Czy taka zupełna zmiana klimatu jest zła? W kwestii kampanii dla jednego gracza – tak. W przypadku całej reszty gry – absolutnie nie. Powiedzmy sobie to już na samym początku. Call of Duty: Black Ops III (PS4) zawodzi fabularnie w całej swojej rozciągłości. Na szczęście nadrabia całą resztą, a dokładniej trybem dla wielu graczy, kampanią Zombie i kampanią Koszmaru, w której historia schodzi na boczny tor, bo i tak strzelamy do nieumarłych. Treyarch chciało zrobić coś zupełnie nowego, postanowiło eksperymentować na żywej tkance i tam, gdzie do tej pory byli najlepsi, czyli w prowadzeniu ciekawej i wielowątkowej historii przeplatanej spiskami i tajnymi organizacjami, polegli. Być może to efekt tworzenia kampanii tak, by wszystkie wydarzenia pasowały pod cztery osoby (tak, gra wspiera kooperację w kampanii). Ale może to po prostu wina za dużych ambicji w porównaniu z tym, co ostatecznie wrzucono do gry.

Sposób, w jaki jest prowadzona kampania, przypomina filmy Hitchcocka - zaczynamy od mocnego uderzenia i później całość jest chłodzona by zaraz rozkręcić się ponownie. Z tym że po ukończeniu gry ciężko mi się pozbyć wrażenia, że historia została skończona na szybko, bo deweloperom przypomniało się, że robią przecież mainstreamowaego FPS-a na kilka godzin, nie grę RPG na minimum dwadzieścia. Tak, początek gry rozkręca się powolutku, niewiele wnosi do całej historii i absolutnie nie zdziwi mnie, jeśli ludzie po dwóch-trzech godzinach gry rzucą płytę w kąt. Dopiero mniej więcej w szóstej (z wszystkich jedenastu misji) coś zaczyna się dziać. Ale tam przesadzono znowu w drugą stronę – akcja pędzi na złamanie karku, tworząc gigantyczne luki, więc całość nie ma pozornie większego sensu. Oczywiście gdy zaczniemy szperać w Sieci i zabawimy się w rozmaite analizy, to odkryjemy zaskakujące drugie dno, ale wątpię, by nawet mały procent osób kończących Black Ops III miało ochotę bawić się w jakieś detektywistyczne zapędy, o co Treyarch tak naprawdę chodziło. Wielki minus ekipa zbiera ode mnie  także za kompletne olanie poprzedniczek. Black Ops kontynuowało wątek Reznova z World at War, BO II do przyszłości wrzucało nam misje nawiązujące wprost do poprzedniczki - czuliśmy ciągłość fabularną i łatwiej było zżyć się z bohaterami, gdy byli oni związani ze starymi druhami. Tutaj o tym zapomnijcie. Nawiązania do serii? Raz wspomniany został Menendez, pojawia się na ułamek sekundy gaz Nova-6. I tyle.

Przeczuwając chyba podskórnie odbiór tego, co wysmażono, pozwolono nam od razu na wybór ostatniej misji w grze. Oczywiście wtedy nie odblokujemy pewnych rzeczy, ale tak samo tego nie zrobimy, jeśli rozpoczniemy kampanię offline. Podłączając się do Sieci, nasz postęp znika i musimy grać od nowa. Będąc poza siecią postęp wraca. Ot, kompletny bezsens. Uzupełnieniem kampanii jest ta z koszmarami, czyli po prostu te same misje, do których wrzucono zombie. No bo kto nie lubi truposzy? Wszyscy je uwielbiają, zwłaszcza gdy możemy rozwalić im przegniłe czaszki najnowszymi zdobyczami technologicznymi. Tyle dobrze, że samo strzelanie i rozgrywka w kampanii są przyjemne. Gra oferuje trochę wolniejsze tempo niż w Advanced Warfare. Broń, mimo że futurystyczna, to wyjątkowo hołduje klasyce. Pierwsze skrzypce grają zdolności CyberCore, które rozłożono na trzy drzewka (powiedzmy, że spryt, zwinność oraz siła) i zanim nie dobijemy do określonego poziomu, przed misją musimy decydować się na jedno z nich. I te zdolności się przydają. Grając samemu, wspierająca nas SI zachowuje się jak skamielina. Zdarzały mi się sytuacje, w których wróg stał za murkiem, a mój towarzysz stojąc obok niego pruł w ten murek przez bite dwie minuty. Idealny przykład podejścia zróbmy grę pod co-opa, a jak ktoś gra samemu, to ma pecha. A, no i z piętnastu godzin obiecywanej kampanii zostało faktyczne siedem na poziomie Doświadczonym. Może te piętnaście wyliczono na najwyższym poziomie, gdzie giniemy od jednej kulki, ale znowu – reklama jedno, a fakty coś innego.

