Nazwę Super Smash Bros. Ultimate można podzielić na dwa konkretne i oddające sens całej produkcji człony. Mamy tutaj typowy Super Smash Bros. czyli bijatykę na dość nietypowych zasadach, która jednak odnosi sukces za sukcesem na kolejnych konsolach Nintendo. Drugie ogniwo nazwy odnosi się już do samej zawartości, ponieważ Japończycy zaoferowali najbardziej rozbudowaną grę z uniwersum. Tytuł niemal kompletny.

Zanim chwycę Wasze głowy i zanurzę je w odmętach tej ogromnej zawartości, muszę wytłumaczyć jedno - podstawa najnowszej mordoklepki Nintendo nie jest jakąkolwiek rewolucją względem poprzednich odsłon. Ponownie na mapie pojawia się kilku zawodników, którzy posiadają liczniki zdrowia, a ich zapełnienie pozwala łatwiej wyrzucić oponenta z areny. Dla jednych to bardzo dobra wiadomość, dla innych fatalna, bo właśnie z powodu nietypowego podejścia do pojedynków, nie każdy potrafi zatracić się w propozycji. Jeśli jednak należycie do tej sporej grupy, która łyka koncepcję Nintendo bez popity, to porzućcie wszystkie obowiązki i biegnijcie do sklepów – to właśnie na ten tytuł czekaliście.

Super Smash Bros Ultimate

Super Smash Bros Ultimate

Masz ich wszystkich? Jak sobie zapracujesz

Pewnie większość naszych czytelników słyszała o zawrotnej liczbie 74 zawodników w Super Smash Bros. Ultimate. Twórcy nie kłamali wrzucając do produkcji ogrom bohaterów, ale na start otrzymujemy zaledwie ośmiu fighterów. Co z resztą? Trzeba sobie na nich zapracować. To fantastyczny pomysł, który przypomniał mi lata dzieciństwa i odblokowywanie kolejnych wojowników w Tekkenie. Na szczęście tym razem nie muszę powtarzać tego procesu przez brak „memorki” - bez wątpienia deweloperzy potrafili wykorzystać element serwując wprost uzależniającą zabawę. Gra zachęca do kolejnych sesji, podczas których mamy okazję powiększyć zestaw postaci, a warto napomknąć, że odblokowanie kolejnych herosów odbywa się na kilka sposobów – po pokonaniu rywala w fabularnym trybie, po ukończeniu klasycznego trybu Smash, od czasu do czasu nawet po zakończonym meczu zostajemy wyzwani przez rywala, a zwycięstwo w tym starciu pozwala powiększyć bibliotekę osobistości. Doskonale rozumiem, że nie każdemu taki pomysł przypadnie do gustu, choć trzeba przyznać, że twórcy w sprytny sposób przygotowali sobie mechanikę, która dobrze współgra ze wszystkimi trybami.

Lista jest ogromna i przeładowana świetnymi fighterami. „Ultimate” zawiera wszystkich specjalistów od obijania twarzy z poprzednich odsłon, więc możemy wcielić się między innymi w Mario, Mewtwo,  Foxa, Samus, Donkey Konga, Zeldę, Lucasa, Pac-Mana, Captaina Falcona,  Roya, Pita, Shulka, Clouda, Bayonettę, Ryu, Snake’a czy też Sonica… A wśród nowych indywidualności znajdziecie między innymi Dark Samus, Simona, Kena, Inkling, Isabellę czy też King K. Roola, Ridley’a i nawet Incineroara. Nie każdy trafi w gust Kowalskiego, a kolejny nie zadowoli Ruszczyka, ale jedno jest pewne – w całej masie 74 wojaków znajdziecie przynajmniej kilkunastu, w których będziecie wcielać się z błogą przyjemnością. Tutaj każdy ma swój unikalny styl, charakteryzuje się serią mocnych i słabych stron, więc podczas rozgrywki uczymy się wykorzystywać pozytywne oraz unikać tych negatywnych, ale przyjemność trwa i trwa. A gdy się znudzimy? Bierzemy kolejnego, kolejnego i kolejnego. Już teraz mam pewne zastrzeżenia dotyczące balansu – bo okiełznanie takiej palety nie należy do najłatwiejszych– ale twórcy zamierzają reagować na sugestie społeczności.

