Pewnie zdecydowana większość z Was doskonale wie, o co w WWE chodzi, ale i tak pokrótce wyjaśnię. Podczas bardzo widowiskowych gal stają naprzeciw siebie współcześni gladiatorzy - zapaśnicy, którym na ringu wolno niemal wszystko (choć niektóre starcia można skończyć dyskwalifikacją). I zaczyna się rzeź. Spektakularne ciosy, dźwignie na kończyny, po których Mamed Khalidov skończyłby karierę, skoki na przeciwników z wysokości i fikuśne stroje rodem z podrzędnej wypożyczalni kostiumów na przedmieściach Rio de Janeiro. Innymi słowy - cuda. Tak jak w rzeczywistości, tak i w produkcji studia 2K wszystkie powyższe zjawiska mają miejsce, a zatem jest brutalnie, o czym gra lojalnie ostrzega, każąc nie próbować podobnych rzeczy w domu. I mimo że pewne obrazy normalnie spowodowałyby u mnie spore zniesmaczenie, to z zaskoczeniem muszę przyznać, że toczenie walk sprawia olbrzymią frajdę.

Głównym trybem rozgrywki w WWE 2K17 (PS4) jest oczywiście kariera. Zaczynamy od stworzenia własnej postaci (może to być zarówno mężczyzna, jak i kobieta) i wzorem poprzednich edycji, opcji dostosowywania wyglądu naszego zapaśnika jest naprawdę cała masa! Jest również możliwość personalizacji włosów na ciele naszego zapaśnika, co najlepiej powinno powiedzieć Wam, jak wiele mamy tutaj możliwości. Po przebrnięciu przez kreację bohatera, przychodzi czas na treningi, będące swego rodzaju samouczkiem, by wreszcie drzwi do świata sławy stanęły przed nami otworem. Później, zgodnie z góry przewidzianym harmonogramem, toczymy kolejne walki oraz - tu nowość - udzielamy wywiadów dla telewizji czy kręcimy spoty promocyjne! Te ostatnie sprawiają sporą radochę, bo niczym w rasowym erpegu wybieramy odpowiednie kwestie dialogowe, które czasem spodobają się naszej publice, a czasem wręcz przeciwnie – staną się źródłem nienawiści. Samych rodzajów publiczności, w zależności od gali, mamy kilka, bo jak to w życiu - zdarzają się pikniki, ale są też i hoolsi. Cel jest generalnie taki, aby konsekwentnie jak najmocniej uderzać w dowolną ze ścieżek - albo ulubieńca mas, albo antybohatera kibiców. Bo niezależnie od tego, czy mówią o nas źle czy dobrze – ważne, że mówią. Pewną nowością w trybie kariery jest także możliwość personalizowania naszych ceremonii wejścia do ringu i tworzenia własnego klipu filmowego, który później zobaczymy na telebimie. Miły dodatek, ale dużej różnicy nie robi.

Solą gry, bez której nie miałaby racji bytu, są oczywiście walki. Te przynoszą olbrzymią frajdę i pozwalają odreagować trudny tydzień. Sam system nie przypomina standardowych bijatyk, natomiast raczej nie zaskoczy fanów serii. Ponownie zamiast szybkiego mashowania guzików, mamy tutaj rozważnie dobierane kombinacje ciosów i kluczowy nacisk położony na odpowiednie wyczucie czasu przy zadawaniu uderzeń kontrujących. Samych ciosów zawsze było sporo, a teraz dołożono kolejne, ale tylko naprawdę wytrawni gracze opanują cały system do perfekcji. W tegorocznej edycji wprowadzono ocenianie atrakcyjności walk. Podczas pojedynku gracz widzi, że w zależności od poczynań (własnych i rywala) dostaje kolejne gwiazdki, których maksymalnie da się uzyskać pięć. W gruncie rzeczy - nic nie wnosząca pierdółka. Cieszy natomiast, że każdy z oddanych do zabawy realnych zapaśników ma swoje unikalne zagrywki wzorowane na rzeczywistych ruchach, co pozwala wyrwać się monotonii. Tym niemniej po pewnym czasie i tak niestety odczuwa się znużenie, bo w gruncie rzeczy wszystko odbywa się na podobnej zasadzie. I nawet powracająca możliwość wyjścia z okładaniem się na trybuny niewiele tu pomaga, bo to wciąż to samo, tylko w innym miejscu.

Wspomnianemu znużeniu w trybie kariery zapobiega trochę fakt, że wraz z postępami, pozyskujemy specjalne punkty VC, które następnie wydajemy na ulepszenie atrybutów i zdolności naszego herosa. Idąc naprzód ścieżką ku chwale, zaliczamy także awanse w rankingach, co pozwala zdobywać kolejne tytuły mistrzowskie i występować w coraz to lepszych ligach. Znakomitym urozmaiceniem zabawy jest doskonale znany fanom serii stan rywalizacji, w który możemy wejść z innymi zawodnikami. Raz jeszcze więc mamy co wyjaśniać na ringu, poza nim i podczas okazjonalnych festiwali dissów, kiedy o przewadze nie decydują pięści, ale kto z zapaśników jest mocniejszy w przysłowiowej gębie.

