Teraz "Diuna", a później "Hyperion"? Te klasyki sci-fi wciąż czekają na ekranizację
Zza rogu już wychyla się “Projekt Hail Mary”, a trzecia “Diuna” otrzymała kapitalny zwiastun. W tym roku fani sci-fi nie mają na co narzekać, kina dowiozą przynajmniej dwa wielkie hity. Ale co zrobić, a właściwie - co zekranizować - aby serię podtrzymać w kolejnych latach?
Sci-fi to gatunek coraz cieplej traktowany przez szeroko rozumianą kinematografię. Sięgnięto nawet do tych projektów, które przez lata wydawały się niemożliwe do zrealizowania - udanie powrócono do “Diuny”, na warsztat trafiła też “Fundacja” Isaaca Asimova. W końcu doczekaliśmy się “Problemu trzech ciał”, chociaż projektowi Netflixa sporo zabrakło do jakości dwóch pierwszych tytułów.
To, jak się wydaje, dopiero początek. Źródło fantastyki naukowej pozostaje właściwie niewyczerpane, a reżyserzy i scenarzyści mają na czym bazować. Na ekranizację wciąż czekają klasyki literatury gatunkowej, ale i porządne publikacje z doskonale znanych uniwersów.
Maszyna staje (1908)
Jedno z pierwszych opowiadań zaliczanych do nurtu science-fiction. Dystopijna historia, w której ludzkość żyje pod ziemią, a potrzeby człowieka zaspokaja tytułowa Maszyna. Motywy przedstawione przez E. M. Forstera nie zostały zdezaktualizowane, a z całą pewnością można je łatwo dostosować do obecnych realiów. Jednym z motywów przewodnich jest bowiem anonimizacja jednostki w większej grupie. Ponadto Brytyjczyk niejako przewiduje stworzenie internetu oraz jego wpływ na życie codzienne. W “Maszyna staje” pełni on funkcję komunikatora, ale też staje się źródłem alienacji.
Przez ponad 100 lat utwór nie doczekał się właściwej ekranizacji w formie serialu lub filmu. Tropy wykorzystane przez Forestera można spotkać między innymi w “Silos”, a BBC stworzyło przynajmniej dwie udane adaptacje radiowe, ale na tym koniec.
Luna to surowa pani (1966)
Książka przesiąknięta polityką. Przypisuje się jej popularyzację hasła “nie ma czegoś takiego, jak darmowy obiad”. Robert A. Heinlein z całym przekonaniem zgłębia ekonomiczną ideologię libertariańską. Ale to nie jest prostacki manifest, lecz jedna z najlepszych książek sci-fi lat 60., a nawet i dalej. Trylogię wypełniono przemowami i dialogami służącymi za ekspozycję, tłumaczącymi rewolucję, w której zesłańcy na Księżycu sprzeciwiają się dotychczasowemu porządkowi. Dużą rolę odgrywa zyskujący świadomość superkomputer HOLMES IV, stający się jednym z ogniw konfliktu.
W “Luna to surowa pani” Heinlein umieścił również wiele zaskakujących wątków fabularnych, to tytuł stosunkowo postępowy, jak na swoje czasy. Nie brakuje odważnych tez dotyczących demokracji, wolności, ale też problematycznych wątków poligamicznych i równie frapującyhch zachwytów nad ciałem nastoletnich kobiet.
Nie mam ust, a muszę krzyczeć (1967)
Przerażające opowiadanie autorstwa Harlana Ellisona. Ludzkość przegrała, władzę przejęła technologia. Na całej planecie pozostało tylko pięciu przedstawicieli naszej rasy, ale dla nich koszmar dopiero się zaczyna. Wszyscy są poddawani torturom psychicznym i fizycznym. Los, który spotkał ostatniego z ocalałych, jest trudny do wysłowienia. Sztuczna inteligencja - AS - to wytwór pozbawiony jakiegokolwiek współczucia dla człowieka, a słowa: “nienawidzę cię, od kiedy rozpocząłem swe życie” są szczególnie upiorne w dobie powszechnego zachwytu i beznamiętnej gonitwy za upowszechnieniem AI w życiu codziennym.
