Świat się skończył. Ludzkość przetrzebiła tajemnicza „czerwona zaraza”, a jakby tego mało to w ruch poszła broń nuklearna. Niedobitki ludzkości gromadzą się w Arce będącą pozostałością po jakiejś platformie wiertniczej, a otaczające ją tereny to niedostępna, silnie napromieniowana strefa. Okazuje się, że promieniowanie nie wpływa na mutantów, którzy siłą rzeczy stali się chlebodawcami dla mieszkańców Arki, ponieważ tylko oni mogą zdobyć potrzebne zapasy. A kim są owi mutanci? Tego nie wie nikt. W pewnym momencie zaczęli pojawiać się w Arce, a dopóki są przydatni ich pochodzenie nikogo nie interesuje. Mutanci posiadają bardzo różne formy. Jedni są człekoształtnymi zwierzętami, inni wykształcili moce parapsychiczne.

Mutant Year Zero: Road to Eden recenzja ps4 #1

Szperacze (stalkerzy) przemierzają okoliczne rejony, by zdobywać zapasy oraz technologię, jaką pozostawili po sobie Starożytni (czyli my). Podczas powrotu z jednego z wypadów Dzik Bormin i Kaczor Dux, nasi główni bohaterowie otrzymują nowe zadanie od Ojczulka, najstarszego człowieka w Arce i zarazem jej przywódcy. Mają ruszyć śladem najlepszego ze Szperaczy, który zaginął podczas kolejnej próby odnalezienia Edenu, mitycznej krainy wolnej od promieniowania i zagrożeń. Czy coś takiego w ogóle istnieje?

Na początku gry narzekałem na wykorzystywanie ogranego do granic możliwości post apokaliptycznego szablonu. Wiecie, koniec świata, jest ciężko, ale wszystkich trzyma nadzieja o odnalezieniu bezpiecznego miejsca. Na szczęście pod tym ogólnikiem kryje się coś więcej i warto śledzić fabułę Mutant Year Zero. Finał opowieści zrealizowano z pomysłem i wrzucono kilka mocnych zwrotów akcji (nawet jeśli spodziewanych). Całość kończy się cliffhangerem przygotowującym gracza na sequel.

Mutant Year Zero: Road to Eden recenzja ps4 #2

Podróżując odwiedzamy kilkanaście zróżnicowanych lokacji. Poruszamy się po nich swobodnie eksplorując wszystkie kąty, gdzie poukrywano zasoby i bronie. Spotykając wrogów przechodzimy w tryb skradania, który ograniczy możliwość wykrycia naszej trzyosobowej drużyny. Co ciekawe, wielu potyczek można uniknąć przemykając pomiędzy patrolującymi przeciwnikami niczym Corvo z Dishonored. Skradnie to również okazja do rozlokowania Szperaczy w najdogodniejszych pozycjach przed przystąpieniem do ataku. Aha, byłbym zapomniał, za pomocą broni z tłumikiem lub kuszy można pozbyć się przeciwników, którzy odłączą się od grupy i tym samym zwiększyć szanse na zwycięstwo. A gdy już dojdzie do walki…

Potyczki realizowane są w turach. Szperacze posiadają po dwa punkty akcji z czego jeden wykorzystujemy na ruch czy przeładowanie broni, a drugi na atak lub korzystnie z mutacji. Trafienie przeciwnika zależne jest od odległości, zasięgu broni oraz osłony za jaką się znajduje. Przed atakiem widzimy procentową szansę na trafienie, która pomoże podjąć decyzję, co do dalszych działań. Pozytywnie zaskakuje sztuczna inteligencja przeciwników. Są agresywni, wykorzystują ukształtowanie terenu i eliminują najsłabsze ogniwa. Wynagradza to małe ich zróżnicowanie oraz bossów o identycznych zdolnościach.
Mutant Year Zero to gra bardzo trudna. Zalecany trudny poziom to prawdziwe wyzwanie i bardzo częste wczytywanie gry. Ba, nawet po przejściu na „normal” niektóre walki trzeba powtarzać wielokrotnie szukając złotego środka. A jeśli czujecie się prawdziwymi wyjadaczami to polecam zacząć zabawę z aktywną śmiercią permanentną. Jeden błąd oznacza konieczność wczytania gry i poważnego przemyślenia swoich kolejnych kroków.

Mutant Year Zero: Road to Eden recenzja ps4 #3

W walce można skorzystać ze wspomnianych mutacji. Są to po prostu umiejętności do kupienia za punkty z awansu na kolejne poziomy. Każda z piątki dostępnych postaci posiada pewne unikalne zdolności kojarzone z jej mutacją. W karcie postaci znajdują się sloty na jedną mutację pasywną i dwie aktywowane podczas walki. Ekwipunek postaci rozwijamy w Arce, do której wracamy w dowolnej chwili. Niestety nie mamy wpływu na rozwój Arki, więc zapomnijcie od badaniach nad nowymi technologiami, rekrutacji co raz to nowych żołnierzy i tym podobnych zalet XCOM-a.

Mutant Year Zero korzysta z dobrodziejstw silnika Unreal Engine. Gra jest bardzo ładna i płynna. Zawieszoną w powietrzu kamerę możemy dowolnie obracać, ale nie da się jej oddalić bądź przybliżyć. Niestety technicznych problemów tutaj co nie miara. Kilka razy po przejściu na nowy obszar przywitała mnie nicość, ponieważ nie wczytały się tekstury otoczenia. Po walce, podczas eksploracji, nad głowami postaci potrafią zawisnąć wyświetlane podczas potyczki informacje. Sporadycznie, ale zdarzało się, że system źle zliczał umiejscowienie postaci wyświetlając „brak szans na trafienie” nawet gdy stałem za plecami wroga. Większość bolączek wyeliminował wydany w zeszłym tygodniu patch, ale wydaje mi się, że przyniósł ze sobą nowe. Na przykład podczas jednej z ostatnich misji po wyświetleniu króciutkiej animacji, kamera… zapomniała wrócić na swoje miejsce, co sprawiło, że postaci siedziały za osłonami gdzieś poza kadrem. A, że nie można oddalić kamery to pomogło jedynie wczytanie zapisu.

Mutant Year Zero: Road to Eden recenzja ps4 #4

Mimo wszystko uważam, że Mutant Year Zero to jedna z najlepszych gier mijającego roku. Chociaż podium zaklepały sobie ekipy z Santa Monica, Insomniac i Rockstar, to studio The Bearded Ladies zasłużyło na słowa wielkiego uznania. Gdy uda się naprawić wszystkie techniczne problemy, dodajcie do oceny jedno oczko. Bardzo mocno polecam.