Everything jest doświadczeniem. Dziwnym eksperymentem, który trafi tylko do fanów tych dziwniejszych wariacji na temat gier wideo. Relaksującą odskocznią dla ciekawskiego umysłu, niepotrzebującego z góry wyznaczonego celu. Można to określić prostym „brak gry w grze”, ale jeśli wciąż nie przestaliście czytać, to znaczy, że jesteście ciekawi tego nieszablonowego pomysłu. Bo zdecydowanie mamy do czynienia z wyjątkowo oryginalnym tworem, chociaż są momenty, w którym zadacie sobie pytanie „...dlaczego?”. Bardzo dużo takich momentów.

Everything wita nas wyjątkowo prostą, przeciętną oprawą graficzną, a złe pierwsze wrażenie szybko przechodzi w jeszcze gorsze, gdy spróbujemy się poruszyć i zobaczymy animację. Otóż każde zwierze, roślina czy rzecz, w jaką się wcielimy, sunie po ziemi lub... przewala się do przodu całą swoją masą o 90 stopni. Jeden ruch naprzód i mój koń staje na głowie. Kolejny – zwierzę znalazło się na plecach. Zupełny brak jakiegokolwiek wysiłku w przygotowanie choćby najprostszych animacji – wszystko, co widać, to przewalający się model konia. Szybko znajduję inne konie, tworzę małe stadko i grupą”biegam” po otwartym świecie, oglądając te absurdalne ruchy.

Rozmawiając z krzakami i drzewami, które dostały kilka kwestii ujawniających „co powiedziałyby rośliny, gdyby mogły mówić”, dostaję możliwość zawładnięcia pobliskim głazem. Ten już nie zarży, ale poza tym zachowuje się tak samo. Używam opcji „zejścia” i trafiam między źdźbła trawy, gdzie kieruje mrówką, a potem szyszką. Wciąż to samo – turlam się, łączę w grupy, poznaje myśli innych rzeczy. Korzystam więc kilkukrotnie z oddalenia. Znów jestem koniem, następnie większym drzewem, kontynentem, planetą i kosmosem. Mają rozmach... i nic więcej.

Z biegiem gry zrozumiałem, że trzeba tu innego podejścia. Pewnie, grafika jest mierna i animacje żałosne, ale są tu tysiące rzeczy, w które można się wcielić. Odhaczałem w encyklopedii gry kolejne kategorie (m. in. zwierzęta, rośliny, bakterie itd.), szukając każdego z ich przedstawicieli. I to jeszcze rozumiem – taka produkcja dla gracza-perfekcjonisty ze skłonnościami masochistycznymi, gdzie spędzi kilkanaście godzin na szukaniu nowych obiektów. Co jeszcze tu robić? Nie wiem. Sunięcie ogromnym hydrantem między planetami Układu Słonecznego może bawić najwyżej przez chwilę i średnio wierzę w odnalezienie tu jakiegoś wewnętrznego spokoju. Nie widzę też sytuacji, w której odkładam inne gry, by pobiegać po tym niezachwycającym wizualnie świecie. Takie tam "złap je wszystkie".

Everything korzysta z nagrań brytyjskiego filozofa Alana Wattsa sprzed 50 lat, który przedstawia swoje poglądy na człowieka, świat i egzystencję. Jako narrator gry przedstawia on jedną ze swoich teorii inspirowanych Wschodem, według której cały Wszechświat to tylko kosmiczny byt ukrywający się we wszystkich ożywionych i nieożywionych rzeczach, zapominając, czym sam jest. Ostatecznie my wszyscy nim jesteśmy, a cielesna forma człowieka to tylko „ego w worku ze skóry”.

Rozumiem, że przygotowano tysiące obiektów i nie było czasu każdemu nadać realistyczny wygląd czy złożone animacje, lecz może było trzeba ograniczyć nieco ambicje i skupić się właśnie na oprawie graficznej. Ile razy zatrzymywaliście się w Uncharted 4 czy Horizon: Zero Dawn, by podziwiać otoczenie? Tutaj widoczki zwyczajnie odrzucają i nie motywują do eksploracji (na której to wszystko się opiera!). Ambient w głośnikach troszkę pomaga, ale nie uchroni Was od znużenia.

Uwielbiam nieszablonowe gry i Everything zdecydowanie wpisuje się w tę grupę, tyle że już w samouczku czytamy „Popełnienie błędu jest niemożliwe.” i „Jeśli się denerwujesz, odłóż kontroler.” - nie wiem, jak można zachęcić do swojej gry w gorszy sposób. Gra wideo, w tym interaktywne doświadczenie, musi mieć jakiś cel – nawet jeśli będzie to obserwacja otoczenia w celu samodzielnego domyślenia się fabuły (szanujcie „symulatory chodzenia”!). Tutaj ambicje nie dorównały wykonaniu, oddając nam niepiękną produkcję, gdzie możecie co najwyżej spróbować wcielić się w każdy możliwą rzecz lub jakimś cudem się przy niej zrelaksować.

No, przynajmniej teraz mogę powiedzieć, że grałem już we Wszystko.

Gra recenzowana była na PS4 Pro