140 (PS4) to trzyletnia już indycza perełka platformowa, która nie bawi się w wymyślne otoczki. Twórca Jeppe Carlsen (projektant Limbo) postawił na minimalizm i skupił się w całości na rozgrywce. Podczas gdy takie Thomas Was Alone spróbowało nadać głębi różnym figurom geometrycznym przez narracje, tak tutaj kontrolowany przez nas kwadrat (zmieniający się trójkąt i koło, w zależności od wykonywanych ruchów) nie ma absolutnie żadnego celu, pragnień czy ambicji. To tylko coś, czym skaczemy po innych platformach i tyle.

Piękno gry tkwi w wykorzystaniu elektronicznej muzyki jako przewodnika po tym świecie. Rytm pełni rolę samouczka. Wyznacza momenty, kiedy powinniśmy wykonać skok, i informuje o pojawiających się przeszkodach. To, jak ważna jest tu muzyka, doceniłem dopiero wtedy, gdy podczas gry zadzwonił telefon. Wyciszyłem głośniki, ustawiłem komórkę na tryb głośnomówiący i… zacząłem umierać raz za razem. Nie dlatego, że nie potrafię rozmawiać z kimś i grać jednocześnie, a przez brak prowadzących za rękę tych stu czterdziestu uderzeń na minutę. Zabawa bez dźwięku nie jest niemożliwa, lecz zupełnie mija się z celem.

Niestety minimalistyczne podejście zastosowano również do długości zabawy. Całość można przejść w godzinkę i chociaż czekają nas trzy naprawdę pomysłowe „walki z bossami”, zostawia to ogromny niedosyt. Sytuacji nie ratuje hardcore’owy tryb, który każe nam zaliczać grę raz jeszcze w lustrzanym odbiciu, a każda porażka oznacza zabawę od samego początku. Pomimo znakomitego wykonania tych kilku plansz, nie wierzę, by ktoś chętnie wydał aż 38 zł na tak krótkie doświadczenie. Minimalizm może mieć swój urok i zbudowane z przeróżnych kolorów proste plansze nie sprawiają wrażenia zrobionych na odwal, ale ja tu się ledwo zacząłem rozkręcać, a 140 (PS4) się już skończyło.

I jak tu ocenić takie „demo”? Świetna muzyka zgrywająca się z wyzwaniami świata gry, prosta, acz nieodrzucająca oprawa graficzna, a wszystko to spięte solidnym wykonaniem, tyle że pewnie nie wyciągniecie z tego nawet pełnych 60 minut.