Na szczęście całość jest spokojnie w stanie uratować tryb dla wielu graczy. "Na szczęście", bo gdyby nie on i Zombie, musiałbym wrzucić Call of Duty: Black Ops III (PS4) do kategorii gier średnich, które zawiodły oczekiwania. Ale jedna rzecz jest niezmienna – Treyarch potrafi zrobić niesamowicie miodny multiplayer z mapami balansowanymi blisko ideału, wprowadzając drobne zmiany, wycinając niektóre elementy i tworząc z tego coś niesamowitego.

W porównaniu do Call of Duty: Advanced Warfare (PS4) wyleciał strafe boost oraz przyspieszenie w trakcie skoków. Dzięki temu zabiegowi rozgrywka jest wolniejsza i łatwiejsza do okiełznania. Zamiast tego pojawia się bieganie po ścianach, co wymusiło przebudowę map. Na żadnej z nich nie ma praktycznie miejsca do kampienia z poczuciem bezpieczeństwa, że nikt nie zajdzie nas od tyłu. Każda lokacja ma kilka miejsc, przez które można wejść, więc nawet obstawienie ich wszystkich w trybie wykonywania zadań nie zawsze jest gwarantem obrony punktu. Bieganie po ścianach początkowo wydaje się być trochę skomplikowane i mało wygodne, ale po kilku takich przebieżkach nie tylko będziemy w stanie spokojnie to robić, ale także skakać między nimi i pruć do wrogów na ziemi. Tak, jestem zaskoczony, że całość jest tak przystępnie zrobiona. Jedyny mój zarzut do map jest… specyficzny. Sporo miejscówek ma ograniczone niewidzialną siłą dachy. Na przykład na leśnej mapie nie wskoczymy na bunkry, mimo że spokojnie byśmy tak się zmieścili. Ot, jedyny minus zachowania idealnego balansu map.

Inaczej niż w trybie dla jednego gracza, nie znajdziemy tutaj umiejętności CyberCore. Stworzono za to osobne klasy specjalistów z dodatkowymi umiejętnościami, które ładują się nam do użycia wraz z upływem czasu w grze. Początkowo nie mamy ich za dużo i musimy wbijać kolejne rangi, by odblokować wszystkich, ale dostępne na początku klasy nie ustępują w niczym tym późniejszym i tylko od nas zależy, kim chcemy grać i która klasa pasuje do naszego stylu najlepiej. Oczywiście obecność Specjalistów powodowała obawy, czy aby tempo nie będzie za szybkie i zamiast sensownej gry, nie dostanę festiwalu chaosu. Po kilku godzinach gry w drużynowym deathmatchu czułem się lekko zagubiony. Na szczęście w innych trybach gry, zwłaszcza w tych, które angażują nas w przejmowanie i bronienie punktów, liczy się dobra znajomość map i odpowiednia taktyka, więc i chaos jest mniejszy. Ogromnym plusem jest także stabilność rozgrywki sieciowej. Żadnych lagów, rozłączeń w trakcie meczu czy problemów z wyszukiwaniem dostępnych gier.