Ogólnie tryb kariery oceniam zdecydowanie na tak, choć zabrakło większej ilości zmian, a po kilkunastu czy kilkudziesięciu godzinach trochę zaczyna się przejadać. Jak zatem wyglądają pozostałe możliwości zabawy? Niestety dość biednie, bo z menu zniknął znany i lubiany 2K Showcase, który był jedną z największych zalet poprzedniczek. Do wyboru mamy jeszcze tylko jeden naprawdę duży tryb, czyli WWE Universe, w dodatku bez większych nowości. Mamy więc kalendarz z przeróżnymi galami (część federacji można usunąć, a inne dodawać), które później symulujemy lub rozgrywamy. Ale serio, szkoda na to życia. Chyba że ktoś ma na punkcie tego sportu porównywalnego hopla, jak pewien słynny ojciec na punkcie wędkarstwa.

Oprócz tego wszystkiego możemy rozgrywać dowolne "szybkie" pojedynki i walki w trybie online. Jeśli o to pierwsze chodzi, to mamy naprawdę sporą liczbę wariacji. Dwóch na dwóch, trzech na trzech czy normalne walki ze zmodyfikowanymi zasadami (drabiny, stoły, halucynacja, hemoglobina...) to standard, ale co powiecie na RoyalRumble, gdzie nawet do 30 zawodników - w odpowiedniej kolejności, każdy co kilkadziesiąt sekund - wchodzi na ring, a zwycięzcą będzie ten, który nie da się z niego wyrzucić? Musicie przyznać, że brzmi miodnie i uwierzcie, że tak też się gra. Do tego możemy tworzyć turnieje, które docenią z pewnością miłośnicy grania ze znajomymi przy piwku. W ogóle uważam, że tytuł ma spory potencjał, jeśli chodzi o rozgrywkę dla wielu graczy na jednej kanapie. Dobra alternatywa dla oklepanych już serii FIFA czy NBA i urozmaicenie względem klasycznych mordoklepek. Szkoda, że gorzej jest już, gdy chcemy pograć z żywym rywalem w trybie online. Tych gra znajduje nam dość wolno, w dodatku ciężko o przeciwnika na cokolwiek innego niż klasyczny pojedynek. Dlatego całość szybko się nudzi i wracamy do sprawdzonej rozgrywki jednoosobowej.

Mam też mieszane odczucia co do warstwy technicznej gry. Na plus, że oddano nam do zabawy masę zapaśników - bo jest ich około 150, z takimi gwiazdami jak Brock Lesnar, Undertaker czy John Cena na czele, a do tego jeszcze wariacje legend z najlepszych lat. Każdy z nich ma wiernie oddane ceremoniały wyjścia do walki z muzyką, grą świateł, ruchami itp. Z drugiej strony modele postaci nie robią jakiegoś wielkiego wrażenia i spokojnie byłbym w stanie uwierzyć, że to gra hulająca na sprzęcie poprzedniej generacji. No i jeszcze ci kibice jednostajnie machający prawą ręką do góry - obrzydlistwo. A przecież to już trzecie podejście serii na PS4 - można więc by było wreszcie pokusić się o jakieś usprawnienia. Generalnie szału pod względem oprawy nie ma, ale i o wstydzie nie może być mowy, jeśli weźmiemy pod uwagę, że sytuację równoważy wpadająca w ucho ścieżka dźwiękowa, która choć nie jest specjalnie obszerna, to w ustawieniach możemy dołożyć do niej jeszcze każdy z tracków przypisanych naszym gwiazdom, także jest tego sporo. Szkoda, że ostatecznie wszystko psują częste i przydługie ekrany ładowania. O ile przed walkami nie jest źle i jestem w stanie je zrozumieć, o tyle zdarzają się trzymać nas w niepewności nawet podczas nawigowania w opcjach. A to już jest kryminał.

Komu mogę polecić WWE 2K17 (PS4)? Przede wszystkim ludziom majętnym, bo gra jest trochę za droga w stosunku do tego, co oferuje. Po drugie fanom wrestlingu, bo ci bawić się będą wyśmienicie. Po trzecie, graczom, którzy szukają czegoś odpowiedniego na męskie posiadówki, a znudziły im się inne pozycje. Reszta może odpuścić lub zaatakować po stosownej obniżce. A jeżeli macie w domu WWE 2K16 (PS4), to nawet nie myślcie o przesiadce. Zmian jest za mało, a za wycięcie trybu 2K Showcase powinny polecieć głowy.