Początek roku upłynie wielu graczom pod dyktando gier z Kraju Kwitnącej Wiśni. Cenieni deweloperzy wrzucą na rynek kilka znanych produkcji, a jednym z takich tytułów jest bez wątpienia Ace Combat 7. Na produkcję Project Aces czekaliśmy zdecydowanie za długo, jednak mogę śmiało powiedzieć – było warto.

Historia wielkiego konfliktu

Głównym trybem przygotowanym przez Project Aces jest oczywiście kampania. Twórcy ponownie wrzucają nas do alternatywnego świata Strangereal, w którym walczą ze sobą Królestwo Erusei z Federacją Osei. To typowy „Wschód vs. Zachód”, ale tym razem deweloperom udało się ubrać całość w naprawdę dobrze przedstawioną historię. Tutaj od pierwszej chwili można poczuć, że scenarzyści spędzili wiele godzin na przygotowaniu drobnych detali – obie strony konfliktu walczą o kontrolę nad Międzynarodową Windą Kosmiczną, jednak tak naprawdę historia ma znacznie głębszy kontekst. Nie każdy doceni pracę pisarzy z Kraju Kwitnącej Wiśni, ale zakochają osoby, które wychowały się na japońskich grach, bo w tej przygodzie nie brakuje wzniosłości, którą dobrze możecie kojarzyć z kilku hitów z odległej, szóstej generacji.

Już dawno z ciekawością nie oglądałem kolejnych, licznych materiałów wideo prezentujących dodatkowe wydarzenia pomiędzy kolejnymi misjami, ponieważ Japończycy zadbali o prezentację zdarzeń. Studio w tym miejscu opowiada o świecie, pozwala lepiej poznać głównego bohatera, a co najważniejsze – nie pokazuje wojny z jednej strony. W pewien sposób gracz otrzymuje za zadanie interpretację wydarzeń.

Ace Combat 7 recenzja 6

Ace Combat 7 recenzja 5

Nie możecie oczywiście liczyć na wielowątkową fabułę, która do samego końca będzie dla Was zagadką – to w zasadzie prosta historia, ale jej dużym atutem jest prezentacja. Oczywiście, jeśli należycie do graczy, którzy zjedli zęby na japońskich grach. Protagonista rozpoczyna swoją karierę, później szybko zostaje sprowadzony do parteru, by następnie odbudowywać pozycję – znacie to? Twórcy nie wymyślają koła na nowo, ale zarysowana otoczka pod postacią przedstawienia misji, świetnie zrealizowane wstawki filmowe, obłędne udźwiękowienie czy też właśnie sama rozgrywka, sprawiły, że z wielkim zaciekawieniem uczestniczyłem w każdej kolejnej misji. Studio nie zawiodło jeszcze w jednym aspekcie – zróżnicowaniu wydarzeń, bo choć cała kampania zamyka się w około 12 godzin (20 misji), to jednak dosłownie każdy kolejny lot posiada inny plan. Zadania są ciekawe ze względu na gameplay, za każdym razem mamy okazję wykonywać coś nowego – w głównej mierze musimy oczywiście wyeliminować cel, jednak właśnie realizacja wydarzeń jest dużym atutem Ace Combat 7. Mamy okazję walczyć z chmarą dronów, unikać pewnych stref, pojedynkować się z doświadczonymi pilotami, eliminujemy małe bazy czy też są starcia na znacznie większą skalę. Akcja została szczególnie dobrze zrealizowana.

