Nigdy nie oglądałem anime Dragon Ball. Nigdy też nie czytałem mangi Dragon Ball. Vegeta bardziej mi się kojarzy z przyprawą w kuchni, a Goku kojarzę, bo każdy go kojarzy. Czy w takiej sytuacji można w ogóle czerpać przyjemność z obcowania z Dragon Ball FighterZ? Oczywiście! Laik taki jak ja, zarówno “bijatykowy” jak i Dragon Ballowy potrafi się świetnie bawić grając w fenomenalną mordoklepkę od Arc System Works.

Co to za czary?

Jak wspomniałem w nagłówku, od premiery FighterZ czekałem na wersję Switchową, choć jakiś tam głosik z tyłu głowy mówił mi, że to przecież niemożliwe aby gra wyglądająca tak zjawiskowo na PS4 czy X1 została przeniesiona na malutkiego Pstryka. Nie wiem z jakim demonem japońscy developerzy podpisali umowę, ale to co zrobili przechodzi moje wszelkie oczekiwania. Nie dość, że Dragon Ball FighterZ na Switcha zawiera dokładnie tą samą zawartość co duże konsole, to jeszcze sama jakość wykonania w gruncie rzeczy niewiele odbiega od dużych konsol! Jak pierwszy raz odpaliłem bijatykę w trybie przenośnym to nie wierzyłem w to co widzę. 

Przepiękna grafika jakby żywcem wyjęta z anime została przeniesiona prawie bezstratnie na Switcha i gdyby nie bezpośrednie porównania które możemy znaleźć w Internecie w życiu bym nie powiedział, że jest jakakolwiek różnica. Krawędzie są trochę bardziej poszarpane na Pstryku, cienie trochę słabiej wykonane, ale w zasadzie na tym kończą się istotne różnice, których i tak w tak dynamicznej bijatyce raczej nie wychwycimy. Najważniejszym faktem wartym odnotowania jest to, że gra działa w 60 klatkach na sekundę. W natywnej rozdzielczości w handheldzie i docku. Czapki z głów i chylę czoła ASW za ten wyczyn.  Ale w tej beczce miodu jest jednak drobna łyżka dziegdziu. By osiągnąć 60 fps, poza drobnymi uproszczeniami w grafice pokuszono się jeszcze o dynamiczne skalowanie rozdzielczości. Przy grubszych akcjach można zauważyć, że ekran się delikatnie rozmazuje. Nie jest to coś co mocno w grze przeszkadza, (mi w ogóle nie przeszkadzało) ale z recenzenckiego obowiązku wspominam.

Powiedzieć również wypada o tym, że FighterZ nie zawsze śmiga w perfekcyjnych 60 klatkach na sekundę. Tak, wiem, w przypadku tej gry mówić o 60 fpsach to jak nie mówić nic, bo tak naprawdę gra działa jednocześnie w kilku różnych prędkościach w zależności od sytuacji i konkretnych obiektów, np. postaci czy efektownych finisherów. Wracając jednak do tematu: przy grubszych akcjach zdarzy się, że klatki spadną delikatnie poniżej 60. Ponownie - mi to w żaden sposób nie przeszkadzało, ale jak już wspomniałem wyżej - nie jestem profesjonalnym graczem w mordkopleki, bardziej moja gra sprowadza się do mniej lub bardziej randomowego naciskania przycisków i oglądania efektów moich czynów. A dla takich ludzi jak ja, Dragon Ball FighterZ jest idealny.

Prosto i efektownie 

System walki w FighterZ jest z jednej strony, dla laika, niezwykle prosty, a z drugiej strony dla prosów wystarczająco skomplikowany by i jedni i drudzy bawili się z grą świetnie. Niewiele trzeba by na ekranie działy się różne cuda, rozbłyski, wybuchy, przeciwnicy wylatywali parę metrów w powietrze, co niezwykle mile łechce małego dzieciaka wewnątrz każdego z nas, bo micha po prostu sama się cieszy widząc co nam się udaje wyczynić. 

Oczywiście nie będę się tu zagłębiał we wszelkie niuanse walki, bo o tym mogliście już poczytać w oryginalnej recenzji na początku tego roku. Powiem tylko, że niesamowicie mocno mi się podobała sama walka, możliwość rotacji trzema zawodnikami w drużynie i combosy z tego wynikające. Podobał mi się tryb Story podzielony na 3 Arci, podobał mi się tryb Arcade i pozostałe tryby, w tym online, które działa sprawnie, ale chwilami miałem problem ze znalezieniem chętnych do wspólnej gry.

Rysy na diamencie

Nie wszystko jednak mi się w Dragon Ball FighterZ spodobało. Nie podoba mi się ogólna idea lobby. Jakoś nie kręci mnie chodzenie karykaturą postaci po małym hubie i tam dopiero wybierać opcje. Tak, wiem, można też je ogarniać z podręcznego menu, ale w takim wypadku wolałbym mieć faktycznie po prostu normalne menu z opcjami niż takie coś. Irytował też momentami tryb online, ale to już wina samego systemu niż gry. O co chodzi? Kiedy jesteśmy w lobby online i np. wyjdziemy ze Switchem na zewnątrz gdzie nie mamy dostępu do Internetu, to po odpaleniu gry przywita nas komunikat o zerwaniu połączenia i wyrzuci nas do głównego menu FighterZ. Trochę irytujące, najlepiej po prostu grać offline a do online wchodzić faktycznie wtedy kiedy chcemy powalczyć po sieci. 

Co mi się jeszcze nie podoba? DLC. Strasznie szkoda, że wydawca nie pokusił się od razu o wydanie wersji Deluxe na Switcha ze wszystkimi wydanymi do tej pory DLC. Zamiast tego gra domyślnie zawiera taką samą zawartość jak bazowa pozycja na PS4/X1. Wszystkie DLC niestety trzeba kupić osobno, w tym muzykę z Anime, nowych lektorów czy przede wszystkim dodatkowe postacie. 

Czy warto kupić Dragon Ball FighterZ? Zdecydowanie tak! Jeśli oczywiście nie posiadacie wersji na inny sprzęt, bo w takim wypadku jedynym plusem jest granie przenośnie. Jeśli jednak, podobnie jak ja, czekaliście na wersję Switchową, to sięgajcie bez wahania. Gra chodzi, brzmi i wygląda zjawiskowo, oferuje sporo trybów i masę dobrej zabawy. Sam Story Mode zajmie spokojnie 10-12 godzin!