Obiecywałem sobie bardzo dużo po Pro Evolution Soccer 2016. Poprzedniczka pokazała bowiem, że odpowiednio poprowadzony rozwój może poskutkować czymś, co zachwyci prawdziwych fanów piłki nożnej, dla których najważniejsze jest to, co na boisku, a nie wszystkie dodatki i upiększacze. I w tym roku moje oczekiwania zostały w większej części spełnione. Mówiąc wprost – PES 2016 jest kawałem bardzo dobrej gry, czasami ocierającej się o bycie świetną, która jednak kilka wad ma.

Nie należy do nich tryb sieciowy - pięta achillesowa Konami. Segment gry, który każdorazowo leżał, kwiczał i prosił o dobicie przez pierwsze kilka(naście) tygodni. Tym razem postanowiono całą parę włożyć w to, by serwery wytrzymały napór graczy. I, co mnie zaskoczyło, udało się. Od pierwszego dnia z PES-em, nie miałem absolutnie żadnych problemów z sieciową grą. Kilkadziesiąt spotkań w myClub oraz kilka meczów poza tym trybem - zero przycinek, zero lagów i zero problemów z wyszukiwaniem ludzi do gry. Jeśli więc do tej pory sieciowa rozgrywka była jedyną rzeczą, która odpychała, to nie macie się już czego bać. Konami stanęło na wysokości zadania, zaskakując mnie jak nikt od dawna.

Z drugiej strony dostajemy z otwartej łapy w twarz. Składy w grze są takie, jakby Konami w ogóle zignorowało letnie okienko transferowe. W Barcelonie wesoło biega sobie Xavi z Montoyą, Szczęsny w Arsenalu, Cech w Chelsea, Schweini nadal w Bayernie zamiast w Manchesterze United, a tam nie ma z kolei chociażby wschodzącej gwiazdy – Martiala. Do tego dodajcie sobie Vidal w Juve zamiast Bayernie, a Mandzukica w Atletico. Tak, właśnie na taką skalę olane zostały aktualizacje składów. W tym aspekcie dostaliśmy PES 2015 z obietnicą wydania aktualizacji w ciągu najbliższych 3-4 tygodni. Wspominam o tym, bo raz – to wielkie zaskoczenie (negatywne) i dwa – coś niedopuszczalnego. Niby możemy się pobawić edytorem, ale wykonywanie ręcznie tylu transferów zamiast odpalenia i rozegrania meczu jest idiotycznym pomysłem. Edytor łatwo obsłużyć, co przydaje się w uzupełnianiu braków licencyjnych – herbów, strojów piłkarskich i zdjęć menedżerów. Wystarczy wgrać na pendrive'a odpowiednio przygotowane pliki, zaimportować je do gry i możemy za pomocą jednej opcji od razu ustawić dany strój w grze. I to warte jest pochwały, bo całą Premier League (nazwy zespołów, herby, stroje, menedżerowie i stadiony) zrobiłem w godzinę. Tylko te składy, na które nie miałem już sił…

Przebolałem te problemy i odpaliłem sobie kilka zwyczajnych spotkań na najwyższym poziomie trudności, by sprawdzić, jakie zmiany zaszły od udanego demka i co nowego względem poprzedniczki wylądowało w grze. Fizyka. Ta znowu została lekko podkręcona i poprawiona. Lepiej gra się ciałem, zastawia piłki i blokuje rywali wychodzących na pozycję. Dzięki temu odbiory są lepsze i łatwiej wygarnąć piłkę wślizgiem, nawet gdy wchodzimy nim lekko od tyłu, goniąc uciekającego nam rywala. Nie ma już sytuacji w których gra wariuje z detekcją kolizji i kleszczy piłkarzy. Podobnie minimalne jest przenikanie zawodników. Zdarzyło się raz czy dwa, podobnie jak paraliż piłkarza, który przestał reagować na jakiekolwiek komendy, ale to raczej coś kompletnie losowego, czego nie dało rady odtworzyć więcej razy. Większą uwagę przyłożono za to do rozwoju indywidualnych zachowań największych gwiazd. I widać różnicę między Ibrą a Robbenem, nie tylko w poruszaniu się, ale także budowaniu akcji i wykonywaniu sztuczek. W tym aspekcie Konami nie kłamało, że pracowało nad tym aspektem gry.