Kilka misji trzeba powtórzyć

Twórcy potrafią zaskoczyć jeszcze jednym – wygórowanym poziomem trudności. Od pierwszego chwycenia kontrolera w łapę czułem, że deweloperzy nie zamierzają mnie oszczędzać, ale z każdym kolejnym wyruszeniem w przestworza miałem świadomość, że najmniejszy błąd będzie mnie kosztował powtórzenie misji lub rozpoczęcie akcji od punktu zapisu. Studio nie wybacza najmniejszych potknięć, a dynamiczna akcja często sprawia, że trudno kontrolować swojego podniebnego, metalowego demona. Ma to jednak swoje plusy oraz minusy, ponieważ twórcy oddają w nasze łapy gromadzone po każdej misji fundusze i bez najmniejszego problemu możemy wydawać je na nowe maszyny, uzbrojenie oraz dodatki. Cała technologia trafiła na wielkie drzewko, które na początku odkrywałem bez odpowiedniego przygotowania i głupio roztrwoniłem. Dlatego siódmej misji zderzyłem się ze ścianą – bez wchodzenia w fabularne smaczki, w trakcie zadania trzeba zdobyć określoną liczbę punktów, jednak jest to naprawdę trudne bez odpowiednich dodatków. Musiałem dokupić amunicji oraz ulepszyć te posiadane, więc...? Sprawdziłem tryb sieciowy.

Balans nie jest najmocniejszą stroną Ace Combat 7, ponieważ gra w pewnym momencie wymaga powtórzenia wcześniej ukończonych misji lub sprawdzenia umiejętności innych graczy w zmaganiach multiplayer. Oba warianty zabawy pozwalają zdobyć kolejne fundusze, by móc powiększyć arsenał i jednocześnie odpowiednio zareagować na wydarzenia na ekranie. Nie zrozumcie mnie źle – w tym miejscu nawet przez sekundę nie zamierzam narzekać, bo uwielbiam wygórowane poziomy trudności, a w tym wypadku mutli sprawdziłem ze sporym zaciekawieniem. Gra jednocześnie potrafi bardzo dobrze zasygnalizować, w którym miejscu mamy „problem” i co należy poprawić w naszej maszynie. A opcji mamy naprawdę sporo, ponieważ kolejne modele charakteryzują się prędkością, zwrotnością, stabilnością, obroną, atakami, różnorodną amunicją oraz oczywiście dodatkowymi częściami. W tym ostatnim wypadku dorzucamy do bestii przykładowo elementy związane z kadłubem (wpływamy między innymi na prędkość, zwrotność, wytrzymałość), arsenał (wzmocnienie działek, broni specjalnej oraz standardowego uzbrojenia) lub decydujemy o innych detalach maszyny. Twórcy wrzucili do gry całą masę pojazdów, wśród których znajdziecie typowy Mirage 2000, A-10C, MiG 21Bis, MiG-31B czy też Su-57, ale nie będzie pewnie dla nikogo zaskoczeniem, że studio chętnie bawi się formą prezentując graczom bardzo wymyślne modele – podobnie zresztą wygląda sytuacja z uzbrojeniem, które również nie odpowiada standardom znanym w 2019 roku... Choć jestem przekonany, że wszystko jest dobrze wpisane w konwencję wydarzeń i całej serii.

Ace Combat 7 recenzja 3

Ace Combat 7 recenzja 4

Japończycy zapewnili mnóstwo najróżniejszych opcji personalizacji, jednak nie zapomniano o ważnych ograniczeniach i niektóre części są dostępne wyłącznie dla kampanii – autorzy w ten sposób walczą z zachowaniem balansu w trybie sieciowym. Niestety, odpowiedniego rozbudowania zabrakło w multiplayerze, ponieważ aktualnie są dostępne wyłącznie dwa tryby – deathmatch oraz team deathmatch. W obu pojedynkach na mapie może pojawić się maksymalnie ośmiu graczy, połączenie jest zawsze stabilne, a wrażenia fantastyczne, ale nawet podczas przygotowywania się do tego tekstu poczułem, że brakuje tutaj jeszcze dwóch-trzech wariantów, które mogłyby przykuć do ekranu na kilka dodatkowych godzin. Pewną niedogodnością dla niektórych będą również pokoje – twórcy nie stawiają na typowy matchmaking: pozwalają wskoczyć do lobby, a mecz się rozpoczyna, gdy zbierze się odpowiednia liczba chętnych lub zainteresowani wyrażą chęć wyruszenia w przestworza.