“Nie mam ust, a muszę krzyczeć” nigdy nie zostało zekranizowane. W 1995 roku ukazała się dobrze przyjęta gra komputerowa. Poza tym cisza, co zaskakujące, biorąc pod uwagę ogólną opinię o opowiadaniu Ellisona, poruszane motywy i jej momentami bezwzględną bezpośredniość, nieprzystającą do utworu blisko 60-letniego.
Lewa ręka ciemności (1969)
Ursula K. Le Guin z lubością wykorzystywała motywy religijne w swoich publikacjach, czego najlepszym przykładem jest “Ziemiomorze”. Autorka sięgnęła po nie również w fantastycznonaukowej publikacji z 1969 roku, chociaż, należy przyznać, w “Lewej ręce ciemności”, nacisk położony jest na kwestie seksualne. To historia wysłannika na planetę Gethen, który ma przekonać mieszkańców do dołączenia do konfederacji planet zwanej jako Ekumena. Genly Ai nie może jednak porozumieć się z tubylcami, granicę komunikacyjną i kulturową tworzy usposobienie mieszkańców - ich płciowość jest płynna, uzależniona jedynie od swoistego okresu godowego. Takie uosobienie ma drastyczny wpływ na zachowanie zupełnie obce w oczach Genly’ego.
“Lewa ręka ciemności” zebrała kapitalne recenzje już w latach 70. i była regularnie przedrukowana. Uważa się również, że ugruntowała pozycję Le Guin jako czołowej pisarki nurtu sci-fi. Nowela wielokrotnie trafiała na deski teatru, doczekała się również adaptacji radiowej, ale nigdy filmowej. Prawa, nabyte jeszcze w 2017 roku przez Critical Content, nie zostały wykorzystane.
Wieczna wojna (1974)
Książka skrojona pod aktualną, trudną rzeczywistość. “Wieczna wojna” opowiada o wyniszczającym konflikcie między ludźmi i inteligentnymi obcymi. Ale, może nieco wbrew militarnemu tytułowi, to opowieść całkowicie oddana pacyfizmowi. Joe Haldeman z całym przekonaniem prezentuje okrucieństwo konfliktów zbrojnych, a także punktuje ich bezsens. Choćby ze względu na bezpowrotnie uciekający czas tym, którzy zostają zaangażowani do walki. Świat się zmienia, a oni tkwią w czymś, co ma tylko pozorne znaczenie.
Haldeman stworzył “Wieczną wojnę” w oparciu o autobiograficzne doświadczenia, służył w amerykańskiej armii w Wietnamie. Stworzył ją również jako odpowiedź na “Żołnierzy kosmosu” wspomnianego wcześniej Heinleina, który wojnę potraktował w znacznie bardziej protekcjonalny sposób. Paradoksalnie to książka Heinleina doczekała się ekranizacji, natomiast twór Haldemana nadal czeka. O filmie na podstawie myślał Ridley Scott, ale - zważywszy na początkowy plan zakładający znaczne inspiracje “Avatarem” - chyba dobrze, że nic z tego nie wyszło.
Hyperion (1989)
Czteropowieściowy cykl uważany za jedną z najlepszych serii w historii całego gatunku. To niemal bezkrytyczne podejście do pracy Dana Simmonsa jest jednak uzasadnione. Wśród miłośników sci-fi trudno znaleźć choćby jednego, który stwierdzi, że “Hyperion” to twór nieuporządkowany, słabo jakościowo. “Hyperion” może nie przekonać, ma wysoki próg wejścia, ale jego walory literackie, światotwórcze oraz zdolność do prowokowania dyskusji wydają się niezaprzeczalne.
