphead? Serdecznie polecam.