Nowe animacje także robią różnicę, zwłaszcza przy grze ofensywnej, gdzie większy ich wachlarz powoduje znaczące zróżnicowanie sposobów strzelania na bramkę przeciwnika. Wszelakie woleje, uderzenia głową czy próby ataku piłki na wślizgu wyglądają po prostu znacznie realniej niż wcześniej. Podkręcono też to, jak zachowują się bramkarze. Częściej rzucają się na piłki i przy zbieraniu się po jednej interwencji widać wpływ fizyki czy ciężaru ciała na ich ruch. Nie są już sztywnymi kukłami z zaprogramowanymi ruchami odpalanymi w sekwencjach. Niestety cierpią też na dziwną chorobę, która paraliżuje ich ruchy. Czasami ich zachowanie jest tak irracjonalne, że kilka razy prawie wyrzuciłem pada przez okno w środku nocy. Już absolutnie pomijam fakt, że nawet najlepszym bramkarzom można strzelić waląc prosto w nich, a oni puszczą piłkę bez jakiejkolwiek reakcji. Jednak obijanie obrońców przy wybijaniu, co skutkuje bramkami samobójczymi, to za dużo. Nie, nie robi to byle jaki leszcz z prowincjonalnej drużyny kartoflisk. W moim przypadku kilka bramek w taki sposób podarował przeciwnikom Neuer. SI ma także idiotyczną tendencję do kiwania się bramkarzem, a także reagowanie z opóźnieniem na nasze komendy. Wychodzenie na przedpole do prostopadłych piłek często skutkuje bramkami, gdyż między naszą komendą,a reakcją mija około sekundy. I jak można się domyślić – tej sekundy brakuje, by dotrzeć do piłki przed napastnikiem drużyny przeciwnej.

Z drugiej strony bramkarze są w stanie dokonywać rzeczy wręcz niemożliwych. Wyciągnięci piłki z okienka, sparowanie jej na poprzeczkę i błyskawiczne zebranie się w rzucie rozpaczy przy dobitce w drugi kąt - a wydawałoby się, że to pewny strzał. Więc ciężko mi pojąć, co Konami chciało osiągnąć, tworząc tak zerojedynkowych bramkarzy. Albo wyczynia cuda, albo puszcza szmaty. Tak w prawdziwym świecie nie jest.

Zastanawiałem się także, czy podobnie jak w wersji demonstracyjnej łatwo będzie ładować bramki z dystansu po okienkach. I na szczęście – nie jest tak. Gracze częściej przesadzają z siłą, obrońcy agresywniej starają się zblokować wyłożone samemu sobie na strzał piłki. Oczywiście nadal da się władować lobem z woleja bramkę z 40 metrów, ale tylko wtedy, gdy bramkarz dostanie małpiego rozumu i wyjdzie w okolice 5-6 metra. Czepić niestety muszę się także sędziego. Ten jest po prostu ślepy. Faule przeciwko nam gwiżdże od razu. Wślizg, agresywniejsze odepchnięcie ciałem – wszystko jest gwizdane. Kartki idą rzadziej w ruch (na moim koncie zero czerwonych, mimo kilku przerwanych kontrataków, gdy faulowałem ostatnim obrońcą), ale to żadne pocieszenie. Przez ponad sto spotkań w różnych rozegranych przeze mnie trybach, fauli na moją korzyść odgwizdano około dziesięciu i to tylko wtedy, gdy przeciwnik skosił mi zawodnika bez piłki. Od tyłu. Cała reszta bez reakcji sędziego. Co zabawne – trybuny mają zakodowane w zachowaniu, kiedy jest faul, który powinien zostać odgwizdany, ale gdy ja fauluję, to jest gwizdek. Gdy role się odwracają – gwizdek milczy. Nie wiem, kupiłem symulator w którym sędziuje Byron Moreno?