Pierwszy tom opowiada o sześciu pielgrzymach, którzy zostali wybrani, aby udać się do Grobowców Czasu i przedstawić swe prośby Dzierzbie, a w konsekwencji postarać się ocalić ludzkość. Fabułę podzielono na spowiedzi pielgrzymów - przedstawiają historie oraz motywacje stojące za ich postawami. W Grobowcach Czasu wysłuchany zostanie tylko jeden z nich. Dzięki takiemu zabiegowi narracyjnemu Simmons prezentuje czytelnikowi całą gamę bohaterów, wierzeń, postaw, filozofii. Nie zawahał się również przed użyciem licznych odwołań do innych tekstów kultury, co czyni z “Hyperiona” swoistą ucztę intelektualną.
A zarazem powieść, którą zekranizować niezwykle trudno. O planach na film lub serial mówi się od kilkunastu lat, w projekt zaangażował się nawet Bradley Cooper. Nigdy jednak, przynajmniej do tej pory, marzenia nie wykroczyły poza wstępną fazę.
Thrawn (2017-19, 2020-2021)
Gwiezdne Wojny mają problem. O ile “Andor” okazał się serialem ponad przeciętną, o tyle w filmie panuje absolutna posucha. Od czasu fatalnie przyjętego zwieńczenia Sagi Skylwakerów nie pojawiło się nic, a teraz dziurę ma zasypać “Mandalorian i Grogu”, który jeszcze przed premierą mierzy się z zarzutami o cokolwiek słaby poziom i stanowiący kolejny przykład służby szkodliwemu “fan-service”. Potencjalne produkcje, które mogłyby tworzyć część większej całości, zostały albo anulowane, albo wstrzymane, albo słuch po nich zaginął, co w zasadzie oznacza koniec. Swoją trylogię miał przecież stworzyć Rian Johnson, ale po zbyt wielu krytycznych komentarzach dotyczących “Ostatniego Jedi” pomysł (bezpowrotnie) zarzucono. Gwiezdne Wojny znalazły się w trudnym punkcie, bo chociaż niewątpliwie przetrwają bez kolejnej sagi, to nie wykonają kroku do przodu. Potrzeba serii jakościowej, a przy tym cieszącej się większą popularnością niż “Andor”. Serial rozbił bank u krytyków, lecz nie wydrenował kieszeni fanów. Zgadnijcie na czym bardziej zależy korporacji.
Tym samym jedynym wyjściem z sytuacji wydaje się sięgnięcie po materiał sprawdzony, ale nie zekranizowany. Aż się prosi o wykorzystanie Wielkiej Republiki, lecz tam problemem niewątpliwie jest objętość (to już kilkadziesiąt książek i komiksów), której nie rekompensuje możliwość wykorzystania postaci Yody. Dlaczego zatem nie spróbować z jedną z trzech (sic!) trylogii Thrawna? Timothy Zahn zajmuje się tą postacią od lat 90., a pierwsza seria doczekała się kultowego statusu, wzmożonego jeszcze przed ówczesną biedę na rynku. Obecnie oryginalny “Thrawn” zaliczany jest do legend, ale już dwie kolejne trylogie stanowią ważną część nowego kanonu. Jest na czym pracować.
Mamy do dyspozycji “Dynastię Thrawna” rozgrywającą się między filmowym “Atakiem klonów” i “Zemstą sithów”, co stanowi pretekst do pojawienia się postaci uwielbianych przez fanów. Opowiada ona o stopniowym zdobywaniu władzy przez tytułowego bohatera. Kolejna seria “Thrawna” skupia się na służbie Wielkiego Admirała i jego wpływie na wydarzenia znane już z filmów. W obu przypadkach istotne wątki fabularne mogłyby dotyczyć postaci Dartha Vadera, czyli bodaj ulubionego bohatera Disneya. “Thrawn” - niezależnie od trylogii - to porządne dzieło pod względem literackim, a nade wszystko świetne Gwiezdne Wojny. Ze wszystkich wymienionych tu tytułów stanowią produkt zdecydowanie najbardziej pulpowy, ale kto powiedział, że to wada?
Przeczytaj również
Komentarze (5)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych