Na Facebooku pojawiały się pierwsze polskie konta, ludzie wybuchali śmiechem słysząc ceny gigantycznych telewizorów high definition (które i tak kupili), PlayStation 3 rozwijało podcięte skrzydła, próbując nadgonić za starszym dzieckiem konkurencyjnego molocha, a w grach wydawanych na platformę Sony nie było jeszcze systemu trofików. Wtedy były tylko achievmenty. Których cholernie zazdrościliśmy. Czasy elektronicznych rewolucji, przewartościowań i zmian, także tych na gorsze. Ale również czasy wielkiego ziewania fanów racerów wszelkiego rodzaju, zwłaszcza tych, co to wskoczyli na niepewną łajbę Japończyków (często porzucających wcześniejszy sprzęt dla relatywnie małego zastrzyku gotówki). Po solidnym ograniu pierwszego MotorStorm przyszło im czekać niemal pół kalendarza, do września 2007 roku, na kolejną ścigałkę z krwi i kości. Mocno przy tym spóźnioną, bo przecież użytkownikom Xboxa 360 znaną już od czerwca. Colin McRae: Dirt (nazywany już raczej „Dirtem pierwszym”) od Codemasters to tytuł, który wszystkie zamieszania zastanej rzeczywistości próbował wyprzedzić, zmiany gustów przewidzieć, nowe tendencje w gatunku – jeśli nie stworzyć, to choćby wykorzystać jako jeden z pierwszych. No i był to nowy Colin, tak po prostu. Gracze lubią Colina.

 

Seria towarzyszy konsolom już od Jej Szarej Eminencji Playstation Pierwszej i kto nie zagrywał się w kultową „dwójkę”, ten… najpewniej ma jakieś inne dobre wspomnienia, jednak spora część z nas znajomość z tragicznie zmarłym Szkotem rozpoczęła właśnie wtedy. Następne trzy tytuły sygnowane jego nazwiskiem i skrojone na siódmą generację konsol miały swoje wzloty i upadki (choć wszystkie mogą pochwalić się ponadprzeciętną średnią ocen na Metacritic), jednych regularnie łapiąc w swoje sidła, drugich zaś narażając na pełne żalu wspomnienia „czasów utraconych”. Ale marka żyła, oddychała elektroniczną piersią i pewnym było, iż w błyszczących niczym pierwsze gry na Xboxa 360 szatach zjawi się na – ówcześnie – najnowszych, najpotężniejszych podtelewizorowych maszynach, by pokazać swoje walory w wysokiej rozdzielczości. Wtedy jeszcze nie było wiadomo, że Dirt (zapisywany również jako DiRT) rozpocznie poniekąd nową markę, swoisty off-roadowy kolaż racerowy, odcinający się coraz pewniej od swych korzeni.

 

Owszem, samych rajdów, rozlokowanych w sześciu państwach, jest tutaj wciąż sporo, nadal stanowią rdzeń rozgrywki, niemniej Codemasters podjęli ryzykowną decyzję, by – wzorem serii TOCA – drastycznie urozmaicić kolejne godziny spędzone przed konsolą.  Pojawiło się zatem zatrzęsienie nowych rodzajów wyścigów, a każdy solidnie wspiera standardowy tryb kariery (piramida koniecznych do wygrania wydarzeń, z „turniejem mistrzów” na samym szczycie). Nie ma zatem mowy, by rajdowy ortodoks ciepłym moczem spryskał wszelkie innowacje – bez sukcesów w każdej z dziedzin trudno posunąć do przodu wskaźnik progresu. Należy przez to próbować swoich sił w rewelacyjnych Hill Climbach, czyli długich odcinkach prowadzących z podnóża góry na jej szczyt, oraz okrążeniowych CORR-ach i Rally Raid, gdzie pierwsza opcja składa się z krótkich, upstrzonych hopkami tras, na których z powodzeniem można by śmignąć quadem, a druga to długie, pustynne drałowanie potężnymi maszynami (nawet ciężarówkami). Na przeciwnej stronie barykady czekają wydarzenia typu Crossover (pojedynki jeden na jeden na dwóch krzyżujących się okrążeniach) i Rallycross (krótkie kółeczka na zamkniętych obiektach przeznaczone dla małych maszyn) - to asfaltowe, techniczne i nagłe dziadostwa, przy których restart okazuje się zaufanym przyjacielem.

 

W wyniku tego wraz z każdym kolejnym wydarzeniem w karierze, które nie jest rajdem (a tych tutaj sporo), wskakujemy za kierownicę innego typu pojazdu, a nasze nastawienie musi być równie elastyczne, co gumka w spodenkach Bruce’a Bannera. Pozostaje zatem żałować, że nie wszystkie tryby tak naprawdę dopieszczono. Powtarzają się trasy (nawet jeden więcej Hill Climb nikomu by nie zaszkodził!), a te, co to je musimy po raz enty przezwyciężyć, są ubogie graficznie, widocznie odstają od odcinków specjalnych. Nie zrozum mnie źle, drogi Czytelniku, dla krytyków w 2007 roku nie stanowiło to ogromnego problemu. To ja piszę z dalszej perspektywy, obeznany z późniejszymi odsłonami, świadomy, że Dirt postawił zaledwie nieśmiały kroczek w stronę off-roadowego eklektyzmu i choć muszę pochwalić odwagę (wszak można było odwalić zwyczajnie podrasowaną wizualnie odsłonę z PS2, a fani tak czy inaczej by to łyknęli), to wnioski nasunęły mi się same, gdy po skończeniu trybu kariery na 100% (nietrudne zadanie, wprawionym nie zajmie więcej niż dziewięć, maks dziesięć godzin) grę odpaliłem jeszcze wielokrotnie, jednak nigdy nie włączyłem ani Rally Raid, ani CORR-ów, ani Rallycross. Wolałem po raz kolejny zostać mistrzem WRC. Sytuacja ta będzie powoli się zmieniać wraz z następnymi odsłonami marki i tryby, które tutaj zaledwie urozmaicały zabawę, wypełnią większą część czasu grającego. Gdybyś jednak podczas zabawy w szóstego Colina miał problem z jakimś „dodatkowym” wydarzeniem, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zmniejszyć poziom trudności – jest on wybierany przed każdym wyścigiem, a pójście na skróty odczuje wyłącznie Twój wirtualny portfel, bo dostaniesz o trochę mniej kredytów.