Trochę inaczej jest niestety w trybie Zombie, który stał się normalną kampanią (kolejne mapy w paczkach DLC) osadzoną w latach 40. ubiegłego wieku. Od samego początku miałem wielkie problemy z wyszukiwaniem publicznych gier. Albo szukanie się zapętlało i po dołączeniu wywalało mnie, żeby szukać chętnych ponownie, albo przydzielało do gry, w której siedziało kilka osób więcej (maksymalnie czterech naraz) i zamiast wyrzucić nadmiar graczy, wszyscy siedzieli w lobby, czekając na koniec świata. Sama rozgrywka nie różni się za bardzo od tego, co było w poprzednich Black Opsach. Lądujemy na sporej rozmiarów mapie, gdzie poukrywano mnóstwo przedmiotów. Z tymi wchodzimy w interakcję, by pchać fabułę przed siebie. Bez zgranej ekipy wiedzącej, co trzeba robić, nawet nie zabierajcie się za ten tryb. Jako urozmaicenie dorzucono tutaj osobne wbijanie poziomów, które pozwala nam na dostosowanie rodzaju gumy do żucia, jaką będziemy mogli w trakcie gry wylosować. A te mają wpływ na naszego bohatera. Pojawia się tutaj także otwieranie losowych paczek (w zwykłym multiku również), więc osoby, których bawi oglądanie losowo wypadających ze skrzynek rzeczy, będą wniebowzięte.

Śpiesząc z odpowiedzią na pytanie dotyczące płynności gry - tak, gra w singlu działa w sześćdziesięciu klatkach na sekundę, ale nie zawsze. Zdarza się jej zaliczyć spadki do czterdziestu, gdy akurat biegamy po rozległych mapach i jest wielka rozwałka. I nie, nadal nie możemy niszczyć otoczenia, a wybuchy jakoś nie zrobiły na mnie wrażenia. W trybie dla wielu graczy jest zdecydowanie płynniej i o ile nie jestem w stanie potwierdzić, że gra nigdy nie gubi płynności, to na pewno robi do zdecydowanie rzadziej niż w trybie dla jednego gracza.

Pozostańmy przy technikaliach jeszcze na chwilę. Nie jestem w stanie zachwycać się oprawą dźwiękową. Główny problem mam z miksem audio, który czasami wariuje i miesza kanały, przez co nie wiem, z której strony nadbiegają przeciwnicy w multiplayerze. Za to w porównaniu do poprzednich odsłon, muszę pochwalić polską wersję językową. Oczywiście o zrobienie lepszej lokalizacji niż w ostatnich odsłonach serii nie było trudno, ale traciłem już nadzieję, że polska wersja będzie przynajmniej poprawna. Nadal występują dziwnie tłumaczone zdania, zmieniające w polskiej wersji sens oryginalnej wypowiedzi, ale jest zdecydowanie lepiej. No i sprawne oko wyłapie, że tu i ówdzie tekst wychodzi z ramek, ale to da się jakoś przeżyć.

Tak jak pisałem wcześniej – gra zawodzi, jeśli weźmiemy pod uwagę tryb singlowy. Ambicje zjadły Treyarch i dostaliśmy misz-masz pomysłów, które miały nam niby pokazać niebezpieczeństwa związane z w pełni cybernetyczną walką, ale jedynym niebezpieczeństwem jest ból głowy gdy będziemy próbowali zrozumieć te wszystkie poszatkowane wydarzenia. Na szczęście multiplayer jest na tyle przystępny i miodny, że nadrabia wszystkie braki. I tak jak zawsze Black Opsy kupowałem tylko po to, by ograć kampanię, tak w tym przypadku kupno Call of Duty: Black Ops III (PS4) jest uzasadnione jedynie wtedy, gdy zamierzacie grać po Sieci. Dla samej kampanii nie ryzykujcie. Szkoda kasy.