Podobny ogrom można dostrzec przyglądając się udostępnionym przez producenta terenom – 96 powracających i zarazem upiększonych miejscówek oraz siedem nowych aren to liczby, które po prostu robią wrażenie. Mam przy tym świadomość, że akurat w mapach nie jest najważniejszy ich szeroki zestaw, a w tym wypadku ich jakość – tutaj każda miejscówka potrafi zaskoczyć wykonaniem czy też aktywnymi elementami. W rezultacie podczas rozgrywki męczymy paluchy kontrolując bohatera na obszarach między innymi z następujących uniwersów: Pokemon, Bayonetta, Final Fantasy, EarthBound, Metroid, The Legend of Zelda, Donkey Kong, Tomodachi, Nintendogs i nie można oczywiście zapomnieć o kultowym Mario. Lokacje żyją – przemieszczają się, pojawiają się na nich nowe przedmioty, często się dosłownie zmieniają i w rezultacie na małym ekranie konsoli lub dużym telewizorze jesteśmy przywitani paletą pięknych barw. No dobra, nie jest to najładniejsza bijatyka tej generacji, ale tytuł posiada swój unikalny styl, który cieszy oko, bo – koncepcja pasuje do założeń – w końcu podczas jednej walki może ze sobą rywalizować osiem postaci z różnorodnych światów. W dodatku autorzy nie zawiedli tworząc soundtrack, gdyż do produkcji wrzucono ponad 800 utworów – kompozycje odpowiadają bohaterom, więc usłyszycie tutaj dźwięki z wielu rozpalających ogień w Waszych sercach tytułów. Magia!

Super Smash Bros Ultimate

Super Smash Bros Ultimate

Fabuła w bijatyce? Na kilkanaście godzin!

Teraz każda dobra bijatyka musi posiadać fabularny tryb, więc Nintendo postanowiło stworzyć World of Light. To zupełnie nowy wariant zabawy, w którym wszyscy bohaterowie zostają opanowani przez złą moc, a jedynie Kirby zdołał uciec. „Różowa kulka”, „Chodzący Odkurzacz” czy też „Połykacz” został głównym bohaterem przygody, podczas której mamy okazję przemieszczać się po ogromnej mapie i uczestniczyć w dziesiątkach pojedynków. Gdy natrafimy na jedną z zaklętych postaci, możemy ją w prosty sposób odblokować – obicie mordy przykładowo Nessowi sprawi, że ziomek zasili zestaw naszych bohaterów, a później będziemy mogli nim operować we wszystkich pozostałych wariantach zabawy. Twórcy pewnie zdawali sobie sprawę, że samo bieganie po lokacji i obijanie oponentów znudzi nawet największych fanatyków Smasha, więc zdecydowali się na ciekawe urozmaicenie zabawy – w trakcie gry zbieramy „Duszki”. Specjalnych bohaterów możemy porównać do Pokemonów, ale nie mamy okazji wystawiać ich w walce, choć możemy czerpać garściami z ich statystyk. Spirits zdobywają poziomy, stają się potężniejsze, jednocześnie gracz otrzymuje dostęp do trzech dodatkowych „kart”, które pozwalają mu poprawić niektóre detale.

Duszki posiadają trzy typy, które oddziałują na siebie niczym na zasadach „papier, kamień, nożyce”, więc jeszcze przed rozpoczęciem walki musimy sprawdzić, jakiego „asa w rękawie” posiada nasz przeciwnik, by dobrać pod niego odpowiedniego towarzysza. Główne Spirits wpływają na siłę ataków oraz wytrzymałość, zaś dodatkowe charakteryzują się ulepszeniem poszczególnej zdolności – przykładowo poprawiają atak wybranym ciosem, ułatwiają wykorzystywanie rozrzuconych przedmiotów lub uodparniają na niespodzianki przygotowane na mapie. A właśnie takimi drobiazgami zostało przesiąknięte World of Light, ponieważ na każdym kroku jesteśmy zaskakiwani rozwiązaniami przygotowanymi przez deweloperów. Studio wyraźnie bawiło się koncepcją kreując ten wariant zabawy - często rywalizujemy z kilkoma przeciwnikami, innym razem jeden atak kończy zabawę, a później stajemy oko w oko z gigantycznym oponentem, by w kolejnym etapie dosłownie ścigać rywala po lokacji. Niektóre wyzwania są łatwiejsze, inne zdecydowanie trudniejsze, ale jednego tutaj nie brakuje – fantastycznej zabawy.

World of Light nie jest oczywiście sztandarowym, fabularnym trybem, ale wariant spełnia się w jednym elemencie – twórcy za jego pomocą uczą nas gry. W Super Smash Bros. Ultimate niestety brakuje konkretnego samouczka, jednak właśnie WoL nauczy nowicjuszy podstaw – jak wykorzystywać przedmioty, jak walczyć nawet z kilkoma robakami, w którym momencie najlepiej bronić lub atakować… To wszystko dzieje się na żywym organizmie i zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby uczenie się gry w specjalnie przygotowanym do tego trybie, ale nawet w takich warunkach Smash staje się produkcją dla bardzo szerokiego grona odbiorców.