 

„Hańba!” – krzyknąłbym za to, jeśli ktoś takie ułatwienia serwowałby sobie do soli Dirta, czyli klasycznych rajdów. Tutaj gra rozwija swoje skrzydła, tutaj niekwestionowanie rządzi. Świetnie przyrządzono model jazdy, łączący w sobie dwie trzecie symulacji i garstkę arcade. Samochody sypią się przy stłuczkach, na koleinach miota nimi jak szatan, a każde „potrącone” drzewko może znacząco utrudnić resztę przejazdu (wykrzywiona oś, problemy z silnikiem, zepsute chłodzenie et cetera). Liczne odcinki specjalne rzucają nami po całym globie, od słonecznej Hiszpanii i mokrych angielskich lasów po zamglone wywijasy w Japonii. Osobiście boleśnie przyjąłem brak wydarzeń w deszczu, śniegu lub po zmroku, brak jeszcze większego wyzwania, które hardkorowy gracz może sobie zrekompensować rzutem kamery zza kierownicy. Europejczyka rozśmieszy również otwarty na młodzieżowy slang pilot – po wyścigu krzyknie do słuchawki „wymiatasz” lub że jest „ołsom”. Na szczęście, w czasie morderczej walki na żwirze, piasku czy w błocie zachowuje umiar, spełniając swoją tradycyjną funkcję. Ważne, iż w trybie Rally Dirt stanowi wspaniałą zabawę, do której – o czym wspomniałem wcześniej – z przyjemnością wrócisz jeszcze wielokrotnie po nabiciu setnego procenta.

 

I właśnie zawiedzionym trochę przykrótkawą karierą dedykowany w menu jest Championship – stricte rajdowe puchary, mogące potrwać nawet około godziny. Intensywnej godziny, dodajmy koniecznie. Dopiero tutaj sprawne rozdysponowanie czasem ma w sobie nutkę hazardu, bo przecież pomiędzy kolejnymi odcinkami nie da rady naprawić w maszynie wszystkiego. Trzeba zdecydować, które części pozostawimy w stanie delikatnie zdezelowanym, a które przywrócimy do fabrycznej formy. Kiedyś szósty Colin oferował namiastkę sieciowego multiplayera (nasze czasy porównywane były z wynikami innych graczy), jednak serwery umarły już dawno temu. I cóż szkodziłoby dołożenie kanapowego split-screena? Zwłaszcza że pozarajdowe rodzaje wyścigów nadawałyby się do zakrapianej sesji z kumplem idealnie. A tak pozostaje oldschoolowa wymiana pada i wspólna praca na jedno konto w Championshipach. Lekki zawód.

 

Jak w telegraficznym skrócie wypada pierwsza „next-genowa” (kiedyś, no. Teraz taką będzie pierwszy Dirt na Xone’a i PS4) odsłona terenowych szaleństw pod szkockim patronatem? Wciąż dobrze! Nawet jeżeli oprawa graficzna brzydko się zestarzała (w Sieci dodatkowo wyczytałem, iż wersja na konsolę Microsoftu potrafi nieładnie zazgrzytać), sama gra, w czym spora zasługa mocno odmiennych charakterem kontynuacji, nadal wciąga. Wstępne przejawy różnorodności są znośne, potrafią zaintrygować, ale główne mięsko - soczyste rajdy i pełne napięć lawirowanie zdradzieckimi szykanami - elektryzują. Jeżeli miałbym odnieść się do dyskusji na temat słuszności utworzenia z Dirta osobnej serii racerów, przyklasnąłbym pomysłowi Codemasters. Można psioczyć, że zmiana formuły ze skrystalizowanej, skoncentrowanej na wszechstronną i eklektyczną zabiła ducha dawnych Colinów, ale nie sposób zaprzeczyć, iż tym sposobem, z niemałą pomocą Evolution Studios i ich MotorStorm, terenowe ściganie znów wróciło do mainstreamu. Oby podobnie wyszło niebawem, na pachnących nowością konsolach ósmej generacji.

 

PS: Przygotowania do recenzji podsunęły mi (i moim znajomym) zacny pomysł - cykl tekstów poświęcony historii wyścigów na trzeciej platformie Sony. Bez spiny i zabawy w naglące terminy, na zasadzie "kiedy i ile się uda". W jego perspektywie recenzja Dirta byłaby... siódmą (lub szóstą, o tym zdecyduje dostępność NASCAR 08 w Europie) częścią całości. Będzie to zatem tekst anachroniczny, miejmy nadzieję, że jedyny. Następnym razem cofniemy się jednak do samego początku, aby kultowe "Riiidge Racer" wybrzmiało raz jeszcze. Po więcej informacji na ten temat zapraszam na bloga: http://www.ppe.p(...)ps3.html