Co ponarzekałem, to moje. Mimo błędów, gra wciągnęła mnie okropnie. Na pierwszy ogień poszło myClub, które postanowiono doprawić nowymi elementami. Na przykład wylosowanych piłkarzy możemy zamienić w trenerów, którzy dodadzą punktów doświadczenia, a co za tym idzie – zwiększą poziom piłkarza. Następstwem tego są oczywiście lepsze statystyki. Nowy system rozwoju piłkarza to najlepsza rzecz w tym trybie i skutecznie zachęca do rozgrywania nawet losowych spotkań z SI. Po pierwsze dlatego, bo wpadną karty agentów do losowania gracza, a po drugie – zawsze to jakiś rozwój naszej postaci. Wszystko po to, byśmy się jakoś przywiązali do naszej drużyny i nie traktowali jej jak zwykłej karty, którą można od razu wywalić.

Najwięcej zmian przeszedł jednak Master League, co mnie ucieszyło najbardziej. Od kiedy tylko pamiętam, był on dla mnie synonimem PES-a. Tutaj także dostępny jest ten sam co w myClub system rozwoju zawodnika, który trochę pożycza z gier RPG. Zwykły trening oczywiście nadal wpływa na statystyki, ale teraz doszła opcja pozyskiwania specjalnych zdolności. Gdy wyciągniemy młodzika i damy mu zadebiutować w pierwszej drużynie, tak się ucieszy, że otrzyma tzw. player skill pozwalający mu na zbieranie większej ilości doświadczenia, gdy wystąpi w meczu. Innym przypadkiem jest przełamanie się, które skutkuje gigantycznym przyrostem umiejętności w trakcie rozgrywanych spotkań. Jeśli więc zawodnikowi idzie wyśmienicie, wtedy szansa na to, że stanie się gwiazdą rośnie. Takich umiejętności jest sporo. Legenda klubu, kapitan czy lokalna gwiazda - to dzięki nim zarabiamy na koszulkach z ich nazwiskami gdy wystąpią, gdyż ludzie przychodzą dla nich. I nie ma tutaj zasady, że będzie to gracz ofensywny. U mnie gwiazdą stał się defensor wyciągnięty z drużyny młodzieżowej.

Jednak to, co spodobało mi się najbardziej, to uproszczenie systemu transferowego. Powiedzmy sobie szczerze – jeśli chcę bawić się w rozbudowane zarządzanie klubem, to odpalam Football Managera. W Pro Evo chcę po prostu skupić się na grze. Konami pomyślało podobnie i nie musimy już przeklikać serii okienek transferowych, ustalać kwoty kupna lub sprzedaży czy zastanawiać się, ile trzeba zapłacić i jak dużo można zaoszczędzić na tejże pensji. Teraz wyszukujemy zawodnika (lub zdajemy się na skauta), wybieramy chęć przeprowadzenia transferu i resztę załatwia agent. My możemy potem ewentualnie negocjować kwotę odstępnego, płacę, piłkarza na wymianę lub długość kontraktu. Pokazują się wtedy procentowe szanse na dobicie targu i tyle - czekamy na efekty. Co ciekawe, po kilku okienkach transferowych zauważyłem, że kwoty między klubami są znacznie rozsądniejsze niż w prawdziwym świecie. Kompany przeszedł do Barcelony za 25 milionów euro, a Di Maria w PSG wylądował za 20 milionów. Co zabawne – wyprzedając swoich piłkarzy, Real opchnął Bale'a za 18 milionów jako niechcianego zawodnika. Ot, ciekawostka.

Ogólnie rzecz biorąc mamy do czynienia z bardzo udaną grą, w której wreszcie dostaliśmy znośną ścieżkę dźwiękową. Dorzucenie do tego zmiennych warunków atmosferycznych, które wpływają na poruszania się zawodników (częstsze ślizganie się w trakcie biegu) sprawiło, że częściej musimy modyfikować swój styl gry. Ot, ciężej nastawić się na szaleńcze sprinty i dryblingi pod linią boczną i próby dośrodkowania w pełnym biegu. Gdy skrzydłowemu ujedzie raz czy drugi noga, zmienimy sposób budowania akcji. I nawet słabi, nużący i męczący komentatorzy nie są w stanie popsuć mi radości, jaką przynosi PES 2016. Jeśli Konami naprawi bramkarzy, by mniej wariowali, a sędzia zacznie gwizdać faule w naszą stronę – wtedy faktycznie można powiedzieć, że król wrócił. Na razie z wyżej wymienionych przyczyn koronację odłożono.