Akcja przepełniona satysfakcją

Niezależnie od włączonego trybu – kampania, multiplayer, VR (o tym więcej – wkrótce!) – Ace Combat 7 charakteryzuje się obłędnie zręcznościową i niezwykle przyjemną mechaniką rozgrywki. Lot jest przesiąknięty dynamiką, nie ma tutaj miejsca na krztę symulacji, ale właśnie to jest najprzyjemniejsze. Do bólu obładowano produkcję satysfakcją, ponieważ opanowanie każdej maszyny zajmuje dosłownie minutę, a później możemy z czystą radochą ubijać kolejnych wrogów, unikać pocisków lub po prostu decydować się na poważniejsze manewry. Podczas niemal każdego lotu mamy w zasięgu wzroku sojusznicze jednostki, które choć specjalnie nie pomagają, to jednak nie przeszkadzają i spełniają najważniejsze zadanie – nadają całości odpowiedniej atmosfery. Na niebie często roi się od maszyn, które wybuchają, atakują, walczą i wygląda to naprawdę okazale... Choć oczywiście oprawa nie jest najmocniejszą stroną gry – na PlayStation 4 Pro ładnie wyglądają wszystkie samoloty czy też podniebne krajobrazy, ale nie ma tutaj miejsca na przesadny zachwyt. Jest po prostu poprawnie, czasami ładnie, a bywają również pokraczne, brzydkie widoki. Na szczęście zdecydowanie lepiej wypada udźwiękowienie, które jest zacne – od dobrze dobranej muzyki podgrzewającej atmosferę po wszystkie komendy naszych współtowarzyszy (można włączyć japoński dubbing!), czy też odgłosy rozpadających się na cząstki wrogich złomów. Tutaj dosłownie wszystko „zagrało”.

Fantastycznie pod względem rozgrywki sprawdzają się również warunki pogodowe – latanie podczas deszczu wpływa na maszynę, podczas burzy możemy zostać trafieni i oślepieni piorunem, chmury można wykorzystać do ucieczki przed rakietami, ale potrzeba jednocześnie zwracać uwagę na oblodzenie wpływające na możliwości maszyny. Deweloperzy oferują zręcznościówkę pełną gębą, ale bawią się przeciążeniami, efektami wizualnymi, wspomnianą aurą czy też wibracjami, przez co trudno od tej gry się oderwać. Każdy lot to dosłownie przyjemność przeładowana akcją, przez którą trudno skupić się na oprawie, ponieważ cały czas ktoś do nas strzela, my staramy się zrealizować wyznaczone cele, a jednocześnie i co najważniejsze – czuć tutaj prędkość. Może nie jest to namacalne od pierwszej chwili, ale w niektórych misjach podczas manewrowania pomiędzy „przeszkodami” będziecie dosłownie przechylać ciało w odpowiednim kierunku. Akcja jest tak dobra, bo jest wymagająca – tylko nie włączajcie na łatwym poziomie, tutaj trzeba się pomęczyć, a każda porażka to cenna nauka.

Dobrą wiadomością dla wielu będzie na pewno brak jakichkolwiek skrzynek oraz mikrotransakacji – w dzisiejszych czasach nie jest to standard, więc na pewno warto wspomnieć, że Japończycy (choć mogli) nie zdecydowali się na dorzucenie tej zarazy do swojej produkcji.

Ace Combat 7 recenzja 2

Ace Combat 7 recenzja 1

Więcej, więcej, więcej!

To jest właśnie odpowiedni powrót uznanej i przez niektórych pewnie zapomnianej marki. Ace Combat przyleciał z dalekiej podróży, charakteryzując się ciekawą fabułą, kapitalnym modelem lotu oraz jest od początku do końca wypełnieniem satysfakcją. Brakuje tutaj od pewnego momentu zawartości (może jakieś misje arcade, wyzwania lub więcej trybów w multi?), ale nawet w tej sytuacji trudno nie polecić najnowszej produkcji Project Aces.